Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 18 października 2026

[220] Spek of the devil: I'm the peril ~ Wilczy

 II 

 

Shall we dance 

 

 

Zakład depotworyzacji „Last Leash”, 8 czerwca, 11:24 

 

 

Z piskiem opon zatrzymują się na parkingu przed marniejącą poprzemysłową budowlą. Dante wyciąga przed siebie ręce, opierając się o kokpit, gdy jego ciało wychyla się do przodu. Patrzy z wyrzutem na kobietę za kierownicą, a ona zerka na niego spod ściągniętych brwi. 

– Mówiłam ci, żebyś zapiął pasy – rzuca szorstko i odpina się, żeby wysiąść.  

Buty na wysokim obcasie stukają po kostce brukowej, gdy Vera trzaska za sobą drzwiami i kieruje pospieszny krok ku drzwiom, nad którymi jarzy się na zielono neonowy szyld LAST LEASH. Zanim dosięga ręką do drzwi, one same się otwierają i wybiega z nich postać w rozwianym białym kitlu, mijając ją w pełnym pędzie. 

– Halo! Proszę zaczekać! – woła za nią, ale przerażona kobieta się nie zatrzymuje. Vera wzdycha ciężko. – To dziesiąty weterynarz, który ucieka stąd w tym miesiącu. – Zerka na zegarek, przypominając sobie, że Izzy wspominała o rozmowach kwalifikacyjnych, które dziś umówiła. Uciekający w popłochu kandydat z całą pewnością nie wróży niczego dobrego.  

Ucisk w żołądku narasta, ale Vera nie daje się ponieść panice. Opiera dłoń o drzwi i w tej samej chwili większa, męska dłoń, opiera się wyżej. Dante bez słowa popycha masywne drzwi. Rzuca jej uśmiech, łowiąc spojrzenie kobiety i gestem zaprasza, żeby weszła pierwsza. 

Wnętrze zdaje się pogrążone w nienaturalnym letargu. Jakby omdlałe. Zwykle, gdy tu przychodzi, ma wrażenie, jakby przekraczała próg przemysłowej, stalowej dżungli, wiecznie pełnej wrzasków, ryków, narastającego warczenia. Coś przebiega pod nogami, coś wiesza się na lampie, a coś skrada w mroku. Pełno tu potwornych stworzeń i jej siostry, która ścigała je z rewolwerem w ręce, wybierając akurat tę metodę, by zmusić zwierzyniec do posłuszeństwa. Ta cisza, która zalega teraz, budzi paradoksalnie większe obawy, niż świadomość, że budynek jest pełen potworów. 

I’M THE PERIL INSIDE 

– Coś tu pusto, co? – Dante wyraża na głos jej myśli. – Po zleceniach, które tu przekierowałem, spodziewałem się czegoś odwrotnego… 

– Jakich zleceniach? – Vera podtrzymuje rozmowę, żeby nie skupiać się na lęku, jednocześnie rozgląda się, szukając śladów siostry, choć serce od progu podpowiada, że jej tu nie znajdzie. 

– No wiesz, miałem kilka reklamacji i aż się prosiło, żeby komuś je wcisnąć… To znaczy… – Widzi ostrzegawcze spojrzenie Very i prędko zmienia narrację. – Oczywiście nie zrobiłbym tego twojej siostrze. Przekierowałem do niej same najbardziej dochodowe sprawy, które dotyczyły jej branży, tak jak prosiła i zgodnie z umową. 

Dante poci się i próbuje uśmiechnąć mimo szczękościsku, którego nabawił się pod groźnym spojrzeniem czarnych oczu. Ociera pot z czoła, gdy Vera powoli odwraca wzrok. Jest jasne, że mu nie uwierzyła. O umowę woli nawet nie pytać, odnotowując jedynie, by porozmawiać sobie z Izzy na temat tego jakie to nierozsądne zawierać umowy z idiotami. 

Kieruje kroki w głąb budynku. Wychodzi na korytarz, którego stalowe ściany zawsze przyprawiają ją o mdłości, budząc jakieś niejasne skojarzenia. Dante podąża za nią, pogwizdując i czyniąc niemądre komentarze. Pierwszy raz jest mu za nie wdzięczna. Irytacja, którą wywołują, pomaga zwalczyć niepokój, który odczuwa coraz silniej. Lecz kiedy wychodzą za róg, nawet on milknie. 

I’M THE TRUTH THAT YOU HIDE 

Stalowe wrota przed nimi, które zwykle odgradzają część administracyjną od potwornej menażerii, gdzie Izzy przetrzymuje uratowane przed Vilence i innymi oprawcami piekielne stworzenia, są rozwalone. Co mogło rozwalić coś, z czym nawet behemot nie dał rady, Vera wolałaby nie wiedzieć. 

– Izzy! – woła teraz, rzucając się do biegu. Stukot obcasów rozchodzi się metalicznym echem, odbijając od ścian. 

– Zaczekaj! – Dante próbuje ją powstrzymać. – Nie wiadomo, co mogło… – Dogania ją przy drzwiach, kładzie dłoń na ramieniu. – Wejdę pierwszy. 

Sięga po miecz, który niesie na plecach i przygląda się uważnie śladom na wrotach. Cięcia są proste. Niemal chirurgiczne. Jak po cięciu iluzorycznym ostrzem. Przestępuje przez nie ostrożnie, dając znak Verze, żeby zaczekała. 

Wnętrze jest spore, przypomina hangar, sufit zawieszony wysoko, wszystko oświetlane przyciemnionym światłem reflektorów. Na podłodze poustawiane jedne na drugich wznoszą się różnej wielkości klatki. Teraz puste, ale coś Dantemu mówi, że jeszcze do niedawna były pełne różnego rodzaju potworności, co potwierdza odzywająca się za jego plecami Vera. 

– Gdzie są wszystkie bestie? – pyta z niedowierzaniem, wchodząc za nim. – Nawet Envy zniknęła! 

– Musiała być milutka, skoro została nazwana na cześć jednego z grzechów głównych. 

– To była jej ulubienica. – Vera przygląda sią klatkom w próbie oceny tego, co mogło tu zajść, a chłód tego miejsca przenika ją do szpiku kości. – Nie pozwoliłaby jej odejść. Przynajmniej, dopóki… 

Coś porusza się w cieniu. Dante pierwszy to dostrzega. Wyrzuca przed siebie miecz, oddzielając od Very odrywający się od ściany cień, który przyjmuje postać olbrzymiego, pokrytego futrem węża. 

– Zaczekaj! – Teraz to Vera kładzie dłoń na ramieniu Dantego, wstrzymując jego rękę. – To Scylla. Nic nam nie zrobi, ma usunięte kły jadowe. Tylko nie patrz jej zbyt długo w oczy, możesz zostać urzeczony.  

– Ach, no to rozumiem, dlaczego się lubicie! – woła Dante; jego wesoły głos brzmi tu jeszcze mniej na miejscu niż zwykle, ale on zdaje się tego nie dostrzegać, tak jak i zmęczonego spojrzenia Very. – Chodzi mi o to, że ty też powinnaś chodzić w koszulce z takim ostrzeżeniem… – kończy koślawo, zgaszony spojrzeniem, które woła: „Człowieku, przestań”. 

I’M THE REASON YOU DON’T LOOK BACK IN THE MIRROR 

Wąż podnosi łeb i wlepia w Verę żółte ślepia. Zamiast pyska ma dziób. Zdaje się ją rozpoznawać. Rozkłada dotąd skulone na grzbiecie czarne pierzaste pióra, które nawet w słabym świetle mienią się holograficznym blaskiem. 

– Tylko ty zostałaś? – Vera w swojej bezsilności kieruje to pytanie do stworzenia przed nią. – Gdzie Bel? Gdzie Izzy? 

Gadzie ślepia patrzą na nią zagadkowo. Po chwili zwierzę syczy, wysuwając cienki język, macha skrzydłami, by zaraz znów je złożyć i odpełznąć w cień. 

