Kawiarnia „Lucy Phere”, 8 czerwca, 10:40
Vera Rhives zaczyna się niecierpliwić. Zerka na zegarek częściej, niż pozwala godność.
Jak on jeszcze śmie się spóźniać?!
Daje dyskretny znak dwójce ludzi, których zabrała ze sobą, żeby czekali. Tom, siedzący za kierownicą jej samochodu zamyka okno, na znak, że zrozumiał, a udająca zainteresowanie witryną sklepową Syla dotyka daszka czapki.
– Naprawdę? Zabrałaś ze sobą obstawę? Dla mnie?
Mimo że zachowuje czujność, jemu i tak udaje się zajść ją od tyłu.
– Na wypadek, gdybyś mi odmówił, Tony.
– Odmówić? Tobie? – W turkusowych oczach pojawia się cień przerażenia. – Może gdybym upadł na głowę!
– Co przytrafia ci się… Średnio ile razy na dzień? – Vera udaje uprzejme zainteresowanie.
– No, tak jakby… – Białowłosy mężczyzna liczy na palcach. – Ze cztery.
– Możemy już przejść do rzeczy? – Verdandi przytupuje nogą, wyraźnie zniecierpliwiona.
– A nie moglibyśmy najpierw przejść do tej kawiarni? – Wskazuje na wejście za nią. – Podają tu pyszne szejki i…
– Nie mam na to czasu.
– …lody truskawkowe, tak pyszne, że…
– Tony! – Vera przywołuje do porządku śliniącego się do witryny łowcę. – Skup się.
– Ale, Vera, zrozum, mi się lepiej pracuje, gdy truskawkowy deser zmraża mi mózg i…
– Co ci zmraża, przepraszam? – pyta powątpiewającym tonem Vera.
– No mó… Aaa, ty! – Mężczyzna orientuje się w sarkazmie w ostatniej chwili i grozi jej palcem. – Podobno masz do mnie sprawę, ale na razie jedynie próbujesz obrazić moje kompetencje, nasuwa się więc pytanie, dlaczego zwracacie się do kogoś, kogo nie szanujecie. Szanujecie? – zadaje to pytanie z wyraźną nadzieją na twierdzącą odpowiedź.
Vera wzdycha boleśnie, mierząc go chłodnym spojrzeniem.
– Czy ty kiedykolwiek przestajesz pajacować? – pyta zmęczonym tonem.
– W łóżku – odpowiada natychmiast mężczyzna, szczerząc rząd białych zębów i puszczając do niej oko. – To jest ten moment, w którym krzyczysz: Sprawdzam!
– Sprawdzać to ty zaraz będziesz, czy masz wszystkie zęby! – Vera rzadko unosi głos, ale ten człowiek ma talent do podnoszenia jej ciśnienia. – Skup się na moment, bo to bardzo ważne. Muszę mieć pewność, że nie przyjmiesz zlecenia na…
– Potomka Argosaxa? – Twarz mężczyzny się zmienia, teraz gości na niej powaga. – Odrzuciłem je jeszcze zanim zaczęliście mi grozić.
Vera wydaje się zaskoczona.
– Dlaczego?
Usta mężczyzny wyginają się w cwanym uśmiechu.
– Wiem, kogo musiałbym sprzątnąć. Nie miałbym serca. Przecież się przyjaźnimy.
– Moja siostra cię nie znosi – rzuca oschle Vera.
Łowca rozdziawia usta, robiąc pełną zawodu minę.
– Całe szczęście, że chociaż ty mnie lubisz
– Kto tak twierdzi?
Mężczyźnie znów opada szczęka.
– Myślałem, że sam fakt, że pozwalacie mi żyć jest przejawem sympatii ze strony Vilcene!
– Nie dramatyzuj. – Vera ściąga brwi, rzucając mu spojrzenie spod ściągniętych brwi. – Dobra, jeśli temat zlecenia mamy wyjaśniony, możemy się pożegnać.
– No… Nie wiem. – Białowłosy robi tajemniczą minę, zadziera głowę i pogwizdując, przytupuje do taktu nogą. Vera przymyka oczy, modląc się o siłę.
– Mów, co wiesz – syczy przez zęby.
– Wyglądasz zupełnie jak siostra, kiedy się wściekasz, wiedziałaś o tym?
– Do rzeczy, Tony!
– Dobra, dobra, no już! – Mężczyzna wyciąga przed siebie ręce w obronnym geście. – Ale lepiej już chodźmy.
– Gdzie? – Vera ściąga brwi, ale rusza za nim.
– W miejsce, w którym pewno zaraz będziesz chciała się znaleźć. Bo widzisz… Wydaje mi się, że, eee… Ktoś inny będzie próbował zrealizować to zlecenie.
Kobieta mruga szybko, przyswajając informację.
– Kto?
– Nie wiem kto, zlecenie przyszło pocztą, anonimowo, skąd mogłem wiedzieć…
– KTO?!
– Mój brat, Vergil! Ma obsesję na punkcie Argosaxa! Chce zniszczyć cały jego ród! – Zasłania twarz rękoma, zerkając na kobietę przez palce, spodziewając się ataku paniki, tymczasem ona zwalnia kroku. – Dlaczego zwolniłaś?
– No, skoro to twój brat…
– On nie jest tak miły jak ja!
Vera zerka na niego z dezaprobatą.
– Miałam na myśli: skoro jest równie nieszkodliwy…
– Ja? Nieszkodliwy?! – bulwersuje się mężczyzna, ale po chwili krótkiej refleksji dodaje: – Przynajmniej nie masz mnie za błazna.
– To się wzajemnie nie wyklucza.
– Jesteś okrutna!
– A ty niepoważny.
– A Vergil nie grzeszy cierpliwością, więc lepiej się pospieszmy!
BURY THE LIGHT DEEP WITHIN!
Zakład depotworyzacji „Last Leash”, 8 czerwca, 10:55
S zybkie cięcie w pionie i drugie, w poziomie, rozrywa świat. Szczeliny rozwierają się jak prastare szczęki czegoś przedwiecznego, ukazując świat inny od świata ludzi. Wszystkie zamknięte w klatkach stworzenia ożywiają się, czując duszny zapach Makai.
Znajomy zapach.
– O. – Dziewczyna unosi brwi, wpatrując się w fragment widocznego w rozcięciu ponurego krajobrazu. – Przydatne. Można cię wynająć? Albo przynajmniej pożyczyć czasem to cacko? – Ruchem brody wskazuje Yamato. – Wiesz, uzbierało mi się trochę za dużo asortymentu. Niektóre eksponaty są już na tyle zdrowe, że mogłyby wrócić do…
Mężczyzna traci cierpliwość. Robi krok w stronę przejścia, próbując pociągnąć ją za sobą, lecz ona stawia opór.
– Zaczekaj. Ja się nigdzie nie wybieram – warczy dziewczyna. – Spróbuj mnie tam wepchnąć, a wypuszczę na ciebie wszystko, co tu trzymam. – Wyciąga z kieszeni dłoń, którą tam skryła, pokazując mu coś, co wygląda jak pilot z dużym niebieskim przyciskiem pośrodku.
Wargi mężczyzny wykrzywia kpiący uśmiech.
– To czemu jeszcze tego nie zrobiłaś?
Dziewczyna wzrusza ramionami.
– Nie wiem, może mi się spodobałeś i liczyłam na to, że sytuacja rozwinie się inaczej?
Wykorzystuje krótką chwilę jego dezorientacji, żeby się wyrwać i odsunąć w bezpieczny cień behemota, który reaguje na jej bliskość niskim, pozbawionym agresji pomrukiem.
Mężczyzna zdaje się wściekły. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Za sobą słyszy wściekłe warczenie cerbera. Przed sobą widzi napinającego mięśnie behemota. Może zabić jedno i drugie. Ale cichy proces myślowy, który już się uruchomił, podpowiada, że to nie jest dobry ruch.
– W jaki sposób panujesz nad tymi bestiami? – pyta, żeby zyskać na czasie, a ona wzrusza ramionami.
– Każdy ma jakiś talent, no nie? Ja chyba mam to po mamie. Sama była dość… dzika. Nie pamiętam jej za dobrze. Tata mówi, że mam jej oczy. Ale… Nie wiem, po co ci o tym mówię. Może dlatego, że wyglądasz jak ktoś, kto umie słuchać.
Przez twarz mężczyzny przetacza się wyraz zrozumienia.
Oczy po matce?
Przygląda się im uważnie.
To dlatego wydaje mi się znajoma.
– Jak się nazywasz? – zadaje pytanie, które powinien zadać na samym początku.
– Możesz mi mówić Izzy. Wszyscy tak do mnie mówią. Nawet Dante się nauczył, choć musiał oberwać parę razy, żeby… – urywa, widząc, że twarz mężczyzny drgnęła. – A ty jesteś… –Ściąga brwi i przesuwa po nim wzrokiem z większą ciekawością. Białe włosy, niebieskie oczy, jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu. No i ten miecz. – Jesteś tym złym bratem bliźniakiem! Jesteś… Vergil!
Vergil wznosi oczy ku górze, ale zaraz ponownie skupia je na twarzy Izzy.
– Dante… opowiadał ci o mnie?
Niepewność w jego głosie niemal ją rozczula, ale nie daje tego po sobie poznać.
– Zaraz tam opowiadał. Raczej się skarżył – koryguje, bawiąc się pilotem. – Mogłeś mówić, kim jesteś. Odpowiednio bym cię przywitała. Ze względu na twojego brata i nie tylko.
– Więc – Vergil patrzy podejrzliwie – czy teraz pójdziesz ze mną dobrowolnie?
– Do piekła? Nie, nie sądzę. – Izzy uśmiecha się tak ładnie, że można byłoby to uznać za uśmiech pełen sympatii, gdyby nie złośliwe błyski w oczach. – Ale możemy nadrobić zaległości w wymianie uprzejmości. Witaj w Last Leash, synu Spardy. – Naciska przycisk pilota, a klatki otwierają się z trzaskiem jedna za druga. – Teraz porozmawiamy.
Stworzenia niepewnie wyglądają na zewnątrz. Jedne mniejsze, drugie większe, pokraczne i zwinne, wszystkie demoniczne.
– Poślesz do walki ze mną stworzenia, na których tak ci zależy? – Vergil nie wygląda, jakby zrobiło to na nim wrażenie, ale czujne niebieskie oczy śledzą każdy ruch dookoła. – Wiesz, że nic z nich nie zostanie.
CAST ASIDE, THERE'S NO COMING HOME!
– Ach, sentymenty. – Izzy teatralnie wzdycha. – Posądzasz mnie o nie. – Podchodzi do najbliżej klatki i wkładka rękę, by pogłaskać stworzenie przypominające diabelską małpę, z cienkimi i ostrymi jak igiełki ząbkami. – Są urocze, prawda? – Z wyraźnym rozrzewnieniem obdarza potworną małpę pieszczotą, a ona mruży oczy. – Uwielbiam je. Wiesz, że oksymory potrafią wszystko na odwrót? Zamienią lód w ogień, a ogień w lód. Śmierć w życie. – Przenosi spojrzenie na Vergila. – Życie w śmierć. A pumogary? – Podchodzi do czegoś, co przypomina skrzyżowanie czarnej pantery z psem myśliwskim, lecz zamiast sierści ma chitynowy pancerz. – Niezwykle lojalne. Zrobią wszystko, o co poprosisz, gdy już zdobędziesz ich zaufanie. – Poklepuje po twardym łbie mruczące z rozkoszą stworzenie. – Wciąż uważasz, że poradzisz sobie z nimi wszystkimi? – Rozkłada ręce, a najbliższe stwory wyciągają łby w jej stronę, węsząc z nadzieją.
– Wciąż uważam, że blefujesz – odpowiada Vergil, ale jego dłoń wędruje na rękojeść miecza.
Izzy opuszcza ręce.
– A myślałam, że jesteś tym bystrzejszym z braci – stwierdza z przekąsem, a potem jej oczy błyskają dziko. – Brać go!
Na tę komendę następuje wyraźne poruszenie. Z klatek wyskakują bestie, strosząc ogony, jeżąc sierść, wypuszczając kolce. Syczą, warczą, uginają grzbiety, przyjmując pozycje do ataku. Zbliżają się, otaczając Vergila, który wyciąga ostrze na kilka centymetrów, bacznie je obserwując.
– Powiedziałam: brać go! – powtarza dziewczyna, unosząc glos, ale bestie wciąż nie przystępują do ataku. – Czemu się wahają? – Ściąga gniewnie brwi.
– Nie zaatakują innego demona. – Vergil uśmiecha się triumfalnie, rzucając jej zwycięskie spojrzenie. – Wyczuwają, że jestem do nich podobny.
– Wyczuwają twoje kiepskie perfumy, nic więcej! Boją się, że będzie im się po tobie odbijać mydlinami! – piekli się Izzy, wygrażając stworzeniom pięścią.
– Nie używam perfum – prycha Vergil, krzywiąc się, jakby coś takiego jak drogeria godziło w jego poczucie godności.
– Ta? To co tak pachnie jak… Jak… – Oczy Izzy zasnuwa mgiełka rozmarzenia. – Jak powietrze po burzy, jak ozon i petrichor, jak…ekhem! – odkasłuje głośno w zaciśniętą pięść, a Vergil jedynie unosi brwi. – Brać go, kurwa, mówię, brać tego czarciego syna, cholery!
Vergil pierwszy dostrzega w czym rzecz. Podąża spojrzeniem za nerwowymi zerknięciami stworzeń i chowa miecz. Odsuwa się na bok; bestie robią mu miejsce.
– Możecie wracać do domu – mówi szorstko, wskazując na szczelinę otwartą przez Yamato. – Śmiało. Przejście nie zamknie się, póki sam nie przejdę.
Oniemiała Izzy patrzy jak bestie, najpierw nieśmiało, lecz kiedy pierwsza oksymora przeskakuje na drugą stronę, ruszają ku przejściu, by uciec do Makai.
– Jeszcze nigdy nie zignorowały mojego polecenia – cedzi przez zęby, zwracając wściekłe spojrzenie na Vergila. – Co im zrobiłeś?!
– To, co należało – odpowiada ze spokojem, patrząc na dziewczynę spod powiek: – uwolniłem je.
– Szlag by cię, ty przeklęty… – Dopiero teraz dostrzega cerbera, który skomli i popiskuje, krążąc od ściany do ściany, wyraźnie rozdarty. – Belmont, ty też?! – krzyczy z histerią. – Od takiego cię miałam! – Pokazuje dłońmi pustą na około półtora metra przestrzeń. – Jakby nie ja do dzisiaj by cię badali, próbując ustalić, czemu wyrosły ci aż trzy głowy!
Pies przysiada na zadzie i zadziera łeb, wyjąc żałośnie.
– Pierdolę... – Zezłoszczona Izzy sięga do przycisków w ścianie. – Envy, ty go załatw!
Łańcuchy, przytrzymujące behemota, opadają. Bestia rozkłada skrzydła i rzuca się w przód. Wystarcza jeden sus, by znaleźć się przy Vergilu, który tym razem nawet nie sięga do pasa. Unosi wzrok, bez strachu patrząc w żółte ślepia, nawet gdy wstrząsający budynkiem ryk rozwiewa mu włosy. Po tym pokazie siły, behemot ogląda się na Izzy, jakby chciał rzucić przepraszające spojrzenie i w następnym skoku pokonuje barierę dzielącą światy.
– Envy też?! – głos Izzy brzmi nienaturalnie wysoko. – OK. – Opuszcza głowę. – W takim razie – kiedy podnosi oczy, lśnią jadowitym, zielonym blaskiem – jesteś mój.
Przez ułamek sekundy wydaje się, że kontury dziewczyny się rozmazują. Że rosną, zmieniają kształt. Vergil pozwala sobie na nikły uśmiech spod ściągniętych brwi.
– Na to liczyłem. – Dobywa ostrza. – Chodź, Iselith! Zmierz się z mocą Spardy!
WE'RE BURNING CHAOS IN THE WIND!
Izzy traci animusz, jej oczy gasną.
– Skąd… – Przytrzymuje się ściany, jakby zakręciło jej się w głowie. – Nie podałam ci pełnego imienia.
– Nie musiałaś. – Vergil opuszcza ostrze niecierpliwym ruchem. – Nie tylko ty potrafisz się czegoś domyśleć. – Toczy spojrzeniem po pustych klatkach. – Nic dziwnego, że słuchały córki Wilczycy – rzuca jakby od niechcenia, natychmiast wracając spojrzeniem do jej twarzy, by sprawdzić reakcję.
Izzy się śmieje. Najpierw cicho, ale śmiech szybko narasta. W końcu milknie, ocierając oczy.
– Jackpot? Tak wtedy mówicie? – Jeszcze chwilę chichocze. – Chociaż my znaliśmy ją jako Vilcene. – Bierze głęboki wdech i chowa rewolwer, który trzymała w dłoni. – No dobrze, skoro już na to wpadłeś… Pokażę cię, co umiem.
Zamyka oczy, jakby się skupiała, a gdy je otwiera, znów gości w nich niezdrowy zielony blask. Kontury jej postaci tańczą jak dym, przybierając mniej i bardziej humanoidalne kształty, aż ukazuje mu się sporych rozmiarów demoniczny wilk z płonącymi ślepiami i wyrastającymi z sierści kolcami. A jego ogon… Jego ogony… Mnożą się, aż jest ich dziewięć.
– Wiedziałem… – Vergil obnaża zęby we wściekłym grymasie. – Od progu czuję tu krew Argosaxa. – Moc, która emanuje z przemiany, uderza w niego zieloną falą i Vergil czuje, jakby stanął frontem do wiejącego silnie wiatru. Nie może złapać tchu. – Obiecałem, że uśmiercę was co do jednego… – mówi z trudem.
Wznosi ostrze nad głowę, próbując wziąć zamach, ale jego ruchy są powolne, jakby wraz z mieczem ugrzązł w smole. Opuszcza go, ale bardzo powoli, wkładając ogromny wysiłek w to, by poruszyć rękoma.
A potem moc nagle go wypuszcza, powodując, że leci w przód, tracąc równowagę i tnąc przed sobą pustą przestrzeń.
– No, to by było na tyle – odzywa się słaby głos i gdy Vergil się ogląda, widzi Izzy znów w swojej ludzkiej postaci. Dziewczyna cała się trzęsie, ocierając cieknącą z nosa krew. – Więcej nie potrafię. Wiesz, mnie nie przygarnął zły władca piekieł, żeby wyszkolić, a mama też się nie popisała – tłumaczy się, zanosząc kaszlem i plując krwią. – Moje ciało kiepsko to znosi… Też tak masz? – Zerka na niego, próbując skupić na nim spojrzenie.
Wszystko się rozmazuje. Izzy podchodzi do stalowego stołu, o który opiera się z trudem.
– Chyba… Chyba się nie udało, co? No nic, chociaż spróbowałam. Przepraszam, pewno liczyłeś na epicką walkę. Może… kiedy indziej.
To powiedziawszy, pada bez życia na podłogę.
DRIFTING IN THE OCEAN ALL ALONE!
Zaniepokojony cerber przybiega do niej, obwąchując ją, skomląc i oblizując twarz szorstkimi językami. Obnaża kły, warcząc, gdy podchodzi Vergil, ale on nie okazuje strachu. Patrzy na dziewczynę, która rzeczywiście, nie wyrządziła mu żadnej szkody tą żałosną przemianą, ale…
Nie pamięta, kiedy ostatni raz ktoś zdoła go powstrzymać.
Pochyla się, by pozbierać ją z podłogi zarzucić sobie na ramię. Jest już przy szczelinie, gdy słyszy za sobą skomlenie.
Wzdycha, obracając się za siebie.
– No chodź – rzuca, wskazując wolną dłonią szczelinę, a potężny ogar piekieł przeskakuje za nią z zadowolonym szczeknięciem. Vergil przechodzi za nim, poprawiając ciężar na ramieniu.
Krawędzie światów zgrzewają się, nie pozostawiając śladów po rozpruciu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz