Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

poniedziałek, 30 marca 2026

[209] chcę mieć tylko dobre życie ~ Miachar

 


Wystarczyło mi tylko otworzyć oczy, zwlec się z łóżka i wyjrzeć przez okno, by wziąć zasnute szarymi chmurami niebo za niezbyt dobry omen. Oczywiście można się było tego spodziewać i na to przygotować, prognozy pogody zapowiadały załamanie aury już od jakiegoś czasu, ale mimo to miałam nadzieję, że przez weekend jeszcze będzie okej.

Cóż, sobota od samego początku mówiła jasno, że trzeba zaopatrzyć się w parasol, bluzę z kapturem czy też płaszcz przeciwdeszczowy, bo będzie bezlitosna. To było jeszcze do zniesienia, bo zawsze możliwe, uczucie zażenowania natomiast mogło wywoływać coś zgoła innego. Nadal walczyłam z oduczeniem się sięgania po telefon zaraz po przebudzeniu. Przegrywałam jeszcze tę walkę, małym początkiem było to, że wcześniej udało mi się wstać z mebla zamiast zalegać w nim i bezmyślnie przeglądać Instagrama, gdy na nim wciąż trafiały się różne bzdury. Teraz wpatrywałam się w ekran, czekając, aż ekspres wypluje z siebie pierwszą kawę, a ja będę miała za pomocą czego rozbudzić się do końca.

Po plecach przebiegły mi ciarki, kiedy odczytałam wiadomość wysłaną do mnie o drugiej czterdzieści w nocy – jak można pisać do kogoś o takiej porze? Ja wtedy zwykłam sypiać, a nie latać po mieście, ponad trzydziestka na karku sprawiała, że przyjemności szukałam gdzieś indziej niż w klubach czy barach. Do tego tak często bywałam wieczorami zmęczona, że nie było siły, która powstrzymałaby mnie przed pójściem spać, udawało mi się to już nawet podczas burzy, co kiedyś było nie do przyjęcia. Po co ktoś miałby tracić wówczas siły na kontakt ze mną, jeśli się nie odezwę?

Ten koleś jednak się odezwał. I co z tego, że po naszej „randce” unikałam z nim kontaktu, pozostawiałam wszelkie zaczepki bez odpowiedzi? Sprawiłam tym, że odezwał się do mnie nawet na Facebooku, jakby nie wystarczyło, że miał mój numer. To jeszcze nie był stalking, ale i tak nie było przyjemnie czytać coś, co zawierało w sobie tak dwuznaczny tekst jak:

„Cześć, piękna! Siedzę niby wśród innych dziewczyn, ale tej, która mogłaby ogrzać mi duszę i ciało, nie ma obok. Może wpadniesz na drinka i może całusa, jednego albo dwa?”.

Tak przynajmniej brzmiałby, gdyby po drodze nie popełnił kilku literówek świadczących o tym, w jakim był stanie. Z trudem rozczytałam wiadomość i nawet się ucieszyłam, że w nocy nie obudził mnie dźwięk telefonu, gdy do mnie dotarła, bo wtedy chyba bym do niego zadzwoniła, by go srogo ochrzanić za to, jak niszczy innym czas, choć nic mu do tego, jak go spędzają. Byliśmy raptem na jednej randce, na którą i tak wkręciła mnie koleżanka ze studiów. Ugięłam się jedynie, by przestać wysłuchiwać utyskiwań, że mam świetną pracę, robię karierę, ale miłości do siebie nie dopuszczam. Cudze gadanie zwykle spływało po mnie jak po kaczce, ale gdy stało się tak natarczywe jak podczas tamtego spotkania, zgodziłam się, byle tylko mieć święty spokój. 

Przydałaby mi się wówczas umiejętność widzenia przyszłości, może nie wpakowałabym się na kolację z kimś, kto widzi tylko czubek własnego nosa, chwali się tym, co ma, choć w głowie akurat nie za wiele, i oczekuje podporządkowania już w kwestii wyboru dania. Do tego nie chciał wyjść, gdy kelner oznajmił nam, że do zamknięcia zostało piętnaście minut, oburzył się, że tak nie traktuje się gości i złorzeczył po wyjściu, czekając na taksówkę dla siebie, bo przecież ja mogłam wrócić z buta, miałam znacznie bliżej do domu od niego. Tyle red flagów w ciągu niespełna trzech godzin sprawiło, że nie chciałam powtórki ani też umówienia mnie z kimś innym.

A teraz ta wiadomość, która jedynie upewniła mnie w tym, że moje obecne życie jest dobre.

Tylko koleżanka, która załatwiła mi tę randkę, chciała wiedzieć, czy będzie z tego ciąg dalszy. Jak wiadomość od tamtego mężczyzny mogła zostać zignorowana, tak nie mogłam postąpić w ten sam sposób z kobietą, która chciała dla mnie dobrze, więc gdy zadzwoniła – właśnie wychodziłam w tę nieprzyjemną aurę na krótki spacer i po zakupy, bo lodówka jednak prawie świeciła pustkami – powiedziałam jej, jak się sprawy mają.

– Może się przy tobie bardziej zestresował? – zasugerowała, jakby jego gadanina i wielkie ego to była moja wina. – Na co dzień to całkiem miły gość, uprzejmy.

– Chyba tylko wtedy, kiedy czegoś chce – burknęłam jej w odpowiedzi. – Do tego napisał do mnie w nocy, chcąc wyciągnąć na drinka.

– Poszłaś?

Jęknęłam w duchu. Przecież mnie znała, jeszcze do niej nie dotarło, że nie miałam ochoty?

– Dobrze wiesz, że w nocy to ja śpię, a nie się szlajam, odczytałam jego esemesa, dopiero jak wstałam.

– A przeprosiłaś go za brak odpowiedzi?

Czy ja nagle trafiłam do jakieś ukrytej kamery, która śledziła mnie na czyjeś zlecenie, byle tylko przekonać się, że nikogo nie odgrywam i zachowuję się jak zwykle? Tak się właśnie czułam, a nastroju nie mogło poprawić mi to, że kropienie właśnie przybrało na sile. Niby się na to zapowiadało, ale naiwnie wierzyłam, że zdążę uwinąć się ze sprawunkami, zanim pojawi się deszcz.

– Nie mam go za co przepraszać, skoro już w środę po randce dałam mu znać, że nic z tego nie będzie i nie chcę utrzymywać kontaktu.

– Ale jesteś nieczuła – usłyszałam w słuchawce. – A ja się tak dla ciebie postarałam. 

Szantaż emocjonalny na mnie nie działał, od kiedy nauczyłam się asertywności i dbania o siebie nieco bardziej niż o innych ludzi, bo to ze sobą spędzę całe swoje życie. Mimo to z mojej piersi wyrwało się westchnienie kogoś, kogo od fali irytacji zaczyna dzielić już zaledwie mały kroczek.

– Wiem, że chciałaś dla mnie dobrze, dziękuję ci za to, po prostu nie mam z tym twoim kolegą za wiele wspólnego.

– Czyli co, nadal wolisz być sama jak palec?

Podobne komentarze trafiały mi się także ze strony dalszej rodziny, której tradycyjne podejście – przynajmniej na pierwszy rzut oka, bo tylu rozwodów co u moich bliskich to chyba mało kto ma – sprawiało, że z każdym rokiem patrzyła na mnie coraz bardziej litościwie, jakby z nastawieniem, że chyba nikt mnie nie chce, a przecież trzeba się spieszyć, bo zegar biologiczny tyka.

Nie ich zasrany interes, jak żyję, czy ktoś mnie chce, ale nie mogłam przekazać tego w tak ostrych słowach, by potem nie czuć się źle, wiec wypracowałam sobie formułkę, którą to uraczyłam także koleżankę:

– Wolę być sama i zadowolona z życia niż z kimś, przy kim czuję się nikim. Ale dziękuję, że tak trzymasz kciuki za to, by mi się wiodło, szczerze to doceniam.

Zdawało się, że to jej nie zadowoliło, coś jeszcze rzuciła pod nosem, po czym się rozłączyła, ot tak. Jakby rozmowa nie mogła zakończyć się pożegnaniem z obu stron. To było naprawdę irytujące.

– Niech to szlag! – wyrzuciłam z siebie nieco zbyt głośno, zwracając tym samym uwagę innych przechodniów, ale to nie miało większego znaczenia.

Przynajmniej do sekundy, gdy zdałam sobie sprawę z tego, kto zmierza z naprzeciwka. Mężczyzna uśmiechał się nieco kpiąco, wymachiwał reklamówką z zakupami i ewidentnie dobrze się bawił, widząc mnie nieco wytrąconą z równowagi.

– Och, czyżby małe problemy w świecie wspaniałej Camelli? – zapytał, a gdy przystanął przede mną, dodał: – Cześć, fatalna pogoda, czyż nie?

To właśnie miałam na myśli, jeżeli chodziło o w miarę kulturalną rozmowę. Może pojawił się tu sarkazm i mała uszczypliwość, ale też przywitano się ze mną. Nawet jeżeli zrobił to wróg numer jeden w moim życiu, to zachował się dość po ludzku.

– Hej – odparłam i schowałam telefon do kieszeni. – Z cukru nie jesteśmy, to się w tym kapuśniaczku nie roztopimy, ale mogłoby być ładniej. Nie masz żadnego parasola?

Kolega, będący dawnym kompanem ze studenckiej auli, obecnie współpracownik i sąsiad mieszkający dwa bloki dalej – w przypadku tej relacji los miał niesamowicie zabawne poczucie humoru – nie miał żadnego kaptura czy czegokolwiek, co ochroniłoby go przed deszczem, co pewnie w dni robocze by się nie zdarzyło, bo w biurze musiał wyglądać nienagannie. W ogóle wydawało się, że taka aura w niczym mu nie przeszkadza. 

– Nie, to tylko mały deszczyk. Co cię tak wkurzyło, jeśli mogę wiedzieć?

Zwykła troska kogoś znajomego dla mnie miała w sobie coś głębszego – wciąż miałam w pamięci nasze początki, kiedy ze zderzeń na uniwersyteckim korytarzu, zajmowaniu sobie złośliwie miejsc i innych wybrykach rysował się obraz naszej dwójki działającej sobie stale na nerwy przez naprawdę długi czas. Jedynie przez zbieg okoliczności zaczęliśmy się w miarę dogadywać, a teraz żyliśmy w bardzo przyjaznej atmosferze. To chyba przez tę maksymę, którą rzucił mi, kiedy pomógł mi wydostać się z basenu podczas studenckiej imprezy, tego samego, do którego chwilę wcześniej mnie wrzucił:

Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy.

Wtedy myślałam, że pieprzy jakieś farmazony, czas pokazał, jak wiele było prawdy w tym, co powiedział. Tych, których miałam za życiowych kumpli podczas nauki, obecnie nie istnieli już w mojej teraźniejszości, to on się w niej trzymał i znajomi z liceum. Jakby dawniejsze relacje okazały się silniejsze i mogły się odrodzić wraz z moim powrotem w rodzinne strony. Dziwne było tylko to, że on też wylądował w tej okolicy.

– Wkurzyło to chyba za duże słowo – odparłam, ruszając dalej przed siebie, byle tylko nie wyczekać mocniejszego deszczu. Kolega ruszył za mną, choć wcześniej szedł w przeciwnym kierunku. – Moja randka, która nie wypaliła w środę, odezwała się w nocy, a koleżanka, która mi ową randkę załatwiła, także mi truje zdziwiona, że źle mnie z kimś spiknęła. Czy to naprawdę takie ważne, by z kimś być? Co jest złego w życiu w pojedynkę, co?

Rzuciłam te pytania właściwie w powietrze, nie oczekiwałam, że ktoś się nad nimi pochyli. Idący obok mnie mężczyzna chyba poczuł się w powinności, by jednak odpowiedzieć. 

– Niektórzy boją się samotności albo czują społeczną presję, by mieć własną rodzinę, ulegają jej i biorą ślub z osobą, która wydaje im się właściwa. Ci, którzy nie podążają tą ścieżką, nie są uważani za odważnych, ale za tchórzy, którzy nie chcą ciągnąć tego, co ma miejsce od wieków.

Zerknęłam na niego, wydawał się w tej chwili całkowicie poważny.

– A ty? Jak odbierasz takich ludzi?

Uśmiechnął się nieznacznie, po czym podniósł rękę, by osłonić się nieco od deszczu. Nie mogłam zaoferować mu parasolki, sama miałam na głowie jedynie kaptur, byłam jedynie w stanie przyspieszyć kroku, byśmy znaleźli się pod daszkiem otwartej kwiaciarni. Miałam nadzieję, że nie będziemy nikomu przeszkadzać, stojąc tak przez chwilę i obserwując, jak deszcz znowu przybiera nieznacznie na sile.

–  Dobrze wiesz, że też jestem sam i jakoś mi to nie przeszkadza. Ludzie powinni pozwolić sobie na życie według własnego sumienia, przynajmniej do momentu, kiedy świadomie kogoś zranią w niemoralny sposób.

– Fajne określenie na morderstwo.

– Albo na porwanie, kradzież czy inny czyn zakazany.

– Myślisz, że kiedyś któryś z podcasterów true crime go użyje?

– Jeżeli się zgłoszę, że takie mam, to może się uda?

Uśmiechnęłam się. Rozbawił mnie nieco, jak i poprawił samopoczucie, a tego właśnie potrzebowałam.

– Obyś za sprawą tego stał się sławny.

– Chcę mieć tylko dobre życie – odparł. – Takie, w którym czuję się zadowolony z każdego kolejnego dnia i jestem dla innych ludzi po prostu człowiekiem.

– To takie proste, a wydaje się jednocześnie trudne – zauważyłam. 

Spojrzał na mnie z sympatią wymalowaną na obliczu.

– Bo życie jest wyzwaniem, Camellio. Ale na razie dajemy sobie z nim radę, nie uważasz?

Coś było w jego słowach, co kazało mi przyjrzeć się bardziej własnej egzystencji i temu, czy naprawdę moję życie jest proste, a przy tym dobre? Miałam wątpliwości, patrząc po części swoich relacji, ale to było jeszcze do naprawienia, chyba że niewarte wysiłku i czasu.

Deszcz nie ustawał w swojej pracy, a nas od sklepu nie dzieliło zbyt wiele, dlatego rzuciłam nieco zaczepnie:

– Przebiegniemy się?

Kolega podchwycił pomysł, uśmiechnął się do mnie łobuzerskiego.

– Przegrany kupuje zwycięzcy takie lody, jakie ten wybierze.

– Umowa stoi.

Mogło być mi ciężko mierzyć się z kimś fizycznie innym, w lepszej kondycji, ale zabawnie było ścigać się wśród kropel niczym dzieci. Dobrze zrobiło dla mojej głowy i ogólnego humoru, a to, że wydałam dwadzieścia dolców na duży kubeł lodów, nie było czymś aż tak przygniatającym. Gdyby terapia była tak tania, poszłabym na nią, a tak miałam swojego wroga – już zdecydowanie dawnego, nazywanego tak jedynie z sentymentu – któremu mogłam się żalić i który stanowił dobre towarzystwo do radzenia sobie z przeciwnościami. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz