Apel wojskowy:
Namierz cel:
poniedziałek, 30 marca 2026
Temat 209: Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz (...)
Nowy temat (czas do 29.03):
Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy.
Klucze:
omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać
[209] chcę mieć tylko dobre życie ~ Miachar
Wystarczyło mi tylko otworzyć oczy, zwlec się z łóżka i wyjrzeć przez okno, by wziąć zasnute szarymi chmurami niebo za niezbyt dobry omen. Oczywiście można się było tego spodziewać i na to przygotować, prognozy pogody zapowiadały załamanie aury już od jakiegoś czasu, ale mimo to miałam nadzieję, że przez weekend jeszcze będzie okej.
niedziela, 29 marca 2026
[209] FINE LINE: Yes, I care. ~ Wilczy
Mam nadzieję, że udało mi się zrealizować temat , łącząc wroga z przyjacielem. Choć być może go jeszcze rozwinę...
_________________________
2000
Sethy milknie. Odkasłuje w zaciśniętą pięść, jakby zamierzała udawać, że wcale się przed chwilą nie śmiała.
– Nie wiedziałem… – urywam, nie do końca pewien, co chcę powiedzieć.
– No? – Set unosi brwi. – Zakpij sobie, śmiało. – Zgina palce w swoją stronę, prowokując mnie gestem. – Nie wiedziałeś, że co? Że potrafię się śmiać?
– Nie. – Marszczę brwi. – Tylko… – Podnoszę dłoń, by wsunąć palce we włosy i na moment zamieram w tej pozie. – Powinnaś to robić częściej.
Zapada cisza, podczas której dziewczyna wychyla się w przód, podejrzliwie zaglądając mi w oczy.
– Starasz się być miły? – Najwyraźniej nie akceptuje takiej ewentualności. – Nie do twarzy ci z tym. Natury nie oszukasz.
Otwieram usta, żeby powiedzieć coś w swojej obronie, ale ona mnie ucisza.
– Sądziłeś, że nie mam poczucie humoru? – Rozkładam ręce w niemym proteście przed tym oskarżeniem. – W szkole chyba tylko ja chwytałam twoje żałosne żarty.
– Wiem! – udaje mi się wreszcie dojść do słowa, podnosząc wyżej ręce.
– Wiesz?
Na jej twarzy po raz kolejny w krótkim czasie pojawia się konsternacja. Mogę się tylko na to uśmiechnąć, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
– Słyszałem twoje prychanie znad książki z drugiego końca pokoju wspólnego, gdy opowiadałem coś tym głąbom, których przerastał każdy wysiłek intelektualny wymagający jednocześnie słuchania i rozumienia, co się mówi.
Sethy podpiera brodę na ręce, kierując na mnie rozbawione spojrzenie.
– Na tak, twoich dwóch ochroniarzy. Co u nich?
– Wyjechali za granicę.
– Nie ma to jak przyjaciele.
To jedno słowo zastyga w ciężkiej ciszy, podczas gdy patrzymy na siebie odrobinę zbyt długo.
Set pierwsza odwraca wzrok. Spogląda w okno, za którym zapadła już ciemność, pospiesznie osusza szklankę.
– No nic, będę się zbierać – oświadcza niespodziewanie, wstając.
Ja też się podnoszę.
– Chcesz coś dodać, zanim wyjdę? Może dla odmiany coś zgryźliwego? Bo nieswojo się czuję. Zupełnie jakby nikt mnie nie opluł jadem. – Przekrzywia głowę, a na jej twarzy gości wyraz zadumy. – A to dziwne po spotkaniu z tobą.
Nie mogę się cicho nie zaśmiać w odpowiedzi na ten słowotok.
– Dobrze cię było spotkać – mówię tylko i przygarniam ja do siebie ramieniem w krótkim uścisku. Jestem tym zaskoczony w niemniejszym stopniu co ona.
– Świat oszalał – mamrocze w mój płaszcz, pospiesznie się odsuwając; jest wyraźnie spięta. – Ogarnij się, Malfoy.
Rzuca na stolik mugolskie pieniądze i odchodzi.
Kto wie, kiedy znowu się zobaczymy.
– Sethia? – zatrzymuję ją, gdy jest już w drzwiach; odwraca się nieznacznie przez ramię. – Będziesz tu jutro?
Zastanawia się, stojąc w progu na tle nocy.
– Nie.
Drzwi zamykają z cichym trzaskiem.
Siadam, wsłuchując się w gwar barowych rozmów. Kończę piwo, które mi postawiła, chociaż smakuje okropnie. Ciężar samotności, który na chwilę zelżał, znów mnie przytłacza. Ale przecież umiem się z nim obchodzić.
Znoszę go całe życie.
2020
Złote oczy patrzą na mnie w osłupieniu. Najwidoczniej jestem dla niej tak samo niespodziewanym widokiem jak ona dla mnie. Jej dłoń ześlizguje się z klamki. Chyba sama nie wie, czy wyjść, czy jednak wrócić do pomieszczenia.
– I naprawdę, wolałbym, żebyś nie wychodziła w środku kłótni! – Z głębi pomieszczenia dobiega mnie głos, którego szczerze nie znoszę. – Zawsze to robisz. – Głos się przybliża. – To niczego nie ułatwia. Jak mamy cokolwiek ustalić, skoro…
Zza drzwi wyłania się mężczyzna w okrągłych okularach. Wciąż nie stać go na porządny grzebień, który zrobiłby porządek z tym, co dzieje się na jego głowie.
– Draco? – pyta głupio, zaskoczony tym spotkaniem. Mojej uwadze nie umyka, że nie jest wolny od starych nawyków: jego ręka natychmiast wędruje w pobliże różdżki. Uśmiecham się kpiąco, dając mu do zrozumienia, że to zauważyłem. – Przepraszam, ale co ty tu robisz? Potrzebujesz czegoś?
Zaciskam mocno szczęki i nie mam najmniejszej ochoty ich rozewrzeć, ale robię to.
– Przeszkodziłem? Kłócicie się? – Unoszę brew, ściągając usta i przenosząc wzrok na Set. – Obdarzasz kogo popadnie tym przywilejem?
Sethy prycha gniewnie i wymija mnie zręcznie, stawiając wściekłe kroki, które niosą się echem po korytarzu.
Patrzę za nią, dopóki nie słyszę natarczywego chrząknięcia za plecami.
– Czego chcesz?! – syczę, zwracając zwężone oczy w te nieprzyzwoicie zielone.
– Ja? To ty przeszedłeś do mnie!
Prycham lekceważąco, znów zerkając za siebie. Set jest już przy windzie.
Mam znów pozwolić jej odejść?
– Zaczekaj tutaj, Potter – warczę; podróżny płaszcz łopocze za mną, gdy się odwracam.
– No jasne! To przecież moje biuro! Gdzie miałbym iść?! – wydziera się za mną, ale nie zwracam na to uwagi.
Udaje mi się wsunąć stopę między ścianę a drzwi windy, zanim się zamyka. Z uśmiechem satysfakcji ładuję się do środka, co jest wyraźnie nie w smak kobiecie wewnątrz.
Winda rusza, oznajmiając to cichym, melodyjnym dźwiękiem. Stoimy obok siebie w milczeniu. Splatam przed sobą swobodnie opuszczone dłonie, zerkając na Set z ukosa.
– Wciąż pracujesz z tym pajacem?
– Wybrańcem – poprawia mnie tylko po to, żeby mnie wkurzyć.
– I nawet on zasługuje na coś, czego mi poskąpiłaś – mruczę pod nosem z niezadowoleniem.
– Słucham? – Set wreszcie zwraca na mnie spojrzenie. Może wkurzone, lecz pełne pasji. – O co ci chodzi?
– O to, że ja nie zasłużyłem na kłótnię. Wtedy. – Wbijam wzrok w drzwi przede mną. – Nawet na mnie nie nawrzeszczałaś. Gdybyś to zrobiła… – zawieszam głos, ona też milczy. – Ale ty wolałaś po prostu odejść. Zostawiłaś mnie bez słowa.
– Zosta… no nie! – prycha z niedowierzaniem, zakładając ręce na ramiona. Jest wściekła i poświęca mi całą uwagę. – A jak się miewam twoja żona, Draco?
Patrzę na nią spod rzęs, bez żadnego wyrazu twarzy.
– Nie żyje.
– Och – wyrywa się z jej gardła, gdy rozszerza oczy, ale jestem przekonany, że nie okaże mi współczucia i się nie mylę: – Czy w takim razie już nie mogę swobodnie cię nienawidzić?
Wypuszczam głośno powietrze przez usta.
– Wolałbym, żebyś tego nie robiła – wyznaję cicho, obserwując jej reakcję.
Niestety Set jest w swojej dawnej, sarkastycznej formie.
– Zaczekaj. – Wznosi palec, robi skupioną minę i przymyka oczy, jakby analizowała swoje uczucia; jej włosy są dłuższe niż wtedy, gdy widziałem ją ostatnio. – Nie. Jednak nic się nie zmieniło.
Wlepia wściekły wzrok w gasnące i zapalające się cyferki pięter, zamierzając mnie ignorować, choć nie jest w stanie całkiem ukryć poruszenia, wywołanego zarówno informacją, którą jej przekazałem, jak i samą moją obecnością.
– Chciałem z tobą porozmawiać – przypominam, nie spuszczając z niej wzroku. – Wielokrotnie. Odmawiałaś za każdym razem.
– Oświadczyłeś się jej – syczy przez zaciśnięte zęby. – Miałam ci pomóc wybrać pierścionek?!
Wysiada z windy na poziomie minus osiem. Przewracając oczami, robię to samo i deptam jej po piętach jak cień. Trzaska drzwiami, za którymi znika, tuż przed moim nosem, na co jedynie wzdycham. Z ciekawością obrzucam wzrokiem tabliczkę z nazwą departamentu, przy której widnieje jej nazwisko i bez pukania wchodzę do środka.
– Porozmawiamy teraz – oznajmiam tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Nie mamy o czym rozmawiać, Malfoy. Wyjdź.
– Aha. Teraz będziemy się do siebie zwracać po nazwisku, Yaxley?
– Nie będziemy się do siebie zwracać wcale – prostuje, obrzucając mnie wściekłym spojrzeniem. Stoi przed biurkiem, opierając dłonie o blat, podczas gdy ja wygodnie rozsiadam się w krześle przed nim.
– Myślę, że jednak jest o czym rozmawiać. – Nie zrażony jej chłodną postawą, wskazuję Sethy jej własny fotel i splatam dłonie na klatce piersiowej.
Kobieta kręci głową, niedowierzając w moją bezczelność, ale opada na fotel. Może zwyczajnie brakuje jej na mnie sił.
Patrzymy na siebie bez słów przez pełną minutę. W końcu Set wzdycha ciężko.
– Gdybyś wtedy rozegrał to inaczej…
– Gdybym cię okłamał? To masz na myśli?
Usta kobiety przypominają cienką linię.
– Nie myśl sobie, że to by ci się udało. Nie jesteś w tym tak dobry, jak sądzisz.
Uśmiecham się ponuro.
– Racja. Z tobą mi się nie udawało.
Zapada ciężka cisza.
Odchylam się w krześle, ściągam łopatki, próbując wyprostować plecy, by rozluźnić spięte mięśnie. Patrzę w okno, za którym szaleje wichura.
Ale gdyby się udało…
Zerkam na Sethy, która tak jak ja odwróciła się w stronę okna.
Zaciskam szczęki.
Scorpius wciąż miałby matkę.
– Po co wróciłeś wtedy do tego baru? – pyta mnie cicho, lecz z wyrzutem, wyrywając z zamyślenia. – Powiedziałam ci, że mnie tam nie będzie. – Zwraca na mnie spojrzenie. – Gdybyś tego nie zrobił…
Przerywam jej, unosząc dłoń. Ciężar tego, co zamierzam odpowiedzieć równoważy się z potrzebą, by być szczerym – tym razem całkowicie.
– Przecież wiesz, że… nie zrobiłem tego z twojego powodu.
AND YES I CARE
2000
Tym razem wracam pod Wehikuł z zupełnie innym nastawieniem. Nie czuję wyłącznie niesmaku, pojawia się zaciekawienie. Wciąż mam zadanie do wypełnienia, ale oprócz niego jakaś cicha, wkurzająca nadzieja zaprząta moje myśli. Na szczęście szybko się ulatnia, gdy wchodzę do baru i rozglądam uważnie po zajętych stolikach. W końcu zajmuję jeden z tych wolnych i już nic nie rozprasza mojej uwagi. Mogę skupić się na tym, po co naprawdę tu przyszedłem.
YES I CARE
Zamawiam dla siebie kawę, rozkładam gazetę, za którą częściowo się chowam i obserwuję uważnie wchodzących do środka ludzi. Wieczór dopiero zapada, więc zaczyna ich przybywać. Piję drugą filiżankę, gdy drzwi zaczynają zachowywać się dziwnie. Uchylają się i zamykają, choć nikt nie wchodzi. Potem znowu się otwierają. Ktoś ukradkiem zagląda do środka i szybko się wycofuje. Słyszę rzucone pod nosem: „Kurwa mać” i widzę błysk oczu spod naciągniętego na twarz kaptura.
W kolorach Slytherinu.
Kręcę z politowaniem głową, ale nie mogę zapanować nad uśmiechem, który wkrada się na moje usta. Z głębokim westchnieniem składam gazetę, odkładam ją na stolik, upijam łyk kawy i wstaję, poprawiając poły czarnej marynarki. Przechodzę przez bar i otwieram wejściowe drzwi. Wychodzę na zewnątrz, pozwalając, by się za mną zamknęły. Wyciągam z kieszeni paczkę papierosów, wsuwam jednego w usta. Z drugiej kieszeni wydobywam srebrną zapalniczkę inkrustowaną herbem rodziny Malfoy i podpalam papierosa. Zaciągam się dymem, chowają jedną dłoń do kieszeni garniturowych spodni. Wypuszczam obłok dymu i dopiero wtedy się odzywam:
– Cześć, Set. – Kątem oka zerkam na przykucniętą pod ścianą postać, wciąż chowającą twarz. – Jednak przyszłaś.
Spod kaptura dochodzi cierpiętnicze westchnienie.
– Co mnie zdradziło? – pyta z niezadowoleniem, wstając i patrząc na mnie ponuro.
– To co zwykle. – Opieram ręce o barierkę, w jednej wciąż trzymając papierosa; nie spuszczam z niej oczu. – Język i głupota.
Odwracam się, opierając o barierkę plecy i zgięte w łokciach ręce. Nie mogę się nie zaśmiać. Set ma porażkę wymalowaną na twarzy.
– No i co? – pytam, znów się zaciągając i rozkoszując tą chwilą. – Skoro nie chciałaś się ze mną zobaczyć, to czego tu szukasz?
– A ty? – odbija pytanie Set, wciskając obie dłonie do kieszeni spłowiałych dżinsów. – Przecież powiedziałam, że nie przyjdę.
Wzruszam ramionami.
– Wiedziałem, że zmienisz zdanie.
YES I CARE
Wbija we mnie podejrzliwe spojrzenie zmrużonych oczu.
– Jasne – wydaje swój werdykt i wyrywa mi z ust papierosa. – Nikt panicza nie przeszkolił, że palenie szkodzi? – Rzuca go na schody i depcze ze złością, a potem wchodzi do środka.
Idę za nią, nie mogąc przestać się uśmiechać. Gestem wskazuję stolik, który zająłem, a Set posłusznie zmierza w jego stronę, choć wciąż jest naburmuszona.
Siadam na miejscu, które zajmowałem wcześniej, lecz ona się waha.
– Skoro już cię zdemaskowałem, to usiądź ze mną – rzucam, odsuwając jej niedbale krzesło.
Set siada i wbija we mnie spojrzenie. Jak ją znam kombinuje, jak tu mi dogryźć.
– Zależy ci – orzeka wreszcie, na co tylko unoszę brwi.
– Na czym?
– Tego jeszcze nie wiem. Ale na czymś musi ci zależeć. Inaczej nie przychodziłbyś drugi dzień w miejsce, gdzie jest wszystko, czym gardzisz
– Dlaczego więc mnie nie zapytasz? – podpowiadam, opierając podbródek na dłoni.
– No właśnie – niespodziewanie się ze mną zgadza; nigdy tego nie robi, dlatego budzi to moją czujność. – Czego, u diabła, szuka Malfoy w barze dla mugoli?
Nie znoszę, gdy zwraca się do mnie po nazwisku. Mimowolnie się krzywię. Otwieram usta, by udzielić kąśliwej odpowiedzi, ale wtedy drzwi baru znów się otwierają. Oboje śledzimy wzrokiem mężczyznę, których wchodzi. Facet zachowuje się nerwowo. Rozgląda się, zerka na zegarek, naciąga na czoło czapkę z daszkiem. Ostatecznie siada przy barze, zamawiając piwo. Ja i Set znów zwracamy na siebie spojrzenia.
– Posłuchaj… – zaczynam, nie mogąc zdecydować, czy zdobyć się na szczerość, ale drzwi znowu się otwierają i znów oboje pilnie przyglądamy się nowoprzybyłemu mężczyźnie, który wita się z tym w czapce i wskazuje na stolik w głębi baru. Znikają za ścianą i nie możemy dłużej ich obserwować.
– Przepraszam. Muszę skorzystać z toalety – mówię, podnosząc się, a Set robi to samo.
– Ja też – tłumaczy i ruszamy w tę samą stronę, sztyletując się na spojrzenia. Chyba każde z nas podejrzewa, że jesteśmy tu w tym samym celu.
Znikamy odpowiednio za drzwiami damskiej i męskiej ubikacji. Zza półprzymkniętych drzwi obserwuję, co robią ci dwaj mugole i mogę się założyć, że Set robi dokładnie to samo.
Jeden z mężczyzn, ten który wszedł później, wyciąga coś ze sportowego plecaka. Zwiniętą w rulon tkaninę. Ten drugi ruchem brody każe mu je rozwinąć. Oboje zamierają nad rozpostartym obrazem, wpatrując się w niego jak zahipnotyzowani. Nie reagują na hałas, który rozlega się na zapleczu. Zamierają. Mam wrażenie, że nawet przestają oddychać.
Prostuję się, próbując się przyjrzeć temu, co leży na stole. Jestem niemal pewien, co to jest.
– Accio, gobelin – słyszę szept z naprzeciwka.
Otwieram szerzej, widzę różdżkę Set wystającą zza drzwi łazienki.
Tkanina podrywa się w górę, lecz mugole mają refleks. Jeden z ich chwyta je pospiesznie, jakby wyrwany z letargu i zaczyna krzyczeć na drugiego. Tamten też odpowiada krzykiem. Wywiązuje się kłótnia, a ta przeradza się w szarpaninę.
– Hej! – Set wyskakuje z łazienki, reagując w obawie o cenny artefakt, ale tylko przepłasza tym mugoli. Obaj rzucają do ucieczki. – HEJ! – krzyczy za nimi i zrywa się do biegu, potrącając barowe krzesła.
– Pięknie, przestraszyłaś ich – rzucam z pogardą, wychodząc zaraz za nią.
Stoimy w oparach chłodnego wieczoru, patrząc za oddalającymi się spiesznie mugolami. Neon nad naszymi głowami chybocze na wietrze.
– OK, skup się. – Sethy przyciąga mnie do siebie, chwytając za marynarkę i zmuszając, żebym się pochylił. – Tych dwóch złodziejaszków… Wiesz, co zwędzili?
– Nie. – Staram się, by na mojej twarzy zagościł wyraz uprzejmego zainteresowania. – Co takiego?
Set tylko prycha.
– Oczywiście, że wiesz, Malfoy. Ty też po to tutaj przyszedłeś – wzdycha, puszczając mnie i uciska palcami nasadę nosa, po czym niecierpliwie macha dłonią. – Tracimy czas. O to, kto zatrzyma gobelin, pokłócimy się później, a teraz – chwyta mnie za ramię i kieruje w dół po kilku schodkach prowadzących spod drzwi baru na ulicę – musimy dorwać tych gamoni.
Rusza szybkim krokiem za dwójką mężczyzn, którzy są już na końcu ulicy, a ja za nią.
– Jeśli się rozdzielą… – zaczyna, nie spuszczając mugoli z oczu.
– Jasne – zgadzam się od razu, odgadując, co ma na myśli.
– Najważniejsze, żeby nie zwiali z gobelinem Blacków – przestrzega i ponagla mnie, chwytając za łokieć i ciągnąc za sobą.
– Blacków? – udaję zaciekawienie, chcąc potwierdzić swoje przypuszczenia.
– Tak jakbyś nie wiedział – mruczy z przekąsem Set. – Oczywiście te półgłówki nie maja pojęcia, że natknęli się na coś z naszego świata. Wiedzą tylko, że to niezwykle cenne. A znając uroczy charakter rodziny Blacków, klątwa, którym jest obłożony gobelin, mogła już zacząć działać. Musimy go odzyskać.
Mugole zatrzymują się na skrzyżowaniu ulic. Oglądają się na nas i po krótkim wahaniu jeden z nich rusza biegiem w prawo, drugi w lewo.
– Szlag! – Set rzuca się do biegu. – Bierz tego po prawej! Tylko nie używaj żadnych zaklęć w terenie zabudowanym!
Wbiegam w ciemną uliczkę, złodziej jest jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie. Płuca zaczynają mnie palić, obrzucam pospiesznym spojrzeniem mijane domostwa. Prawie we wszystkich oknach są zaciągnięte zasłony. Wyciągam różdżkę i rzucam zaklęcie niewerbalne.
Mężczyzna przede mną potyka się i upada, a ja mogę zwolnić. Podchodzę powoli, wyrównując oddech. Trzymam dłoń na biodrze, nachylając się nad nim. Mam nadzieję, że trafił mi się ten z gobelinem. Kopniakiem odwracam go na plecy i przykucam, by go przeszukać. Uśmiecham się zwycięsko. Pod palcami wyczuwam szorstki materiał. Wyciągam zwinięty gobelin, który złodziej ukrył pod kurtką. Nie mogę się oprzeć, by nie rzucić okiem. Rozwijam tylko odrobinę, odwracam się, by padło na niego światło latarni. I wtedy za plecami słyszę kroki. Pospiesznie zwijam gobelin i szybko chowam w połach marynarki.
– Zwiał mi! – woła z rozpaczą Set, zatrzymując się i zginając w pół. Opiera dłonie o kolana i dyszy ciężko. – Nie mogę w to uwierzyć… Pokonał mnie… jakiś mugol!
– Nie trzeba się było z nim cackać.
Sethy podnosi wzrok i dopiero teraz dostrzega, że złodziej, które złapałem, jest unieruchomiony drętwotą.
– Nie mogłeś się powstrzymać, co? – rzuca wściekle, prostując się. – Ministerstwo nie wydało zgody na zaklęcie zapomnienia, to miało wyglądać na porachunki mugolskich przestępców.
Wzruszam ramionami.
– Mało mnie obchodzi Ministerstwo – oświadczam chłodnym tonem. – I nie jestem złodziejem.
– O to bym się nie założyła… – Rzuca mi znaczące spojrzenie, ale nie rozwija tematu. – Powiedz przynajmniej, że to on miał przy sobie gobelin.
Nie spuszcza wzroku z mojej twarzy.
– Niestety – mówię, rozkładając ręce w bezradnym geście.
Set długo na mnie patrzy, a ja czuję się coraz bardziej nieswojo. Dziewczyna ma zbyt przenikliwe spojrzenie.
– Nie wierzę ci – wyrokuje wreszcie, ściągając usta i biorąc się pod boki.
Unoszę wyżej brwi, uśmiechając się cynicznie.
– I co z tym zrobisz? – pytam prowokującym tonem. – Przeszukasz mnie?
– Przeszukam – postanawia, marszcząc brwi i skubiąc dolną wargę. Wygląda, jakby się zastanawiała, jak się do tego zabrać. – Rozbieraj się – rozkazuje wreszcie, na co wybucham śmiechem.
– Przepraszam, ale jeśli sądzisz, że to była propozycja z mojej strony…
– Tylko marynarkę!
Nachylam się, uśmiechając przebiegle.
– Nie będę współpracował, Sethy.
– Czyli masz coś do ukrycia?
– Mam trochę godności. – Prostuję się, przymykając powieki. – Ale ty się nie krępuj.
Unoszę ręce, ciekaw, czy Set rzeczywiście poważy się mnie przeszukiwać.
– Dobrze, w takim razie… – Zbliża się do mnie niepewnie. – Na mocy prawa nadanego mi przez samego Ministra Magii… – odchrząkuje. – Muszę to zrobić.
Wstrzymuje powietrze, a jej dłonie wsuwają się pod moją marynarkę. Początkowo jest skrępowana, ale widząc, że uśmiech nie schodzi mi z twarzy, nabiera pewności. Odwaga chyba zawsze idzie w parze z gniewem, a Set z całą pewnością się na mnie gniewa.
Od dawna.