— Naprawdę mi przykro…
Mój palec drży, gdy pociągam za spust.
Klucze: czekać, niezdecydowany, mocno, tchórz
Wraca do hotelu. Nie odpowiada na powitanie z recepcji, zbyt zajęta własnymi myślami. Idzie na autopilocie, zatrzymuje się dopiero przed swoimi drzwiami. Patrzy na nie, ściągając brwi. Nie. Nie ma co tego odwlekać, teraz trzeba działać szybko. Zawraca, mija kilka drzwi i zatrzymuje się przed tymi z numerem dwadzieścia. Czzuje, jak pocą się jej dłonie, ale teraz nie może dać po sobie poznać strachu. Wyciera je w spodnie i wsadza do kieszeni bluzy. Natrafia na coś, ściąga brwi, wyciągając paczkę papierosów. Nie należy do niej. Zabrała ją z domu w przypływie impulsu, po tym jak pół roku kurzyła się na szafce nocnej. Tam, gdzie ostatni raz rzucił ją Majima.
Zabawne, że po napisaniu trzech tysięcy słów poniższego tekstu (co nadal nie było całością), do głowy przyszedł mi pomysł na prequel. Jak się trafi temat, a ja zdołam odwiedzić dwa miejsca w pewnym mieście, które przyszły do mnie jako inspiracja, liczcie na powrót Maeri 😉
A tytuł to wers mojej ukochanej piosenki – nie zliczę, ile razy odsłuchałam ją przez ostatni miesiąc, choć znam od dobrych trzech lat.
Komputer , z którego zwykle wstawiam tekst padł, zanim wrzuciłam swoj tekst xd Więc nie wiem co sie wydarzy z formatowaniem.
Jestem ciekawa, jak odbierzecie ten tekst. Dla mnie był świetną przygoda, choć nie trwała ona zbyt długo – napisanie go zajęło mi raptem pięć dni, nie dziesięć, jak to najczęściej bywa.
W tygodniu 162 pojawił się tekst, w którym zaznaczyłam, że będzie kontynuacja, bo pasuje mi jedno wyrażenie. Ciąg dalszy właśnie następuje, enjoy.
Przechadza się po pokładzie nerwowym krokiem, splatając z tyłu ręce. Łypie na boki jednym okiem spod ściągniętych, ciemnych brwi, jakby liczył na to, że ktoś z załogi go sprowokuje i będzie mógł odreagować. Jest niezadowolony. Ten facet, Saejima, namieszał mu w głowie. A niemal wszystko już sobie ładnie tam ułożył. Świeży start, pusta kartka. Podoba mu się na morzu. Nie podoba, że są ludzie, którzy chętnie ściągnęliby go na ląd. Wrzucili w przeszłość, na myśl o której ogarnia go nieokreślony niepokój. Wrażenie, że ma sporo na sumieniu i nie warto do tego wracać. Nie musi tego rozpamiętywać. Ta myśl niesie ulgę. Wniosek, że utrata pamięci to w sumie… wybawienie.
Łypiesz na mnie złowrogo i coś mi się nie zgadza. Nie żebym nie znała tego twojego spojrzenia, nie wiedziała, co oznacza, ale tak dawno już nie patrzyłeś na mnie w ten sposób… Myślałam… Byłam pewna… Że mamy to za sobą. Że mi ufasz i już nigdy nie spojrzysz na mnie z tym wściekłym błyskiem w oku.
Bad Omens & Corey Taylor podpasowali mi bardziej, choć na dobrą sprawę swoim zwyczajem napisałam tekst pod konkretny wers.
— Nie ufaj mu.
— Zabawne. On radził mi dokładnie to samo, gdy rozmawialiśmy o tobie.
Nie chciałam go widzieć. Smutek, który ze sobą niespodziewanie sprowadził, rozprzestrzenił się w moim wnętrzu i sprawiał, że nawet oddychanie przychodziło mi z trudem. I to mimo, że szybko przejrzałam jego karty. Naiwnie grałam razem z nim, wiedząc, że przegrana przechyla się na moją szalę.
Jadałem chleb sprytniejszy od ciebie.
A tu jeszcze podrzucam klucze: słonowodny, perliście, scyzoryk, pływać.
Patrzę za tobą, jak miotasz się, idąc chodnikiem. Zaciśnięte pięści, szybki krok. Kręgosłup ci za to nie podziękuje. Wychylam się nieco, gdy wpadasz na kogoś idącego z naprzeciw, potrącasz go barkiem. Zataczasz się, a nieznajoma kobieta przytrzymuje cię za przedramię. Wyrywasz się i ją zwymyślasz. Wzdycham, kręcąc głową.
Ten dzień chyba wiedział, że ma być wyjątkowy dla pewnych osób, dlatego już od świtu witał słońcem, lekkim wiatrem i odczuwanym, ale nie dobijającym ciepłem. Podróż rodzinnym, siedmioosobowym samochodem przebiegała więc dość sprawnie, a mnie nawet nie brało znużenie za kierownicą, choć od dziecięcego szczebiotu mogła rozboleć głowa.
— Mieliśmy się przestać widywać w ten sposób…
— Porwałeś mnie, zjebie!
słowa klucze: letni, przejrzeć, rododendron, zdumiewająco