Makai, 7 czerwca, 3:30
Y amato wibruje w jego dłoni, gdy po raz kolejny nacina czasoprzestrzeń. Nie otwiera przejść, tworzy zaledwie szczeliny, dzięki którym może zaglądać do świata ludzi jak do zamkniętego pokoju przez dziurkę od klucza. Naruszanie bariery, by podejrzeć drugą stronę i podsłuchać szczątkowe rozmowy wymaga sporej ilości energii i po kolejnym dniu szpiegowania Vergil zaczyna odczuwać lekkie zmęczenie. Ale jest ono warte tego, czego się dowiaduje.
Przede wszystkim, że nie może liczyć na swojego brata. Jakby kiedykolwiek mogło być inaczej. Od początku zakładał, że tak będzie, a mimo to dał mu tydzień na załatwienie tej sprawy. Może gdyby podpisał się na zleceniu Dante potraktowałby je poważniej. A może wówczas też by je odrzucił, bo wśród głupot, których wysłuchał i zapachu pizzy, który go dolatywał, wyczuł coś jeszcze. Nikłą nutę tego, czego szuka.
Może jego braciszek jednak pozbył się tej abominacji i przyniósł na sobie resztki tej energii?
Tylko dlaczego dzień później ta energia jest wyczuwalna jeszcze bardziej?
Łapie trop i podąża za nim. Uchyla drzwi do Red Grave City w różnych częściach miasta, aż staje się coraz bardziej wyczuwalna. W Makai łatwiej jest w ten sposób namierzać cele. Teraz trwa to dłużej, bo jeszcze nie może opuścić piekła, a szczelina zamyka się zbyt szybko, by mógł zebrać wystarczającą ilość informacji, ale wreszcie trafia na miejsce, które obfituje w znajomą energię.
Wygląda na coś, co ludzie nazywają fabryką. Wzniesiona na obrzeżach miasta, zdaje się niedostępna i opuszczona, ale jest pewien, że dobrze trafił. Z całą pewnością jest tu przetrzymywane coś, w czego żyłach płynie krew Argosaxa. Coś, czego już wkrótce się pozbędzie, tak jak sobie obiecał.
I AM RECLAIMER OF MY NAME
Kolejne szczeliny ukazują mu wnętrze zakładu. Ciche i ciemne. Przestrzenne, stalowe. Podesty, wzniesienia, hale produkcyjne. W rogu miga czerwonym światłem popsuta kontrolka na nieczynnej konsoli. Energia, którą zna, kłębi się i rwie, sprawia, że zaciska zęby po drugiej stronie świata, pragnąc się wyrwać, by natychmiast się z nią rozprawić. Ale jeszcze nie teraz. Musi się upewnić, zanim zabezpieczy twierdzę i opuści Makai.
Yamato znów nacina światy. Tym razem zapalają się światła na klatce schodowej. Ktoś zbiega w dół. Vergil próbuje podążać za postacią. Otwieranie szczelin przypomina ten moment szycia, gdy nie widzisz igły i przebijasz materiał. Możesz się spodziewać, w którym miejscu wyjdzie, ale nie zawsze jest to precyzyjne. Zwłaszcza jeśli nie znasz materiału, na którym pracujesz. Ale starszy z synów Spardy ma wprawę w prowadzeniu swojego ostrza.
BORN IN FLAMES, I HAVE BEEN BLESSED
Ukazuje mu się korytarz. Światła są pozapalane, a z oddali dochodzi zachęcający, ponury ryk. Ktoś znika za rogiem korytarza, biegnąc w stronę narastającego warkotu.
Ciepło, gorąco.
Zagląda za róg. Upierdliwie migająca żarówka sprawia, że widok jest niestabilny, jakby patrzył na ekran źle dostrojonego odbiornika telewizji. W oddali zatrzymuje się postać o długich, ciemnych włosach. Dziewczyna.
Następne rozcięcie powstaje tuż za jej plecami. Chaotyczna energia niemal bucha mu w twarz, gdy dziewczyna kładzie ręce na wielkich stalowych drzwiach, zza których ryczy coś wściekłego i z całą pewnością demonicznego.
MY FAMILY CREST IS A DEMON OF DEATH!
Tyle mu wystarczy.
Pozwala szczelinie się zamknąć.
W ostatniej chwili zwracają się na niego jasnoszare oczy i Vergil ściąga brwi.
Zakład depotworyzacji „Last Leash”, 7 czerwca, 8:20
P rzyszli.
Nie ci, których się spodziewała, ale efekt wywołali podobny, z tą różnicą, że Izzy, która spodziewała się stoczyć walkę o życie, sama ma ochotę ze sobą skończyć.
– Gdzie się pan pchasz, my tu byli pierwsi! – bulwersuje się facet o sumiastych siwych wąsach.
– Ale ja mam pilny przypadek! – Odkrzykuje mężczyzna dźwigający klatkę przykrytą płótnem, pod którym coś ćwierka i syczy na zmianę. – Mnie nie obowiązuje kolejka!
– Co za bzdury, proszę się cofnąć!
– To ja też mam przypadek! – woła wysoka kobieta z workami pod oczami, które wskazują, że ma za sobą wiele źle przespanych nocy. – Nie mogę dłużej czekać! Halo, proszę panią! Proszę się mną zająć!
– Ludzie, każdy tu przyszedł z jakimś potwornym problemem, uspokójcie się!
– To nie ciebie o mało nie wpierdolił jakiś zmutowany predator! – Wysoki chłopak z obandażowaną nogą, wymachuje wściekle rękami.
– Skąd wiesz?! Jakieś świństwo rozpleniło mi się na strychu, ledwo uciekłem!
– Zamknąć mordy i czekać na swoją kolej!
– Sam zamknij mordę i…
Trzy wystrzały jeden po drugim przerywają kłótnie i przepychanki. Rozlegają się pojedyncze krzyki, kilka osób osłania głowę rękoma, gdy z sufitu sypie się tynk, jedna kobieta wybiega w panice, klnąc w niebogłosy. Jej wyzwiska niosą się wśród zapadłej ciszy po pustym parkingu, aż odjeżdża z piskiem opon. Wtedy oczy zebranych w Last Leash osób zwracają się na Izzy, która stoi przy biurku z pochyloną głową. Opiera o nie dłonie. W jednej wciąż trzyma colta, z którego lufy wycieka cienka strużka dymu.
Pierwszy raz, odkąd otworzyła zakład, przed jego drzwiami zebrał się tłum jeszcze przed otwarciem. Zwykle otrzymywała kilka zleceń na tydzień. Ostatnio mniej, dlatego wybrała się do agencji Devil May Cry, podejrzewając, że przywłaszczają sobie zlecenia, które powinny trafić do niej. Liczyła, że sytuacja wróci do normy, ale Dante najwyraźniej z niej zakpił, za co przeklina go w myślach. Ale teraz nie ma wyboru, musi przyjąć tych wszystkich ludzi.
FORSAKENED I AM AWAKENED
– Wysłucham wszystkich i nikogo nie odeślę, ale błagam, kurwa, z kulturą. – Opada na krzesło, chowając broń do szuflady. – Po kolei. Macie tu numerki, proszę losować. – Podaje pierwszej osobie woreczek, gdzie umieściła podarte kartki z liczbami od jeden do trzydzieści sześć. – Najpierw pan z tą pierdolną klatką, bo najbardziej mnie pan wkurwiasz. Miejmy to z głowy. No, już!
Mężczyzna poprawia czapkę z daszkiem i z triumfalnym uśmiechem ostentacyjnie przeciska się przez tłum, stając przy biurku, na którym z głośnym rabanem kładzie klatkę.
– Co to jest? – pyta Izzy.
– Miałem nadzieję, że pani mi powie. Odłowiłem to z mojego własnego podwórka.
Izzy wzdycha i zerka pod materiał. Przygląda się syczącemu groźnie stworzeniu i wsuwa palec między kratki.
– Nie radzę!
Izzy ignoruje ostrzeżenie. Jasnoszare oczy wpatrują się w dzikie żółto-zielone ślepia. Stworzenie w klatce zaczyna śpiewać.
A PHOENIX'S ASH IN DARK DIVINE
– Skowroliszek – rozpoznaje Izzy, zapisując coś w notesie przed sobą. – Młode, ale za kilka miesięcy jego śpiew oszołomi każdego, kto go usłyszy.
– Och. Można… Może się na coś przydać? – Wodniste oczka mężczyzny już nie z obrzydzeniem, ale dziwną żądzą wpatrują się w stworzenie. – Mógłby… strzec domu, prawda?
– Tylko jeśli chce pan przez większość dnia być nieprzytomnym. – Izzy patrzy spode łba. – Na pana jego śpiew też będzie oddziaływał.
– Och… No to… To nie, to nie. Więc… Jakie jest inne rozwiązanie? Zutylizuje go pani?
– Słucham?! – Izzy obnaża zęby, ale po chwili, jakby o czymś sobie przypomniała, reflektuje się. – Tak. Tak właśnie zrobię.
DESCENDING MISERY
– Ok, no to…
– Sto dwadzieścia dolarów.
– Co?!
– Tyle należy się za… utylizację.
Mężczyzna marudzi pod nosem, ale wyciąga portfel i zostawia na klatce odliczoną kwotę. Mimo wszystko zdaje się odchodzić z ulgą.
– Kto następny?! – woła Izzy i podchodzi niewyspana kobieta, opowiadając o swojej kotce, która zwariowała z dnia na dzień, demolując jej mieszkanie. Dziewczyna wysłuchuje tego, patrząc spode łba, po czym odsyła kobietę do weterynarza z zaleceniem sterylizacji.
– Następny!
DESTINY CHASING TIME
Następnego dnia sytuacja się powtarza. Mija dwie godziny zanim udaje jej się rozładować kolejkę, przyjąć kilka obiecujących zleceń i pozbyć większości petentów, którzy przetaczają się przez zakład jak niszczycielski czynnik ludzki, przynosząc ze sobą wrzaski, paranoje, klatki pełne stworzeń, które udało się odłowić, głównie szczurów, więc i choroby, a oprócz nich nieuzasadnione zażalenia na zlecenia, które Dante porzucił lub nie wykonał w sposób satysfakcjonujący. Izzy wzdycha, uciskając nasadę nosa, gdy jeden z ostatnich klientów unosi się, uprawiając monolog, na temat niekompetencji łowcy, którego zatrudnił. Na dowód swoich słów, otwiera transporter, z którym przyszedł, upierając się, że złapał samego szatana.
Ale nic się nie dzieje.
Zniecierpliwiona Izzy zagląda do wnętrza, a wówczas jej policzek zostaje poszatkowany, gdy wysuwa się z niego łapka z rozcapierzonymi pazurami, atakując szybko w akompaniamencie oszalałego miauczenia.
– Panie, pan żeś kota upolował albo inną wściekliznę! Wypad mi z tym stąd albo zaraz skasuje za straty materialne i moralne!
– Ale…
– Wypad mówię!
DISAPPEAR INTO THE NIGHT
Izzy odsyła klienta, wskazując mu drzwi i toczy spojrzeniem po biurze, które teraz wygląda, jakby przeszedł przez nie huragan.
Krzesła są poprzewracane, wszędzie walają się porzucone klatki, kartki, strzępy szmat; ściany zyskały kilka zadrapań i przybrudzeń, a z sufitu zwisa smętnie żyrandol, na którym uwiesiła się jedna z nielicznych prawdziwie demonicznych istot: małpokształtna oksymora. W powietrzu wiruje kurz, podświetlany wpadającym do wnętrza słońcem, które pada na wchodzącego właśnie mężczyznę.
Czas zdaje się na moment zatrzymać, ale Izzy tego nie zauważa.
– Też od Dantego? – Obrzuca nieprzychylnym spojrzeniem wysoką sylwetkę, ścierając krew z twarzy. – Proszę pobrać numerek i zaczekać – rzuca, wypisując na strzępie papieru liczbę sześćdziesiąt cztery. Wyciąga rękę, żeby mu ją podać, ale on nie rusza się z miejsca. Wpatruje się w nią przenikliwymi niebieskimi oczami.
– Kto jeszcze tu jest? – pyta niskim, chłodnym głosem.
Izzy ściąga brwi, odrzuca numerek i opiera się w krześle.
– Oprócz mnie? – Unosi brwi, przykładając grzbiet dłoni do piekącego policzka. – Nie wiem, może natknąłeś się na tłum oszołomów, kiedy tu wchodziłeś?
– Nie mam na myśli ludzi.
Oczy Izzy rozszerzają się minimalnie, a jeden kąt ust mężczyzny lekko się unosi.
– No tak, przynieśli ze sobą trochę potworków, ale nic, co by… Hej! A ty dokąd! – woła, gdy mężczyzna przestaje jej słuchać i się oddala. – Zakład nie jest udostępniony do zwiedzania osobom z zewnątrz! – Podrywa się, opierając dłonie o biurko i wychylając w przód. – Słyszysz?! Wracaj!
LOST SHADOWS LEFT BEHIND
Ale odpowiada jej tylko echo oddalających się kroków.
– Tch. Dante mi za to zapłaci – warczy pod nosem, obiegając biurko, by podążyć za nieznajomym.
Siedziba rodziny Vilcene, 8 czerwca, 10:01
E cho pospiesznych kroków niesie się korytarzem. Ciężkie buty okute przy podeszwach metalem robią sporo hałasu, ale żadne z drzwi, które mijają, nie uchylają się, by sprawdzić, co go generuje.
THROUGH VACANT HALLS I WON'T SURRENDER
Wszyscy rozpoznają ten krok. Nikogo nie dziwi, gdy cichnie dopiero na końcu korytarza, zastąpiony niecierpliwym stukaniem do ostatnich drzwi opatrzonych plakietką z napisem Lockie Rhives.
– Wejdź – dobiega zza nich stłumiony głos i dopiero wtedy klamka ugina się pod naporem kobiecej dłoni.
– Wzywałeś, ojcze – odzywa się oschle dziewczyna o długich, czarnych włosach, zebranych w gładki, lśniący kuc. Nie za wysoki, żeby nie przeszkadzał, gdy zarzuca na twarz kaptur i nie za niski, bo nie znosiła włosów lepiących się do karku.
Jasne szare oczy podnoszą się na nią znad dokumentu, który siedzący za biurkiem mężczyzna odkłada, by uważnie się jej przyjrzeć.
– Wciąż wściekła?
Nie odpowiada, ale usta mimowolnie zaciskają się mocniej.
– Jesteś pewna, że to na mnie powinnaś się złościć?
Czarne oczy, dotąd uparcie wpatrzone gdzieś nad głową mężczyzny, teraz skupiają się na jego twarzy.
– Pozwoliłeś jej odejść.
– Oskarżasz mnie o to, że nie zatrzymałem jej siłą?
Dziewczyna prycha.
– Mogłeś ją powstrzymać w inny sposób! Mogłeś zrobić cokolwiek!
Lockie Rhives wzdycha ciężko, podpierając łokieć o blat i wsuwając palce w gęste, czarne włosy, oprószone siwizną.
– Cokolwiek? – powtarza, ściągając brwi i patrząc na córkę w zamyśleniu spod ciężkich powiek. – Jak myślisz, co by ją usatysfakcjonowało? Bo według mnie przestała jej odpowiadać polityka firmy. I nie chodzi o kosmetyczne zmiany, które mógłbym wprowadzić. Raczej o istotę, o sam trzon działania. Musiałbym zamknąć interes, tylko to by ją zadowoliło. Nie odnosisz wrażenia, że wówczas wyszłoby na to samo?
– Nieprawda. Postawiła jeden warunek, a ty… – w głosie brzmi wahanie, ale dziewczyna decyduje się kontynuować: – Tobie jest to na rękę. Odetchnąłeś, gdy odeszła. – Wybrzmiewa dłuższa pauza. – Nie chcesz jej tutaj.
Kącik ust Lockiego unosi się z uznaniem, w szarych oczach odbija się światło słońca, nadając im cieplejszego wyrazu.
THE TRUTH REVEALED IN EYES OF EMBER
– Vera. Zawsze byłaś tą bystrzejszą z moich córek – odzywa się po chwili, zerkając na widok za oknem. – Bardziej uporządkowana, kierująca się logiką, nie dająca się ponosić emocjom. Pragnąłem, żebyś kiedyś to ty przejęła firmę. Odszedłbym spokojnie, wiedząc, że jest w twoich rękach. Lecz prawnie całe Vilcene należy się Iselith. Czy to w porządku? Oboje już wiemy, co zrobi z marką, na której reputację tak ciężko pracowaliśmy. Zniszczy ją. Więc… Czy naprawdę nie lepiej pozwolić jej odejść?
Lockie uważnie wpatruje się w starszą ze swoich córek. W szeroko otwartych czarnych oczach, takich samych jak miała jego pierwsza miłość, pojawia się to, co chciał zobaczyć: cień zwątpienia padający na szczere oburzenie. Zwycięski uśmiech wpełza na jego usta.
– Nie wierzę, że naprawdę tak myślisz – mówi cicho Vera, starając się zwalczyć wizję, która przetoczyła się przez jej myśli.
– Może nie. – Lockie wstaje od biurka, by przejść do sąsiedniego stolika, na którym cicho pracuje drukarka. – Może właśnie cię testuje. – Jasne oczy patrzą przenikliwie, z ust znika uśmiech. – Bo gdybym mówił serio, czy wtedy pokazałby ci to?
Zabiera świeży wydruk i podchodzi, by wręczyć go córce, która ze zmarszczonymi brwiami zapoznaje się z jego treścią, po czym unosi na ojca wystraszony wzrok.
– To…
– Tak.
– Ale… On chyba nie zamierza…?
– I wreszcie przechodzimy do powodu, dla którego cię wezwałem. – Lockie Rhives wraca za biurko, podobnie jak jego profesjonalizm. – Chcę, żebyś złożyła wizytę naszemu ulubionemu dostawcy demonicznych artefaktów. Upewnij się, że nie przyjmie tego zlecenia. Przemów mu do rozumu, jeśli będzie trzeba. Zabierz ze sobą tylu ludzi, ilu potrzebujesz.
– Tak jest. – Vera unosi podbródek; ona też wie, co to profesjonalizm.
– Wysyłam cię osobiście tylko dlatego, że, jak widzisz, sprawa ma najwyższy priorytet.
– Oczywiście. Podjąłeś najlepszą decyzję.
– Mam nadzieję – mruczy cicho Lockie, tak by córka nie usłyszała. – Zabierz ze sobą Remingtona, dobrze? Jeśli się nie zgodzi…
– Wiem, co robić, ojcze.
Dziewczyna w pośpiechu opuszcza gabinet ojca, a on uśmiecha się kątem ust. Odkąd jedna z jego córek nauczyła się kontrolować emocje, stała się naprawdę niebezpieczna.
Czas, żeby druga też pojęła tę lekcję.
Agencja Devil May Cry, 8 czerwca, 10:27
Dante!
Skośnooki mężczyzna azjatyckiego pochodzenia wpada do biura łowcy demonów. Dante wypuszcza z dłoni buteleczkę, którą trzymał, a ta rozbija się na podłodze.
– Jasna cholera! – Patrzy z żalem na rozbity flakonik. – Dlaczego wszyscy wpadają tu jak do siebie! To moje biuro! Dlaczego nikt nie puka?!
– Bo nikomu za to nie płacisz.
– Jak to! Ciebie przecież zatrudniam, Itsuki!
– Ostatnią pensję wypłaciłeś mi dwa miesiące temu. – Pełne wyrzutu spojrzenie smaga twarz Dantego. – Ale nawet, gdybyś płacił mi regularnie, ta sprawa byłaby równie pilna, a pukanie niepotrzebną stratą czasu. Chodzi o…
– Tak, wiem. – Dante macha ręką. – Dzwonili przed chwilą. Właśnie wychodzę.
– Wychodzisz? – Itsuki marszczy brwi. – Dokąd?
– Mam randkę!
Azjata cofa podbródek, gdy dociera do niego ostry zapach perfum. Przygląda się rozbitemu szkłu i podnosi wzrok na białowłosego, szeroko uśmiechniętego mężczyznę, próbując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz ich używał.
– Dante, czy kontaktował się z tobą ktoś z Vilcene?
– Tak. Myślałem, że właśnie to przyszedłeś mi powiedzieć. – Dante przestaje przeglądać się w wąskim lustrze stojącym w rogu gabinetu i zerka na asystenta w zastanowieniu.
– I… sądzisz, że perfumy to jest coś, czym powinieneś się teraz przejmować?
– Chcę dobrze wypaść!
Itsuki wzdycha ciężko, opuszcza dłonie, w których ściska teczkę.
– A nie pamiętasz już, że ostatnie spotkanie z członkiem ich rodziny niemal skończyło się twoją dekapitacją?
– Tak, wiem. Zrobiłem fatalne pierwsze wrażenie. – Dante przeczesuje palcami białe, sięgające szczęki włosy. – Ale od czego są drugie szanse!
Itsuki stoi w osłupieniu, nie domknąwszy ust. Próby zrozumienia jak funkcjonuje ten ponoć legendarny łowca demonów, a zwłaszcza jak doszło do tego, że dożył trzydziestki, zawsze kończą się w ten sposób.
– To było tak ważne, że nie mogłeś zapukać?
Itsuki prostuje się, podnosi teczkę i podchodzi, by wręczyć ją Dantemu.
– Kiedy wyszedłeś rano, ktoś nas odwiedził.
– Nowy klient?
– To raczej stara znajomość. – Itsuki zawiesza głos i zdaje się przytłoczony wspomnieniem spotkania. – Nie mówiłeś, że masz brata.
WE FIGHT THROUGH FIRE AND ICE FOREVER
– Słucham?
– Twój brat tu był.
Zalega głucha cisza.
– Vergil?! – woła po chwili Dante, odkładając teczkę na biurko i podchodząc do asystenta, by chwycić go za ramiona i lekko nim potrząsnąć. – Vergil tu był?! Taki wysoki, siwy typ? Trochę podobny do mnie, tylko gdybym chodził wiecznie niezadowolony i nosił się na niebiesko?
Itsuki przytakuje głową.
– No to czemu nic nie mówisz! Gdzie się zatrzymał? Coś mówił?
– Był… Był wkurwiony, Dante. – Azjata głośno przełyka i już nie sposób nie zauważyć, że jest wystraszony. – Chodzi o jakieś zlecenie, które odrzuciłeś. Powiedział, że sam się tym zajmie, a potem… A potem…
– No? Co potem?
– Zajmie się nami. „Tą agencją rozpaczy, partaczy, pozerów i amatorów”. Tak powiedział. Że pośle nas do piekła. Ch-chyba wspomniał też coś o mężczyznach, którzy często szukają rozrywki w ramionach łatwych i chętnych kobiet.
– Aha. – Dante ściąga brwi, drapiąc się po nosie. – Mówił o jakie konkretnie zlecenie mu chodzi?
Itsuki wskazuje teczkę na biurku, więc Dante wraca, by do niej zajrzeć.
– No nie… – Ściąga usta, prychając ze złością. – Czy oni wszyscy powariowali? Jedni mi grożą, że jak wezmę tę robotę, to będzie moją ostatnią, a drudzy chcą mnie udupić, bo jej nie wziąłem! I jak tu wszystkich zadowolić? – Patrzy na Itsukiego, jakby spodziewał się odpowiedzi, po chwili wzdycha. – Mama dobrze mówiła, że jeszcze się taki nie narodził... – Gniecie w rękach papier i rzuca go za siebie. – Ale no nic, chociaż spróbuję! – Dziarskim krokiem zmierza do drzwi, w drodze porywając spod ściany swój dwuręczny miecz i zarzuca go na plecy. – Jakby wrócił Vergil, to go nie wpuszczaj! – woła, gdy zamykają się za nim drzwi.
TWO SOULS ONCE LOST, AND NOW THEY REMEMBER
Itsuki patrzy za nim smętnie.
– Tak jakbym mógł go powstrzymać – mruczy niechętnie i zaczyna porządkować bałagan na biurku łowcy.
Zakład depotworyzacji „Last Leash”, 8 czerwca, 10:34
Ślepia płoną dzikim blaskiem. Jedne fioletowym, drugie żółtym, trzecie czerwonym. Długie przynajmniej na siedem centymetrów kły ociekają śliną, obnażone ostrzegawczo, a z gardeł dobywa się tak niski warkot, że pod stopami czuć rozchodzące się wibracje. Tors i olbrzymie łapy są wysadzane mięśniami, teraz napiętymi, drżącymi w oczekiwaniu, by skorzystać z ich siły. Spomiędzy uszu wyrastają spiralnie skręcone rogi, przez środek pyska biegnie rząd kolców, ciągnąc się aż na grzbiet. Trzy ogony najeżone strzelistymi, żarzącymi się wypukłościami przecinają ze świstem powietrze jak złowrogie bicze.
Mniej więcej czegoś takiego spodziewał się tu zastać. Nawet nie musi forsować zabezpieczonych szyfrem stalowych wrót, bo potwór czeka przed nimi, zupełnie jakby ich strzegł. Warto będzie sprawdzić, co takiego jest za nimi. Później.
Bestia gotuje się do ataku, widząc, że intruz nie zamierza się wycofać. Warkot przechodzi w narastający, gardłowy ryk. Ostrze Yamato też warczy, wysuwając się z ostrzegawczym zgrzytem. Potężne szczęki kłapią wściekle, rozlega się seria ogłuszających szczeknięć, gdy monstrum ugina muskularne łapy, żeby skoczyć, ale wtedy…
– Bel! Głupie bydle, do nogi!
Wszystkie trzy upiorne łby, w tym środkowy, największy i rogaty, zwracają upiorne ślepia na postać za plecami Vergila. Cerber kładzie po sobie trzy pary uszu i przestaje szczerzyć groźnie kły. Wymija go, skomląc żałośnie, by usiąść ciężkim zadem przed dziewczyną z recepcji, która musi wyciągnąć w górę rękę, by położyć ją na wielkim łbie piekielnego ogara.
– Co tu robisz?! Miałeś czekać na górze i nie schodzić, gdy mam klientów… – karci bestię, drapiąc ją za uszami, a cerber z rozkoszą przekrzywia łeb, wywalając wszystkie trzy jęzory i dysząc ze szczęścia.
Vergil przygląda się temu w milczeniu, mocno ściągając brwi. Ogląda się przez ramię na stalowe drzwi, potem znów zerka na dziewczynę. Energia, którą ściga, drażni jak wciśnięta pod paznokieć drzazga. Musi ją zniszczyć.
Odwraca się twarzą do wrót. Dostrzega panel sterowania zamontowany na ścianie i podchodzi do niego.
– Kod – żąda krótko, zerkając za siebie.
Dziewczyna próbuje nakłonić cerbera, żeby odszedł, ale on patrzy teraz na niego, warcząc głucho i nie ruszając się z miejsca.
– Na miejsce, Bel! Dam sobie radę sama! No, idź! – Opiera się o psa plecami, próbując go popchnąć w stronę schodów, ale bestia ani drgnie, świdrując go kolorowymi ślepiami.
– Posłuchaj – warczy Vergil, coraz bardziej zniecierpliwiony – możemy to zrobić po dobroci albo siłą. I tak tam wejdę. Ty możesz zdecydować tylko jak duże straty jesteś gotowa ponieść.
OBSESSION'S PULLING ME
– A kim ty w ogóle, do diabła, jesteś, żeby sobie tu przychodzić i żądać, żebym…
Jednym krokiem Vergil skraca dystans między nimi, przystawiając sztych Yamato do kobiecej szyi. Dudniące warczenie cerbera się nasila, ale ona łapie psa za obrożę i choć nie stanowi dla niego żadnego oporu, bestia posłusznie siedzi w miejscu.
– Więcej nie poproszę. – Vergil nie odrywa oczu od ślepi cerbera, zdziwiony jego zachowaniem, jednocześnie kontrolując ostrze.
– Dotąd nie padło żadne „proszę”. Dobra! – Czując zimno ostrej jak brzytwa stali na skórze, dziewczyna zdaje się poddawać. – Wpisz: zero, zero, zero, zero.
Yamato znika w pochwie. Rozlega się ciche klikanie, gdy Vergil wstukuje kod. Panel odmawia dostępu, obwieszczając to krótkim brzęczeniem.
– Nie działa.
– Serio? A spróbuj: jeden, jeden, jeden…
Vergil prycha wściekle, nie czekając, aż ona skończy się zgrywać. Jego pięść ląduje z rozmachem na klawiaturze, rozwalając panel. Rozlega się syczenie mechanizmu, który iskrzy i zaczyna się dymić, wyzionąwszy elektronicznego ducha, lecz to nie pomaga w otwarciu drzwi.
– No to żeś narobił – wzdycha dziewczyna. – Jak teraz…
Yamato rozcina ciężką stal, tnąc ją w pół. Jeszcze jedno cięcie z góry na dół i wrota walą się z ciężkim zgrzytem, odsłaniając widok za nimi.
Klatki. Dziesiątki klatek, mniejszych i większych, każda wyścielona przytulnym posłaniem, uzupełniona miską z jedzeniem i poidłem, a w każdej inne demoniczne stworzenie, w tym najnowsi i najbardziej niespokojni lokatorzy. Większość uznawanych za potwory istot spokojnie odwzajemnia zza krat niebieskie spojrzenie. Niektóre ziewają, inne drapią się po pokrytych łuską, kolcami albo pancerzem ciałach, kilka jedynie podnosi łeb i wraca do drzemki. Najwięcej uwagi przyciąga leżący w najdalszym kącie kształt. Przywodzi na myśl niewielki pagórek i dopiero, gdy Vergil się zbliża, w osłupieniu mijając dziesiątki stworzeń, może mu się przyjrzeć.
Jeśli cerber wydaje się ogromny, ta bestia jest większa od niego przynajmniej sześciokrotnie, nawet gdy leży. Lecz gdy tylko wyczuwa, że ktoś się zbliża, otwiera przecięte pionową źrenicą wściekle żółte ślepia i podnosi rogaty łeb, otoczony postrzępioną czarną grzywą. Unosi się na masywne, lwie łapy, sięgając byczymi rogami wysokiego sufitu, rozkłada skórzane skrzydła, a odgłos, jaki z siebie wydobywa, sprawia, że drżą ściany.
Vergil dłużej się nie zastanawia. Znalazł to, po co tu przyszedł. Yamato lśni, odbijając leniwe jarzeniowe światło.
– NIE!
Dziewczyna wpada między mężczyznę, a ryczącego potwora, który już unosi uzbrojoną w potężne szpony łapę. Zarówno ona jak i miecz zatrzymują się o cal od jej wyciągniętych w rozpaczliwym geście rąk.
– Odsuń się! – rozkazuje, a coś w jej głosie i zielony blask oczu sprawia, że Vergil wstrzymuje rękę. Zerka wściekle na dziewczynę, zaciskając szczękę. Wreszcie prycha gniewnie i cofa ostrze, robiąc krok w tył. Dysząc, patrzy, jak ona próbuje poradzić sobie z rozszalałą bestią, miotającą się od ściany do ściany. Naprężone metalowe łańcuchy trzeszczą niespokojnie.
– Spokojnie, Envy! Spokojnie! Nikt cię nie skrzywdzi, no już…
Jej dłonie gładzą szczecinowate futro potwora, a zdziwienie Vergila narasta, gdy po jakimś czasie stworzenie się uspokaja, nie czyniąc jej krzywdy, choć wciąż wściekle mruczy.
– Wystraszyłeś ją – mówi z wyrzutem dziewczyna, gdy już zostawia bestię samą sobie i wraca do niego. – Behemoty są bardzo drażliwe, zwłaszcza, jeśli są ciężarne – tłumaczy, jakby to była najoczywistsza rzecz pod słońcem. – Nie można sobie podchodzić i machać im mieczem przed nosem, to skrajnie nieodpowiedzialne. – Rzuca mu karcące spojrzenie, a kiedy wnosi oczy, Vergil dostrzega coś, przez co szerzej otwiera swoje.
Zadrapanie, które miała na twarzy, gdy przyszedł, znikło.
FADING, I'VE GOT TO TAKE WHAT'S MINE!
Energia, która go tu przywiodła wciąż szaleje dookoła, choć pochodzi ani od cerbera ani behemota. A nic bardziej przerażającego tu nie ma.
– Tego się nie spodziewałem – odzywa się cichym tonem, wciąż ściągając brwi i wpatrując się w dziewczynę z góry z rosnącym zainteresowaniem.
– To dziwne, bo nie wyglądasz na kogoś, kto nie wie, co robić – odpowiada enigmatycznie dziewczyna, dzielnie wytrzymując władcze, badawcze spojrzenie.
Nie jest jasne, czy ich słowa tyczą się nieznajomości faktów na temat życia i zwyczajów behemotów, czy czegoś zupełnie innego.
– Może dlatego, że wiem.
Wygląda na to, że Vergil podjął decyzję. Chwyta dziewczynę za ramię i unosi Yamato.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz