Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 4 października 2026

[219] Czerwone, zielone, niebieskie: chociaż ty mnie lubisz ~ Miachar

 Było późno.

Nie, to dość spore uproszczenie. Było cholernie późno w porównaniu do tego, o której wychodziłam od Reya, dostając wcześniej wskazówki dotyczące nowego zlecenia. Dzień się już kończył, a przez to stwierdzenie miałam na myśli, że zbliżała się północ i zmiana daty w kalendarzu. Niby jutro miała być niedziela, czyli nadal dzień wolny, ale nie przypuszczałam, że tak się to potoczy i tym samym ani nie posprzątam mieszkania, ani nie zaplanuję sobie żadnych felietonów na najbliższe tygodnie, by nie musieć tworzyć czegoś pod presją czasu i oczekiwań innych osób.

Jak to się mogło stać, że spędziliśmy razem aż cały wieczór po wczesną noc?

Choć czułam się nieco zdezorientowana tym, ile godzin upłynęło od chwili, kiedy David postanowił podzielić się swoją przeszłością, to przede wszystkim byłam wdzięczna za zaufanie, jakim mnie obdarzył, gdy wciąż znaliśmy się dość krótko. I szłam za nim pewnie, choć korytarze biurowca były niemalże ciemne, za jedyne światło mieliśmy to z dużej latarki, jaką pracodawca miał u siebie, bo ponoć zdarzało mu się wychodzić jeszcze później.

– Przepraszam, że tyle nam zeszło – wyszeptał David, przerywając ciszę, jaka panowała w budynku i która sprawiała, że serce biło mi szybciej na myśl, że w takich okolicznościach może wydarzyć się jakiś horror z naszym udziałem.

– Nie szkodzi – odparłam powoli, ważąc słowa i starając się wybadać, czy w tym mroku może się kryć ktoś poza nami. Dla swojego dobra nieco podgoniłam Kaveriego, byle tylko czuć jego obecność i nie stracić go z oczu. – Czy dużo twoich spotkań biznesowych przeciąga się w ten sposób?

– Niewiele i żadne nie ma w sobie opcji zamówienia indyjskiego jedzenia do biura. – Brzmiał beztrosko, jakby jeszcze kilkadziesiąt minut temu jego oczy nie nosiły w sobie hamowanych łez i ogromu smutku, którego sama nigdy jeszcze nie doświadczyłam. 

– Pewnie przez zapach, jaki zostaje – zasugerowałam.

– Raczej przez towarzystwo, w jakim owe spotkanie się odbywa. Moi klienci to ludzie przychodzący w jasnym celu, wykładają mi sprawę, ja ją przyjmuję, wyceniam, zapoznaję ich ze wstępnym planem, po czym nasze drogi się rozchodzą, bo przechodzimy na kontakt telefoniczny. Na dobrą sprawę jesteś pierwszą osobą poza Benem, która cokolwiek tutaj ze mną zjadła, nie częstuję swoich klientów nawet ciastkami.

– Mam pomóc ci to zmienić?

Parsknął śmiechem.

– Nie, Abigail, nie trzeba, nie wprowadzajmy zwyczaju, który może okazać się lepszy od proponowanych przeze mnie usług.

– Zbyt nisko się chyba cenisz.

– Albo mam za dużą słabość do słodyczy, by być  w pełni obiektywny, jedno z dwóch.

Schodziliśmy w dół ciemnymi schodami, bym nie pominęła żadnego ze stopni, jedną dłonią przesuwałam po poręczy, a drugą… Drugą, za propozycją Davida, położyłam na jego plecach, by mieć pewność, że nadal jest przede mną. Zastygł przez chwilę, słyszałam, jak cicho westchnął, po czym ruszył przed siebie. Rozumiałam, skąd taka reakcja – nie dotyka się przecież codziennie współpracownika, wystarczą bowiem same słowa, ewentualnie w grę wchodzi jakieś uściśnięcie dłoni, nie stały nacisk jednego ciała na drugie. Zdałam sobie sprawę, że w ten sposób mogę przekraczać jakieś granice i za bardzo wchodzić w jego przestrzeń osobistą. Miałam nawet pomysł, by przeprosić go za swoje zachowanie, ale nie było ku temu okazji, gdyż piętro niżej to nas ktoś zaskoczył tak, że oboje aż podskoczyliśmy w miejscu.

– A kto to tam chodzi, co? – rozległo się głucho po cichym korytarzu, a ja prawie że zemdlałam. Nie sądziłam, że ktoś poza nami może tu być, David za to wydawał się być tylko odrobinę zaskoczony.

– Spokojnie, panie Figh, to tylko ja i moja pracownica, właśnie wychodzimy.

– Pan Rey? A co wy tu jeszcze robicie? Kto to widział pracować do tak późnej nocy, co? Ja to co innego, nocki mam, to zrozumiałe, ale wy to raczej powinniście już słodko spać albo chociaż zaczynać odpoczywać – mówił mężczyzna zbliżający się do nas rytmicznym krokiem.

W świetle latarki Davida dostrzegłam, że to drugi z ochroniarzy budynku, którego zdołałam poznać. Gdy dotarło do mnie, że to kolejny człowiek, nie wymysł umysłu ani duch, wypuściłam powietrze, które nieświadomie wstrzymałam. Dawno już nie czułam podobnego strachu, nie czułam się jednak zbyt pewnie, kiedy dostrzegłam bóstwo nad lewem ramieniem ochroniarza. Było zielone, ale dół jego istnienia mienił się to czerwienią, to błękitem. Jakby w zależności od chwili i/lub własnego widzimisię stawał się idealnie dobry albo idealnie zły.

Byłam ciekawa, czy Kaveri dostrzega to w ten sam sposób. 

Nie było na razie jak go o to zapytać. 

Nadal stałam za Davidem, nawet można by stwierdzić, że nieco się za nim kryłam, ale to nie było zbyt dobre posunięcie. Ochroniarz wręcz wychylił się, byle tylko móc mnie zobaczyć. Jakbym była jakimś okazem w muzeum, tak się właśnie poczułam, ale postanowiłam robić dobra minę do złej gry, byle tylko jak najszybciej ruszyć z Kaverim dalej na podziemny parking.

– A pani to się nie boi tak po ciemku chodzić?

– Nie, kiedy jestem z kimś, komu ufam – odparłam chłodno i krótko, by chociaż dać mu do zrozumienia, ze chcę jak najszybciej zniknąć mu z oczu.

– Odważne z pani strony – zaśmiał się rozbawiony, kiedy ja nie dostrzegałam w tym nic śmiesznego. 

Już chciałam rzucić jakąś uwaga, ale David odezwał się pierwszy: 

– Panie Figh, a czy zajrzał pan do komórki na pierwszym piętrze przy klatce? Zgłaszałem na początku tygodnia, że dochodzą stamtąd jakieś hałasy po szóstej popołudniu, kiedy ja wychodzę, czy pana zmiennik coś mówił? 

– Och, nie, panie Rey, nic mi nie mówił. Ale jak to panu bardzo głowę zajmuje, to ja pójdę i sprawdzę, tylko może nieco bliżej świtu, co? Teraz to tak nieco strasznie.

– Tylko proszę o tym nie zapomnieć i mi zgłosić, dobrze?

– Rozumie się, pan tu przecież jest właścicielem. To dobrej nocy państwu, ja do roboty wracam, a państwo niech odpoczywają.

– Dobranoc – pożegnałam go zdawkowo i wyminęłam, kiedy David także ruszył przed siebie.

Milczeliśmy, przechodząc korytarzem do schodów na drugim końcu. W tych warunkach nie umiałam zrozumieć, dlaczego nie kierujemy się stale jedną klatką schodową, ale Kaveri wyjaśnił mi to, kiedy znowu znaleźliśmy się na stopniach. 

– Wybacz, że prowadzę tedy, ale jakoś nie ufam panu Figh, że nie pójdzie za nami.

– Co miał na myśli, mówiąc, że jesteś tu właścicielem? – zadałam pierwsze pytanie, jakie przyszło mi na myśl, które wykluło się podczas przesłuchiwaniu tamtej rozmowie. 

Mężczyzna nie odpowiedział mi, dopóki nie znaleźliśmy się na pierwszym poziomie parkingu, gdzie światła, choć wyraźnie niewłączone na maksimum swojej mocy, ale dawały więcej jasności, i nie mogliśmy się widzieć. Wtedy to David spojrzał mi w twarz, by szybko odwrócić wzrok.

– Miał na myśli dokładnie to, co powiedział. Jestem właścicielem tego budynku.

– Ty? Właścicielem? – Uniosłam brew zaskoczona taką wiadomością. – Nie żeby to było trudne do wyobrażenia sobie, ale jak do tego doszło? Wygrałeś w lotka dużą sumę i kupiłeś od jakiejś szychy?

– Nie, wcześniej należał do mojego dziadka, to mój spadek.

Mimo że ruszył w stronę swojego samochodu – jedynego o tej porze, co mogło znaczyć, że ochroniarz pozostawił swój pojazd gdzieś na zewnątrz – to ja nie poszłam za nim, nie byłam znowu jego cieniem.

– Abigail? 

– Z jak bardzo bogatej rodziny pochodzisz, co? – zapytałam i zaśmiałam się. – Nie znam żadnego człowieka w zbliżonym do nas wieku, który byłby właścicielem takiego budynku. Przecież to wielu lat by trzeba pracy, by się tak dorobić. Wyjaśnieniem może być więc pochodzenie z bogatego domu. To jak brzmi odpowiedź?

Patrzył na mnie przez moment, po czym otworzył drzwi od strony kierowcy.

– Ben może ci jej udzielić, zna ją równie dobrze co ja. Albo sprawdź mnie w internecie, Google zdoła coś na mój temat powiedzieć.

– Chyba wolę jednak poznać cię sama – mruknęłam i też usunęłam się do pojazdu.

To nie był pierwszy raz, kiedy byliśmy sami na podziemnym parkingu, nie oznaczało to jednak, że czułam się niego lepiej, mając już pewne doświadczenie. Raczej wciągnęłam powietrze i czekałam, aż stąd wyjedziemy, pozostawiając tę ciemność za nami. Wolałam już widzieć przynajmniej część miasta z jego zabudowaniami, infrastrukturą, niż tkwić w takim miejscu zbyt długo.

Kaveri zerknął na mnie, co odwzajemniłam. Rozczytał, co takiego chodzi mi po głowie, bowiem zapuścił silnik i bez słowa skierował się do wyjazdu. Dopiero kiedy znaleźliśmy się na zewnątrz, pozwoliłam sobie nieco odetchnąć.

– To naprawdę było takie straszne? – odezwał się, kiedy musieliśmy zatrzymać się na skrzyżowaniu ze względu na czerwone światło. 

Nawet o późnej porze David nie był na bakier z prawem, za co byłam wdzięczna – niektórzy ludzie, z jakimi miałam w życiu do czynienia, uważali, że po dwudziestej drugiej można pozwolić sobie za kierownicą na niego więcej, przecież w nikogo się nie wjedzie, bo są pustki. Takie osoby mnie przerażały, naprawdę ze względu na kwestie zaufania nie z każdym dałabym radę podróżować. I nie skłamałam ani nie podkoloryzowałam swojej wypowiedzi, kiedy tamten ochroniarz zapytał, czy nie boję się chodzić ciemnymi korytarzami w towarzystwie Davida. Naprawdę mu ufałam, choć od naszego pierwszego spotkania minęły zaledwie tygodnie.

– Tak, czasami nie lubię przebywać w ciemności, bo nie wiem, co może się z niej wyłonić.

– Jak widać, taki ochroniarz, co to nieco ma na bakier z wykonywaniem obowiązków, kiedy nikt go nie obserwuje – przytaknął mi i cicho westchnął.

Teraz to ja na niego zetknęłam.

– Wydaje mi się, że ten pan to chcę ci się nieco przypodobać – wyraziłam na głos swoje spostrzeżenie, bo wiedziałam już, jak Kaveri podchodzi do dzielenia się przemyśleniami w obszarze zawodowym, a za taki miałam biuro i to, co w jego pobliżu, włącznie z innymi pracownikami w tamtym budynku.

– Może się to wiązać z premiami, jakie co kwartał daję firmie ochroniarskiej.

– Są wysokie?

– Są uzależnione od tego, jak wiele skarg na jej usługi do mnie wpłynie i z ilu zleconych przeze mnie zadań się wywiążą.

– Czyli mogą cię świadomie karmić miłymi, przychylnymi słówkami, bylebyś tylko dał im tyle, ile sobie życzą, a nie, ile ty początkowo chcesz – zauważyłam, a nasze spojrzenia się spotkały, kiedy też na mnie zerknął.

Tyle że kolor świateł się zmienił i znowu ruszyliśmy, przez co musiał patrzeć na drogę.

– Doskonale zdaję sobie sprawę, że chce mi się przypodobać, by dostali nieco więcej przy najbliższej okazji. Nie on jeden widzi w byciu dla mnie miłym i posłusznym sposób na łatwe zdobycie pieniędzy i zmianę swojego statusu. Pewnie obgaduje mnie z innymi kolegami, ale co mi do tego? Nasze kontakty są czysto zawodowe i nie chcę tego zmieniać.  Całe szczęście, że chociaż ty mnie lubisz.

– Kto tak twierdzi? – uniosłam brew. – To kolejne z twoich urojeń?

Zaśmiał się, co kazało mi podejrzewać z nadzieją, że go nie uraziłam. Chciałam, by dostrzegł, że się z nim jedynie droczę, a to świadczy o tym, że naprawdę dobrze czuję się w jego towarzystwie. 

– Patrząc na to, w jakim świecie żyjemy, takie urojenia nie wydają się wcale takie zła.

Skinęłam mu głową na znak potwierdzenia, że myślę tak samo, ale chyba tego nie zauważył, skupiony na drodze i na tym, by zawieźć mnie bezpiecznie do domu. Podczas tej przejażdżki ani trochę nie wyglądał na poważnego czy czymś przejętego, jakby to, że podzielił się ze mną opowieścią o najgorszych chwilach swojego życia, nie obeszło go za bardzo i już zostało puszczone w niepamięć. Może to był jego mechanizm obronny, byle tylko nie dać się traumie i jako tako żyć w społeczeństwie, choć co to właściwie za egzystencja, kiedy tak wyraźnie różnie odbiera się świat? Mogłam stać po tej samej stronie barykady co on, ale nie przeżyłam tego samego. Ja jedynie znalazłam martwego przyjaciela, kiedy był już zimny w swoim lichym namiocie pod mostem, gdzie przyszło mu żyć, nie widziałam na własne oczy, jak umiera. Coś podobnego musi zostać w człowieku do jego ostatnich dni, czasami nawet i psychiatra nie zdoła do końca pomóc.

– Bądźmy więc sobie razem w tych urojeniach – rzuciłam krótko bez głębszego zastanowienia, a w samochodzie zapanowała cisza.

Przypomniała mi tę, która pojawiła się między nami poprzednim razem, gdy Kaveri odwoził mnie spod redakcji do biura przy pierwszym zleceniu mi obserwacji wskazanej osoby, a rozmowa zeszła na dzielenie się tym samym losem. Stwierdził wtedy, że „to brzmi jak…” i nie dokończył, a na moment zapanowało milczenie – próbowałam pojąć, co może mu w tej chwili siedzieć w głowie. Nie zdołałam domyślić się odpowiedzi, nie ponowiłam tego pytania, ale czasami przypominałam sobie tamto napięcie, jakie zawisło nad naszymi głowami. 

– Niech tak będzie – odezwał się w końcu, a choć zabrzmiało to nonszalancko, to odniosłam wrażenie, że mówi to na poważnie.

Co więcej, sama chciałam to tak traktować. Nie tylko jako wypuszczone z siebie słowa, ale coś prawie jak obietnicę. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz