Temat 208: Prawda ma w dupie, co o niej sądzisz.
Klucze: wozić, niezapomniany, nieżyt, honorowo
Temat 208: Prawda ma w dupie, co o niej sądzisz.
Klucze: wozić, niezapomniany, nieżyt, honorowo
Kropki pominięte z pełną świadomością (poza jedną na końcu tego zdania).
I
Granice
2020
Długo się zastanawiam, zanim decyduję wejść do środka. Po plecach przechodzi zimny dreszcz. Rozglądam się, oceniając, jak wiele się zmieniło. Luzuję kołnierzyk koszuli, próbując odeprzeć niepokojące wrażenie, że monumentalny budynek odwdzięcza się w ten sam sposób. Setki par oczu, szum prowadzonych rozmów, zgiełk i typowy dla tłumu chaos. Nie czuję się w nim tak pewnie jak kiedyś. Spojrzenia, które napotykam, też nie są przychylne. Odpowiadam na każde, znosząc wrogość z kpiącym uśmiechem, ale to wszystko, co mam. Maska.
Nikt mnie nie pozdrawia, ja też do nikogo się nie odzywam. W sumie bardzo dobrze. Jeśli nikt nie będzie mnie zaczepiał, załatwię, po co przyszedłem dużo szybciej i od razu opuszczę to nieprzyjazne miejsce.
Wsiadam do windy, znosząc w ciszy szepty i pogardliwe zerknięcia. Patrzę w górę, jakby interesowało mnie źródło światła na suficie i zaciskam mocno usta. Wysiadam, gdy winda zatrzymuje się na piętrze, które wybrałem. Drzwi zamykają się za moimi plecami, nikt więcej nie wysiadł. Wykorzystuję chwilę, w której jestem sam w niedoświetlonym korytarzu, by złapać oddech. Poprawiam zegarek na nadgarstku, po raz kolejny analizując, czy muszę zrobić to po co przyszedłem.
Jeszcze nie jest za późno. Mógłbym się odwrócić, wsiąść z powrotem do windy i…
Uciec?
Niestety na swoje nieszczęście dawno temu obiecałem sobie, że koniec z uciekaniem.
Zaciskam zęby, opuszczam zaciśnięte pięści. Zdecydowanie wolałbym stoczyć pojedynek na śmierć i życie, niż przychodzić tutaj i… prosić o cokolwiek jego.
No dobra, może zwykły pojedynek. Taki bez możliwości przejścia na tamten świat.
Który od jakiegoś czasu kusił bardziej niż kiedykolwiek.
Zatrzymuję się na końcu korytarza przed zamkniętymi drzwiami. Omiatam wzrokiem przytwierdzoną na ich środku tabliczkę i prycham ze złością. Samo nazwisko już przyprawia mnie o dreszcz obrzydzenia. Podnoszę rękę, żeby zastukać, ale wtedy dochodzą mnie zza nich podniesione głosy. Znam oba.
Tak jak na jego widok byłem przygotowany, tak teraz w jednej chwili argumentów za tym, by się wycofać, przybywa. Wzburzone kroki po drugiej stronie zbliżają się nerwowo i o wiele za szybko, bym znalazł kryjówkę, za którą rozglądam się rozpaczliwie, ale ani stojak na parasole, ani zwykły czarny wieszak nie wydają się odpowiednie. Mogę jeszcze po prostu odwrócić się na pięcie i odejść, ale właśnie gdy się do tego zabieram, drzwi się otwierają.
Rozpędzone kroki zamierają gwałtownie z piskiem podeszw, uniesiony głos urywa słowa w pół zdania. Ja zapominam, jak się oddycha. Stoję i patrzę w wzburzone, złote oczy.
Chwile jak te mają w zwyczaju ciągnąć się nieznośnie. Tak jest i w tym przypadku. Czas zatrzymuje się na tyle długo, żebym pojął, że to spierdoliłem.
2000
Nie chodzę w takie miejsca, gdy nie muszę. Ale czasem nie mam wyboru. Niebieski neon miga nad wejściem, rzucając chłodne światło na moją twarz, gdy zadzieram głowę, przyglądając się nazwie. Marszczę nos. „Wehikuł” chyba niewiele robił sobie z mojej pogardy.
Wewnątrz nikt nie zwraca na mnie uwagi. Pomieszczenie wypełnia dym, jazzowa muzyka i wesoły gwar. Zamykam za sobą drzwi, zimny wiatr przestaje szarpać moim płaszczem. Odchrząkuję, ściągając brwi. Nie czuję się zbyt pewnie, co jest dla mnie nowym uczuciem, ale to nie mój grunt. Czuję, że zaschło mi w gardle i ręka wędruje do kieszeni. Powstrzymuję się w ostatniej chwili. No tak, przecież nie mogę… Rozglądam się i mój wzrok pada na dziwną maszynę stojącą tuż obok mnie przy wejściu. Jest pełna wody, a obok piętrzy się stos plastikowych kubków.
Ściągam brwi jeszcze mocniej i staję naprzeciw. Kompletnie nie mam pojęcia, co robić, ale przecież nie pokona mnie kupa niemagicznego złomu.
Chyba.
Kłopotliwe okazuje się już samo wyciagnięcie kubka. Rozdzielenie go z resztą przypomina grę zaprojektowaną przez psychopatę bez wyobraźni. Niszczę przynajmniej kilka, zanim mi się to udaje, a potem zastanawiam się, co dalej. Po próbie zrozumienia, dlaczego z jednego kraniku leci wrzątek, a przy drugim można nabawić się odmrożeń, prostuję się – nie bez dumy – z kubkiem wody w ręce. Nie cieszę się nim długo.
– Do czego to doszło, że nie ma kto panicza obsłużyć?
Przez niespodziewany głos za plecami oblewam się wodą. Wściekły, odwracam się i mrużę oczy, próbując zlokalizować źródło głosu. Wzrok przykuwa siedząca przy stoliku w cieniu ciemnowłosa dziewczyna, patrząca na mnie znad skrzyżowanych ramion. Światło świec rzuca blask na jej twarz, naznaczoną świeżą blizną.
Przekrzywiam głowę, zbliżając się do niej powoli. Skupiam wzrok na znajomej twarzy. Złote oczy, cięty język. Znałem kiedyś kogoś, kto pasuje do tego opisu, ale jeszcze chwilę łudzę się, że się mylę. Światło jest w końcu dość słabe no i jak to możliwe, żebyśmy wpadli na siebie w miejscu takim jak to. Świat nie jest aż tak mały.
– Serio? – Unosi brwi, kręcąc z niedowierzeniem głową i krzywi usta. Blizna rozciąga się nieładnie. – Nie pamiętasz imienia jedynej osoby, która cię tolerowała?
– Sarkastyczna Seth – wzdycham, odwdzięczając się drwiącym uśmiechem i odsuwając sobie krzesło przy jej stoliku. – Co dokładnie rozumiesz przez słowo „tolerancja”?
– Znosiłam cię, to już był wyczyn. Byłeś upierdliwym gówniarzem, musisz przyznać. Mimo wszystko nawet cię na swój sposób lubiłam.
– Cóż, nie miałem o tym pojęcia. Okazywałaś sympatię w nietypowy sposób. – Mierzymy się na spojrzenia. – Wciąż odzywasz się tylko po to, by rzucić kąśliwą uwagę?
– Wciąż zachowujesz się jak dupek? – odpowiada pytaniem, patrząc mi w oczy i siorbiąc resztę piwa przez słomkę.
– Tylko dlatego ze mną trzymałaś. – Opieram się w krześle, wlewając w gardło resztkę wody, która mi została. – No wiesz, swój do swego.
Set patrzy na mnie chłodno, po czym parska swobodniejszym śmiechem. Unosi dwa palce, nawiązując kontakt wzrokowy z mijającą nas kelnerką.
– Więc… Co tu robisz, Yaxley? – pytam, rozkładając ramiona, zaciekawiony, ale i ostrożny. – Myślałem, że wszyscy Ślizgoni zwiali za granicę. A ci, co zostali, wolą udawać, że mnie nie znają.
– No widzisz jaka jestem wyjątkowa.
Mrużę podejrzliwie oczy, czekając, czy powie coś więcej, ale ona tego nie robi. Jedynie patrzy na mnie uważnie.
– Z tego co pamiętam, nie przepadałaś za mugolami.
Krzywi się, a jej spojrzenie jest teraz bardziej surowe.
– Jak już uzgodniliśmy, pamięć ci szwankuje. To ty byłeś mugofobem.
Rozkładam dłonie, pochylając głowę. Nie chcę się kłócić. Nie w tym temacie.
– Po prostu lubię tu przychodzić – podejmuje, skubiąc palcami dolną wargę. – Nikt mnie o nic nie pyta. – Nieświadomie pociera bliznę opuszkami. – Puszczają spoko muzę. Nad głową nie latają ci żadne sowy. Można posiedzieć… w spokoju.
Gdzieś w głębi rozlega się brzęk tłuczonego szkła, a po nim wybuch braw, gwizdów i rubasznego śmiechu. Tym razem to ja unoszę brew, patrząc na nią.
– Ciekawa definicja spokoju.
– Wolę to. Tę samotność w tłumie niż... – urywa, jakby speszona własną szczerością. – A ty? Co ty robisz w miejscu jak to?
Wzruszam ramionami.
– Zwiedzam. Bardzo lubię – w tym momencie kelnerka stawia przed nami wysokie, napełnione szklanki – mugolskie piwo. Można powiedzieć, że jestem koneserem.
Pociągam łyka i wykrzywiam się od nadmiaru goryczy. Sethy zaśmiewa się w głos, jakbym bardzo ją tym rozbawił. Sam też się uśmiecham na dźwięk tego śmiechu.
Przekrzywiam głowę, przyglądając się dziewczynie z większą uwagą. Zmieniła się. Ta krótka chwila wystarcza, żebym to zauważył. Nie chodzi tylko o to, że wydoroślała i przybyło jej blizn. Chyba nigdy dotąd nie słyszałem, żeby się śmiała. Odwrotnie niż zwykle się to dzieje, z wiekiem ubyło jej cynizmu i zgorzknienia. Czego nie można powiedzieć o mnie. Niemal jej zazdroszczę. Tej dziwnej, ulotnej lekkości. Jakby zrzuciła ciężar, który dźwigała w szkole.
1996
– Co?! To… To jakieś brednie! Wyssane z palca… Bzdury! Pieprzenie wymyślane przez szlamy!
Spogląda na mnie oczami, które powinny być ciepłe, a są chłodne jak grudniowa noc.
– Prawda ma w dupie, co o niej sądzisz, Malfoy – zbywa mnie, wzruszając ramionami. – Nie musisz się tak pieklić.
Zamierza odejść, ale zatrzymuję ją, chwytając za ramię.
– Mów, kto ci tego naopowiadał – syczę, świadomie coraz mocniej zaciskając palce. – Mów, Yaxley – naciskam, gdy nie odpowiada.
– Spadaj! – Strząsa moją rękę, odwracając się z gniewnym wyrazem twarzy. Długie, zebrane w niski kucyk ogon podążają za nią. – Ludzie gadają i będą gadać, nie musisz rzucać się na każdego, kto wyraża się niepochlebnie o twojej rodzinie.
– To, że ty sobie na to pozwalasz, nie znaczy, że ja będę to tolerował. – Głos drży mi ze złości. Set prostuje się, kwitując to nie sięgającym oczu kpiącym uśmiechem.
– Mówisz jakbyśmy nosili to samo nazwisko – zauważa, patrząc na mnie z góry, choć to ja jestem wyższy.
– Rodziny czystej krwi powinny trzymać się razem.
– To idź i zaprzyjaźnij się z Weasleyami.
– Słucham?! To zdrajcy krwi!
– Może do nich dołączę, bo nie uważam, żeby ktoś był gorszy tylko dlatego, że nie ma wpływu na to, w jakiej rodzinie przyszedł na świat!
Przez chwilę mrozi mnie sens tego stwierdzenia, ale szybko zdaję sobie sprawę, że to kolejna bzdura. Albo prowokacja.
– Gardzisz nimi – mówię, wbijając wzrok w jej twarz, podczas gdy ona stara się nie okazać żadnej emocji. – Widzę, jak patrzysz na szlamy. Możesz sobie zgrywać ich obrończynię, ale jesteś taka, jak ja.
– Tobą też gardzę, więc co?! – wybucha, mrużąc ze złości oczy. – Kim mnie to czyni, hm?
Zaciskam usta, rozglądając się po pokoju wspólnym. Naszej rozmowie przysłuchuje się już wielu Ślizgonów. Nie mogę stracić twarzy.
– Kretynką, która nie umie dokonać właściwego wyboru. A wkrótce będziesz musiała to zrobić. I lepiej, żebyś wybrała mądrze – syczę jej w twarz, patrząc z bliska w oczy i odchodzę, wściekły, że postawiła mi się jedyna osoba, która do tej pory mnie rozumiała.