– Jakiś pomysł? – Kobieta zwraca się do Dantego, zakładając ręce na ramiona i rozglądając się bezradnie. – Gdzie może być Izzy, co tu się stało? Mówiłeś, że zastaniemy tu twojego brata. 

– Taaak… – Dante wsuwa miecz do zawieszonej na plecach pochwy i otrzepuje dłonie. – Sam nie wiem. Nie wygląda to na robotę Vergila.  

– Nie? – Kobieta sama nie wie, czy cieszyć się z tego podejrzenia, czy raczej martwić. 

– Za mało rzezi – ocenia fachowym okiem łowcy Dante. – Vergil zwykle zostawia po sobie stosy ludzkich ciał a nie ślady masowej ewakuacji… 

– Ludzkich – oczy Very otwierają się szerzej – ciał?! I teraz mi o tym mówisz?! 

– Przecież wspominałem, że nie należy do najcierpliwszych osób jakie znam. 

– Myślałam, że jest łowcą jak ty, czy coś! Że poluje na te plugastwa, które Izzy tak hołubi! A on… On… – Nerwy, które do tej pory trzymała dzielnie na wodzy, zaczynają puszczać. – Kim on jest?! Płatnym zabójcą?! 

– Gorzej. Jemu nikt za to nie płaci. – Spojrzenie, które kieruje na nią Dante jest inne od tego, które zna: ostrzejsze i bardziej zawzięte. – On to robi, bo lubi. To chyba jego hobby. – Wznosi nonszalancko ramiona. – Mama nie byłaby zachwycona. 

– Tony. Ty mówisz serio?  

– Jak zawsze, laleczko. 

– Ja nigdy nie wiem, kiedy mówisz serio, a kiedy tylko się nabijasz. 

– Haha. Tak… Ja też często tego nie wiem. Zazwyczaj to taki mix. Wiesz, dodaję trochę półprawdy do żartu i wychodzi… Hej, wszystko w porządku? 

Vera siada na jednym biurowym krześle podstawionym do stalowego stołu, opiera łokcie o kolana i wplata palce we włosy. 

– W porządku? Jak cokolwiek może być w porządku. – Przeciera twarz dłońmi. – Nie wiem, co stało się z moją siostrą, a ty opowiadasz mi, że może być w rękach jakiegoś psychopaty! 

– Eee, no rzeczywiście nie brzmi to jak relaksujące plany na weekend, ale… Posłuchaj. – Podchodzi, by przyklęknąć naprzeciw niej. – Mówiłem też, że to, co tu zastaliśmy, do niego nie pasuje. Więc… Może porwali ją jacyś zwykli mafiozi? 

– I to ma mnie pocieszyć?! – Kobieta odsłania twarz, patrząc z bliska w turkusowe, zmieszane oczy. – Zgłoszę to ojcu i pójdę na policję – postanawia nagle i podjęcie tej decyzji zdaje się właśnie tym, co stawia ją na nogi; Dante też się podnosi. – Ale… Jeśli to jednak twój brat? Jeśli to… Virgil? 

– Vergil – poprawia automatycznie. 

– Gdzie mógłby ją zabrać? 

– Cóż, na to pytanie odpowiedź jest jednocześnie łatwa i trudna – robi pauzę, zastanawiając się, ile w stanie jest dzisiaj jeszcze znieść Vera Rhives: – do piekła. 

– Do… – Vera bierze dwa głębokie oddechy. – … piekła. Świetnie. Po prostu znakomicie. 

– Naprawdę chciałbym móc jakoś pomóc… 

Spojrzenie kobiety odzyskuje siłę. 

– Możesz. – Wpatruje się w Dantego, jakby dopiero teraz go zobaczyła. Jego wysoka sylwetka, muskularne ramiona okryte czerwonym płaszczem, wszystkie walory, których potrzebuje, stają się w tym momencie lepiej zarysowane. – Jesteś pieprzonym łowcą. Tropisz i uśmiercasz te wszystkie dziwactwa – robi krok w jego stronę – swoim wielkim dwuręcznym mieczem. 

– O nie, wiem do czego zmierzasz! – zastrzega Dante i choć początkowo cofa się pół koku przed tą nową energią Very, teraz się zatrzymuje. – Jeśli zamierzasz mnie poprosić, żebym w ten sam sposób potraktował swojego brata… 

– Nie. Nie mam aż tak dużych wymagań. – Kolejny krok skraca dystans między nimi. – Proszę cię jedynie o to – teraz stoi już kilka centymetrów od niego – żebyś zszedł do piekła – zadziera głowę, by patrzeć mu w oczy – i sprawdził, czy jest tam twój brat i moja siostra. 

– Brzmi jak zlecenie, które wykracza poza skalę taryfikatora… – mruczy Dante, próbując zagrać na czas, zanim zgodzi się na wszystko. 

– Jestem gotowa na twój – kobiece dłonie zaciskają się w miejscu, w którym diabeł nigdy nie śpi – taryfikator. 

– Skoro tak – warczy Dante, a przez chwilę wydaje się, że z jego oczu wyziera dziki, czerwony blask. – Zapraszam do mnie. Omówimy szczegóły w moim biurze. 

 

 

Makai, 8 czerwca, 11:30 

 

Przejście zamyka się za jego plecami. W twarz uderza podmuch gorącego powietrza, które w pierwszym kontakcie parzy w nozdrza. Vergil nie zatrzymuje się, by pozwolić ciału na adaptację do nowych warunków. Dawno przywykł do klimatu panującego w Makai. Szybkim, pewnym krokiem przemierza piaszczysty step, a purpurowy kurz uchodzi z chrzęstem spod podeszw masywnych butów. Dziewczyna, którą niesie przerzuconą przez bark, zaczyna gwałtownie odzyskiwać przytomność, kaszląc coraz mocniej. Dźwiganie jej staje się uciążliwe, gdy zaczyna walić pięściami po jego plecach, wrzeszcząc, że się dusi i żąda kontaktu z podłożem, a obszczekujący go zajadle ogar piekieł dodatkowo podnosi poziom irytacji. Mężczyzna bezceremonialnie zrzuca dziewczynę na ziemię, chwyta w rękę Yamato i, nie wyciągając go z pochwy, mierzy nim w psa. 

– Siad! – warczy, a cerber posłusznie sadza masywny zad na piachu, wzbijając obłoczek kurzu, który unosi się wokół nich. – Cisza!  

Ogar przestaje żałośnie skamleć. Jeden z potwornych łbów zwrócony jest w stronę Vergila, pozostałe dwa na Izzy i to z ich gardeł dobywa się ciche popiskiwanie. 

Półdemon odwraca się do dziewczyny, która klęczy w piachu, opierając się na rękach i zanosi się ochrypłym kaszlem. 

– Wstawaj – rzuca oschle, szturchając ją sztychem pochwy w bok, a gdy ona nie wykonuje polecenia, chwyta za kaptur bluzy i bez wysiłku podnosi ją na nogi. – Uspokój oddech. Twoje płuca się przystosują. Oddychaj przeponą i myśl o tym, kim jesteś. 

Izzy wciąż się krztusi, gdy unosi na niego wzrok. Z kącików podrażnionych oczu płyną łzy, co Vergil komentuje pogardliwym wypuszczeniem powietrza przez nos. Brwi dziewczyny się ściągają, gdy próbuje zwalczyć napad kaszlu i zastosować się do rzuconych nonszalanckim tonem wskazówek. Wstrzymuje oddech, twarz się czerwieni, gdy próbuje nowej techniki oddychania. Wyobraża sobie, że płuca żarzą się zieloną energią, jakby można było je przełączyć w tryb oddychania piekielnymi wyziewami i ku jej zdziwieniu, to pomaga. Jeszcze kilka chwil i nabiera pełnego, głębokiego oddechu, a duszności ustają. 

– Nie mogłeś mnie udusić na miejscu? – wykrztusza, oczyszczając gardło i odpluwając. – Musiałeś ciągnąć mnie aż do piekła? 

– Jeszcze nie wiem, co z tobą zrobię, Iselith. – Vergil mierzy ją chłodnym, nieco zdegustowanym spojrzeniem. 

– Pokrzepiające – mruczy Izzy, biorąc się pod boki i unosząc podbródek. – Co ci pomoże podjąć decyzję? Druga runda? Bo trochę mi się spieszy. Mam rozmowy w sprawie pracy, więc… 

– Nigdzie nie pójdziesz. – Vergil przerywa jej w pół zdania. – Ledwo stoisz na nogach.  

– Tak myślisz? 

Coś w tonie jej głosu i zielony blask oczu każe mu zweryfikować ten wniosek. Dziewczyna rzeczywiście wygląda, jakby już doszła do siebie. 

– Szybko się regenerujesz, co? 

– Szybciej, niżbyś chciał. – Izzy szczerzy zęby. – Chłopie, nie dam ci żyć!  

Tym razem jej przemiana jest niepełna, a atak błyskawiczny. Vergil dobywa Yamato szarpnięciem, parując ciemnozielone pazury tuż przed swoją twarzą. Odrzuca ją od siebie, zauważając, że jej sylwetka urosła i nabrała wilczych cech, choć pozostała humanoidalna. 

– Pożałujesz, że mnie tu ściągnąłeś – grozi niskim warkotem, lecz brzmią w nim rozbawione nuty. Z jakiegoś powodu te krótkie chwile, podczas których udaje jej się utrzymywać demoniczną formę, napełniają ją dziką euforią. – Jak wygram, zrobisz te swoje rachu ciachu i wracam do siebie. Zgoda? 

Vergil uśmiecha się drwiąco. 

– Zgoda. 

Dziewczyna rzuca się w przód, lecz zamiast atakować, stara się go okrążyć. Tym razem nie używa pazurów. Zza jej pleców wyłania się dziewięć świetlistych i ostrych jak brzytwa smug, które tną z lewej i prawej. Vergil blokuje ataki szybkimi, pewnymi ruchami, ale jedna ze smug wystrzela znad ramienia dziewczyny. Czubek niemal dosięga jego policzka, wywołując na jej twarzy o ostrych, wilczych rysach szeroki uśmiech, w którym odsłania długie kły. Vergil ściąga brwi, obnaża zęby i przechodzi do kontrataku.  

Początkowo udaje jej się unikać ostrza Yamato, ale szybko męczy się tym tańcem. Koniec miecza w końcu trafia i wbija się pod obojczyk, a to działa jak wyłącznik demonicznych funkcji. Jej sylwetka się kurczy, wilcze cechy wchłaniają, włosy już nie przypominają szorstkiej grzywy, opadają na twarz. 

– To by było za łatwe – wzdycha dziewczyna; traci siły, opierając się o ostrze, które wchodzi głębiej w jej ciało.  

Vergil szybkim ruchem wyciąga Yamato, dziewczyna z sykiem traci równowagę, ale on z trzaskiem chowa miecz i wystawia ramię, żeby ją podtrzymać. Rękaw jego płaszcza plami wypływająca z rany krew. Drugą dłonią dotyka piekącego policzka i ze zdziwieniem odkrywa na opuszkach palców ślady własnej krwi. 

I’m the blood on your hands 

Jednak go trafiła. 

To tylko potwierdza, że to, czego się podjął, nie będzie tak proste, jak zakładał. Także dlatego, że jakaś mała cząstka jego diabelskiej duszy zaczyna się cieszyć z tych komplikacji. 

Mógłby po prostu poderżnąć jej tu gardło. Pozbyć się problemu, zamiast dopatrywać w nim szansy. 

Mógłby. 

Zamiast tego ocenia odległość, jaka jeszcze dzieli ich od wznoszącej się przed nimi osadzonej w skale warowni, którą zajmuje. 

Warowni Spardy. 

– Nie mogłaś z tym poczekać, aż będziemy na miejscu? – rzuca marudnym tonem, patrząc z góry na słaniającą się na nogach dziewczynę. 

– Nie mogłeś dać się zadźgać, czarci synu? – odpowiada wojowniczo, choć ospale, Izzy, jednocześnie opierając na nim cały ciężar ciała. – Zostaw mnie tu i daj zdechnąć. 

– Zapewne nawet to nie wyszłoby ci dobrze. 

– Co, nie chcesz, żebym biegała ci po podwórku? 

– Na pewno nie bez smyczy. 

Gwiżdże na palcach na cerbera, który warował, przyglądając się walce, a teraz podbiega ochoczo, merdając wszystkimi trzema ogonami. 

– Po czyjej ty jesteś stronie, bydlaku? – pyta cicho Izzy, gdy Vergil pomaga jej wspiąć się na szeroki grzbiet, po którym pies położył teraz wszystkie kolce. Obejmując jego ciepłe cielsko, kołysana skomleniem i miarowym chodem, wyczerpana, zasypia. 


 

 

Może to przez to demoniczne powietrze. Może w Makai śni się inaczej. Ciężej, głębiej i żywiej. Jakby w piekle nawet sen miał doświadczać i nie mógł dawać wytchnienia. Lizana zielonymi płomieniami regeneracji, pogrążona w głębokim letargu, śni dziwnie i realistycznie. Jakby ktoś puszczał specjalnie dla niej przygotowany film na piekielnym projektorze. 

In those nightmares you have 

Włosy kobiety są długie, gęste i ciemne jak noc, choć igra w nich zielony blask, gdy skrada się w świetle księżyca przez sosnowy las. Jej bose stopy wybierają drogę ze świadomym, głębokim rozmysłem, dłonie z fascynacją dotykają drzew. Wędruje od wielu godzin, lecz nie czuje znużenia, czerpiąc energię z drzew, ziemi, zapachu igliwia. Wataha wilków, na którą natrafia podczas wędrówki, rusza za nią, towarzysząc jej przez długi czas. 

Ta sama kobieta  

(Vilcene) 

przemierza makaiańskie ziemię. Jej stopy grzęzną w piachu albo kaleczą je kamienie, albo stąpają po twardych, wysuszonych stepach. Stawia czoło kwaśnym, palącym glebę deszczom, bezlitosnym piaskowym burzom, mrozom i pełnym cienia i mgły, dusznym upałom. Tam, gdzie się zatrzyma, przyciąga do siebie demoniczne stworzenia, które chętnie podążają jej śladem. 

Wilki wychodzą na otwartą polanę, wyjąc do księżyca. Przewodzi im nienaturalnie dużych rozmiarów wilczyca. Jej skowyt sprawia, że z drzew wzlatują w popłochu ptaki, a ziemia wibruje. Czekający po drugiej stronie polany, ukryci w zaroślach myśliwi, nabijają strzelby, mierząc do niej z broni, lecz kiedy wilczyca wychodzi na polanę i przyjmuję postać nagiej, wysokiej kobiety, przewodzący myśliwym mężczyzna daje znak, żeby złożyli broń. Wychodzi jej na spotkanie, trzymając w dłoni opuszczoną strzelbę. 

Rozmawiają cicho, nikt nie słyszy o czym. Ani myśliwi, ani wilki. Negocjują. Od samego początku wszystko oparli na pakcie. Potem wkradło się coś jeszcze. Coś głębszego. Z czasem coraz bardziej bolesnego. Ale nic nie wyparło wiecznych pertraktacji. Człowiek nigdy nie zaprzeda duszy diabłu bez umowy.  

Rozmowa jest trudna. Chaotyczna. Ustalenia pełne kompromisów. Ostre słowa niosą konsekwencje. Mężczyzna nie okazuje strachu, gdy kobieta chwyta go za gardło. Jej jasne jak wczesny zmierzch i siwe jak dym oczy patrzą z gniewem. Mogłaby jednym ruchem złamać mu kark. Zamiast tego… 

Zamierza się z nim pobrać. 

I’m the memory you don’t want to remember 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz