Jeden oksymoron tłukł mi się po głowie od chwili, kiedy tego dnia otworzyłam oczy.
Ciepłe lody.
Smak dzieciństwa zamknięty w niepozornym połączeniu wafelka, piankowego waniliowego nadzienia i ciemnej czekolady. Wyglądał jak rożek, ale nie mroził mózgu przy pierwszym kontakcie języka z tym dziwnym wymysłem. Smak, który kosztował mnie dawniej grosze, a który tak ciężko było mi obecnie spotkać w sklepie.
W tym osiedlowym widziałam je najczęściej, nadal na dziale z pieczywem, ale po co było to pakowanie je w plastik? W szkolnym sklepiku stał jeden przy drugim na kartonie i tyle, podawany był z ręki do ręki i jakoś nie słyszałam, by ktoś się od kogoś czymś zaraził.
Wciąż pamiętałam tę przyjemność płynącą z konsumpcji, samo wspomnienie tamtych zdarzeń sprawiło, że nim wyczołgałam się spod kołdry i dotarłam do łazienki w celu wykonania porannej toalety, usta miałam niemalże pełne śliny.
Nie zwykłam budzić się z tego rodzaju pragnieniami, ale byłam człowiekiem, który jeżeli nagle czegoś chce, to będzie do tego dążył.
Postanowiłam więc udać się na zakupy nieco wcześniej niż miałam w zwyczaju robić to w soboty, a następnie przejść się do hali targowej celem sprawdzenia, czy moja ulubiona pani nadal sprzedaje tam kwiaty, czy może jednak śmierć zdołała do niej dotrzeć i zabrać ze sobą. Może i dla niej kupię takie ciepłe lody? Może w jej przypadku też stanowią miłe wspomnienie dziecięcych lat?
Ogarnęłam się szybko, na pusty żołądek wypiłam jedynie szklankę wody – kawę mogę sobie później kupić gdzieś na mieście, raz na jakiś czas mogłam sobie na to pozwolić bez większego uszczerbku dla portfela – i wyszłam z mojej klitki. Zjechanie winda z dziewiątego piętra było kwestią sekund, wydostanie się na zewnątrz przywitało mnie porywistym wiatrem, który od razu napadł na moją twarz. Zdusiłam w sobie przekleństwo, pod nosem rzuciłam tylko krótkim:
– Jesień.
Przyszła jak każda inna pora roku, nie bawiąc się jednak w jakieś sygnały ostrzegawcze, po prostu lato zaczęło odchodzić wraz z innym ciepłem słonecznych promieni, pojawiły się chmury i właśnie ten wiatr. Zarzuciłam na głowę kaptur bluzy i poczłapałam do osiedlowego, licząc, że jednak mam w portfelu jakieś drobne, gdyby tego dnia ekspedientka wprowadziła strajk i uznawała jedynie obrót gotówką, co miewało miejsce, kiedy tylko dopadał ją gorszy nastrój. Kim byłam, by sprawdzać, czy faktycznie terminal szlag trafił, nie planowałam napuszczać na nią sanepidu czy innej kontroli, bo kobiecina też przędła jedynie już, by wytrwać do emerytury.
Wchodząc do jej przybytku, który ewidentnie zatrzymał się w czasie na późnych latach dziewięćdziesiątych, uśmiechnęłam się do niej przyjaźnie, byle tylko dać do zrozumienia, że choć mam na sobie czerń od stóp do głów, to przychodzę w pokojowym zamiarach, to jest by zostawić u niej część swoich pieniędzy.
– Dzień dobry – przywitałam się przyjaźnie, ale kobieta nawet nie zwróciła na mnie uwagi.
Jakoś nie było się czemu zbytnio dziwić, bowiem przede mną do lady stało kilku panów, którzy mimo dość wczesnej pory – sklepik otworzył się raptem przed kwadransem, jeżeli wierzyć tabliczce na drzwiach, której zdołałam się w przelocie ledwie przyjrzeć – pragnęli oddać całą skrzynkę pustych butelek po piwie, by je ponoć w dalszym kroku utylizować, kiedy dobrze wiedziałam, że chcą je wymienić na nowe.
Zaledwie piętnaście minut po siódmej rano.
Panowie wyglądali na jak najbardziej trzeźwych, dość ciężko było mi jednak wyobrazić sobie, że po odebraniu kolejnej porcji alkoholu odłożą go gdzieś na jakąś specjalną okazje, w głowie tłukła mi się myśl, że tą czwórką, którą tutaj są, dość szybko poradzą sobie z całą zawartością.
Aż mnie ciarki przeszły na taki scenariusz.
– Byście coś żonom na śniadanie kupili, a nie po piwsko przychodzili – ochrzaniała ich ekspedientka, oni jednak starali się ją przekonać, że przecież jeszcze nie pili, ładnie proszą, poza tym długo tu nie pobędą. To na nią zupełnie nie działało. – Poszli mnie stąd!
Mimo że liczniejsi, to nie tylko nie mieli siły przebicia, ale po prostu kobiecina była na tyle charyzmatyczna i groźnie brzmiała, że chyba najwięksi miejscy opryszkowie nie czuliby się pewnie i odpuściliby sobie sprawę, przynajmniej na jakiś czas.
– Szefowo kochanieńka… – spróbował jeszcze tylko jeden z nich, ale ta spojrzała na nich tak, że niczym psy podwinęli pod siebie ogony i oddalili się razem ze skrzynką.
Nie miałam wątpliwości, że wrócą, może nieco bliżej południa, jak cała sprawa będzie wyglądała na nieco normalniejszą, ekspedientka zaś wreszcie zwróciła na mnie wzrok.
– A dla ciebie co, moja droga? – zapytała z ciężkim westchnieniem.
Pewnie wielokrotnie w ciągu dnia czy całego tygodnia musiała mierzyć się z podobnymi przypadkami i miewała już tego całkowicie dość. Rozumiałam to, a że starałam się być klientem, który nie stwarza problemów pracującym w handlu, powzięłam na twarz swój najbardziej uroczy uśmiech i odpowiedziałam:
– Dzień dobry, chciałam zapytać, czy ma pani może ciepłe lody? Ostatnim razem widziałam je u pani na półce obok pieczywa, ale były sprzedawane w czteropaku, nie ma może dzisiaj pojedynczych sztuk?
W sklepiku tym prawem było, iż po towar sięgał sprzedawca, ja mogłam jedynie porozglądać się, co takiego jest tu dostępne. Ze swoim dość mikrym jak na dorosłą kobietę wzrostem musiałam stawać na palcach, by dojrzeć cokolwiek ponad ramionami sprzedawczyni, a tak się składało, że swoją posturą właśnie zasłaniała najbardziej intersujący mnie widok.
Po jej minie widziałam, że nie jest do końca pewna, o co pytam, a ja czułam, jak coś zaciska mi się w gardle. Tak bardzo miałam ochotę na ciepłe lody, że aż się z tego powodu obudziłam, czułabym olbrzymi zawód, gdybym ich nie dostała.
Trzymałam się jednak, byle nie dać po sobie poznać, jak bardzo odpowiedź przecząca mnie dobije. Uczucie porażki, kiedy cel znajdował się właściwie na wyciągnięcie ręki, miało naprawdę gorzki smak.
– Ciepłe lody? – powtórzyła za mną i zamyśliła się na chwilę. – Skarbeńku, masz na myśli te wafle z ciemną czekoladą?
Moje serce zabiło mocniej.
– Tak, zgadza się.
Powoli odwróciła się, by przyjrzeć półkom za sobą, a ja aż wstrzymałam oddech w tym swoim oczekiwaniu. Było to podobne do zachowania dziecka, które wie, że święty Mikołaj już był i pozostawił pod choinką jakiś prezent, tylko trzeba jeszcze chwili, by dowiedzieć się, co się otrzymało.
– O proszę. – Nie wiedziałam, jak zinterpretować tę reakcję. – Widzę, że dzisiaj przyjechały tylko takie w kartonie, mogą być?
Ekspedientka nie tyle wskazała mi na te małe cuda, ale uniosła wzmiankowany karton, byle tylko pokazać mi jego zawartość, a mnie momentalnie dopadło poczucie deja vu, bo to było, jakbym przeniosła się ponad dwadzieścia lat wstecz i znowu patrzyła na pana w szkolnym sklepiku, który właśnie wydawał mi taki smakołyk za jedyne sześćdziesiąt groszy.
Nie było na to większej rady, do oczu napłynęły mi łzy szczęścia.
– Oczywiście, że mogą, cztery poproszę, dziękuję ślicznie.
Dowód na to, że emocje przejęły nade mną kontrolę? Zaczynałam gadać nieco bez ładu i składu, jak właśnie w tej chwili. Kobieta po drugiej stronie lady uśmiechnęła się i zaczęła pakować każdą ze sztuk do osobnej foliówki, jakby bała się, że dłuższy kontakt między nimi doprowadzi do złamania się któregoś z nich. Mnie byłoby obojętne, jak wyglądają po doniesieniu ich do mieszkania, najważniejsze było, że zdołam spełnić swoje pragnienie.
– Szkolne czasy się przypominają, prawda? – zagadnęła mnie sprzedawczyni z lekkim uśmiechem na wargach, jakby wreszcie miała przestrzeń, by poczuć się nieco lepiej, bo trafił jej się konkretny i uprzejmy klient. – Też je wtedy uwielbiałam, choć nieco brudził mi się od nich mundurek, taka byłam niezdarna, kiedy je jadłam.
– To jeszcze piątą sztukę wezmę – powiedziałam, zanim zdążyła zacząć nabijać moje zamówienie na kasę.
– Jak kochanieńka sobie życzy.
Ostatnia ze sztuk także została włożona do osobnej reklamówki, a ja usłyszałam kwotę, którą miałam w gotówce, toteż nie musiałam świecić za siebie oczami. Transakcja przebiegła bardzo płynnie, zaczęłam więc zgarniać swoje ciepłe lody i odwróciłam się z przyjaznym „dziękuję serdecznie, do widzenia!”, kiedy jej głos zatrzymał mnie w miejscu.
– Skarbie, o jeszcze jednym zapomniałaś.
Uśmiechnęłam się do niej szczerze.
– Ten jest dla pani, do kawy, niech osłodzi pani dzień. Do zobaczenia!
Pozostawiłam ją w lekkim osłupieniu i wyszłam ze sklepiku, po drodze natykając się na tamtych panów ze skrzynką piwa. Nadal nad czymś debatowali, ale to nie była moja sprawa. Miałam tylko nadzieję, że nie ponowią swojej próby i nie przysporzą ekspedientce żadnych zszarganych nerwów.
Życzyłam jej, by każdy klient zachowywał się względem niej jak człowiek człowiekowi, ale bez tej części o wilku. Mnie poprawiła ona humor, mając tylko w asortymencie to, czego pragnęłam, chciałam, by inni potrafili rozjaśnić jej dzień, a nie tylko dokładać zmartwień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz