Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 15 marca 2026

[208] tak to się miedzy nami skończyło ~ Miachar

 Zadzwonił do mnie, twierdząc, że to będzie dla mnie niezapomniany dzień. Samo to powinno już zapalić wiele czerwonych lampek w mojej głowie, ale że miałem kiepski nastrój i nie uśmiechało mi się siedzenie samemu w pustym mieszkaniu – bliski byłem tego, by w nim oszaleć, nie mając już do kogo otworzyć ust – zgodziłem się, choć nie zdradził mi, co takiego planuje.

Przez narzuconą mi po części izolację byłem spragniony świeżego powietrza i ruchu, za które ciało byłoby mi chociaż odrobinę wdzięczne. Fakt, nie mogłem iść pobiegać za piłką, bo nie było z kim, jogging w parku nigdy mnie nie kręcił, a nie miałem psa i tym samym powodu do kilku spacerów dziennie, ale samo przejście od klatki na parking, gdzie kumpel oczekiwał, wywołało u mnie cień uśmiechu.

Kolega stał na zewnątrz tuż przy samochodzie, odwrócony tyłem do mnie wypuszczał w powietrze kłęby papierosowego dymu. Czego by mu nie mówić, nie było mocnych ani rady na to, by rzucił ten jakże dający porządnie po kieszeni nawyk. W odpowiedzi na próby zachęty gotów był kolejny raz powiedzieć, że dzieci to o wiele większy wymysł, na który on się nie pisze, ale dzieci to nie były używki, może i trochę traciło się przez nie nerwów, ale w pewnym sensie były też cudem, jaki nadal wzbudzał we mnie podziw. On ignorował nie tylko rzucane mu tak zwane „dobre rady”, ale i ludzi, którzy mogli zacząć działać mu na nerwy.

Mimo że podszedłem, nie odwrócił się w moją stronę. Może nie słyszał, jak idąc, uderzyłem przypadkowo w jakiś zabłąkany kamyk, może myśli pochłonęły go do tego stopnia, że świat wokół na chwilę stracił na znaczeniu. Odchrząknąłem, to mnie nie usłyszał, przyszło więc na użycie głosu, choć moje gardło ostatnio odmawiało mi nieco posłuszeństwa. 

– Cześć.

Zabrzmiało to trochę głośniej od szeptu, ale zdołało dotrzeć do mężczyzny, który odwrócił się w moją stronę i uśmiechnął kącikiem ust. Niedopałek papierosa rzucił sobie pod nogi, by przygasić go stopą w ciężkim obuwiu.

– No siema. Pakuj się, jeszcze chwila, a będziemy spóźnieni.

– Powiesz mi chociaż, co takiego zaplanowałeś, że mam o tym nigdy nie zapomnieć?

Zaśmiał się, po czym otworzył sobie drzwi.

– Nic złego ani nielegalnego, tyle powinno ci wystarczyć. Wsiadaj, coś się zrobiłem głodny, a do najbliższego fast fooda trochę mamy.

– Żarcie ze stacji benzynowej ci nie wystarczy?

– Tam już jadłem w drodze tutaj, teraz mam ochotę na coś mocniej smażonego. Nie gadaj już tyle, tylko pakuj się do środka, jasne?

To był przykład tego, jak bardzo z upływem czasu zaczęliśmy się od siebie różnić. Zdecydowanie wolałem wybierać produkty mniej przetworzone i byłem za tym, by samemu sobie gotować, nawet jeżeli żyłem i mieszkałem w pojedynkę. Do tego dochodziło w miarę regularne uprawianie sportu dla zdrowia i siły w późniejszym wieku. Jemu nie przeszkadzało, że pakuje w siebie wiele tłuszczów nasyconych, że niedługo będzie miał zły cholesterol, liczył się smak poprawiony chemią. To dlatego przestaliśmy wychodzić razem, by coś zjeść – pić jeszcze mogliśmy, ale w kwestii jedzenia nie doszlibyśmy do konsensusu, a lokal by nam zamknięto. 

Nie chcąc się z nim kłócić o błahostki i psuć humor na samym początku wypadu, zgodnie z jego poleceniem zająłem miejsce, zapiąłem pas i starałem się trzymać język za zębami. Kumpel nie zapiął pasa, do tego ruszył tak gwałtownie, że wystraszył nie tylko jakieś spacerujące nieopodal gołębie, ale też i którąś z moich sąsiadek, co to szła ścieżką i takiego ryku silnika się nie spodziewała. 

Korciło mnie, by chwycić za uchwyt nad siedzeniem, ale wtedy pokazałbym niemal od razu, że wiem, czego się spodziewać i że natychmiast przyjmuję postawę przeciwną do dobrej zabawy. Nakazałem sobie zachować spokój i nie reagować zbytnio, kiedy zarzuci nas na drodze, ale ani trochę nie podobał mi się styl jazdy kolegi. To był kolejny powód, dlaczego nasza relacja w dorosłym życiu uległa mocnemu rozluźnieniu – gdy ja prowadziłem samochód zgodnie z przepisami ruchu drogowego, zwracałem uwagę na innych użytkowników, on szarżował, jakby nagle był na drodze najważniejszy. Pirat drogowy to było dość łagodne określenie, jeżeli chodziło o niego.

Milczałem, by uniknąć niepotrzebnych sprzeczek i by go nie rozpraszać. Zachodziłem też w głowę, co takiego mógł przygotować na krótki wypad i dlaczego to akurat mnie chciał na niego zabrać. Miał o wiele więcej bliskich kolegów niż ja, bardziej pasujących do niego pod względem stylu życia i nawyków. Moje nazwisko widniało raczej na końcu tej listy, dlatego wyczuwałem mały podstęp w tym, co robił.

A mimo to tkwiłem na siedzeniu obok, kiedy gnał na obrzeża miasta, a później wyjechał na drogę stanową. Na dobrą sprawę, patrząc po znakach drogowych, mógł mnie wieźć do jednego z kilku większych miast, chyba że wolał jakąś zabitą dechami mieścinę. Opcji było sporo, a ja nie umiałem ocenić, która z nich była dla niego najbardziej kusząca. Nie słyszałem, by w okolicy były urządzane jakieś większe wydarzenia, targi czegokolwiek czy maratony filmowe w kinach. Jakiś plan musiał mieć, sądziłem, że może coś się wyjaśni, kiedy zajedziemy pod fast fooda – restauracji tego typu nie było w okolicy zbyt wiele, zorientowanie się w jej lokalizacji da mi węższy obraz tego, w jakim kierunku zmierzamy.

Do tego starałem się zapanować nad własnym ciałem. Nie ukrywałem tego, że od paru dni chodzę odrobinę przeziębiony – ładujący w siebie paracetamol zgodnie z zaleceniami i hektolitry ciepłej czarnej herbaty – starałem się nie kaszleć ani nie kichać, jednak katar ma to do siebie, że nie pyta cię o zdanie, a po prostu jest. Objawiał się i podczas tej jazdy, wyraźnie irytował mojego towarzysza.

– A ty co? – Zerknął na mnie ze swojego miejsca. – Myślisz, że jesteś taki pociągający? Wytrzyj ten nos, do diaska!

Chciałem mu coś odburknąć, ale nieżyt nosa, z którym walczyłem od ostatniego poniedziałku, nie dawał za wygraną zbyt łatwo. Ciężko mi się oddychało, ciężko mówiło, źle sypiałem nocami, bo się po prostu nie dało, a zdaniem lekarza wystarczył antybiotyk, jeden syrop i w tydzień, góra półtora będę jak nowy. Nie wykupiłem leków, wolałem wypróbować sposób, który dotychczas zawsze się sprawdzał i teraz też tak miało być.

Gówno prawda. Półtora tygodnia minęło, a mnie nie było ani trochę lepiej. 

Gdyby tylko kumplowi nie przyszło do głowy, by tego dnia wozić się po mieście niczym jakiś celebryta, którego to wszyscy ludzie muszą zobaczyć, bo kupił nową furę, ma nową fryzurę czy wyrwał kolejną laskę, by za moment zostawić ją dla innej, siedziałbym pewnie pod kocem z jakąś książką. W chwilach jak ta docierało do mnie, że trzyma mnie już przy nim jedynie sentyment i pamięć o wspólnym dzieciństwie, jako dorośli ludzie byliśmy tak różni, że właściwie sobie obcy. 

Wytarłem nos w chusteczkę, starając się nie być przy tym zbyt głośnym, a po schowaniu jej do kieszeni kurtki zapatrzyłem się przez okno. Okolica wydawała mi się w miarę znajoma, ale to nie były już granice miasta. Rozpoznałem znak z logiem znanej i taniej, a przy tym serwującej niezbyt zdrowe jedzenie restauracji, chciałem wierzyć, że zgodnie z podaną informacją za niecałą milę będziemy u celu.

Nie dało się tego przedstawić w formie „za ile minut”, bo ten idiota na siedzeniu obok gnał przed siebie, jakby uciekał przed zbuntowanymi maszynami, a nie po prostu jechał na wycieczkę, jak sam to określał. Wolałem nie patrzeć na strzałkę określającą nabieraną prędkość, wystarczyło, że z każdą sekundą mocniej zaciskałem dłoń na uchwycie nad głową, bo jednak go użyłem. Nie zdziwiłbym się, gdybym przy nieco mocniejszym zahamowaniu i ruszeniu po prostu ją urwał. Jeżeli bym przy tym nie zginął, mogłem zapłacić każdą cenę za naprawę.

Gdy wchodziliśmy w zakręt prowadzący do miejscowości, której nazwy nie znałem, a w której to mieliśmy się zatrzymać na posiłek, podskórnie poczułem, że zaraz wydarzy się coś złego. Coś jak intuicja, choć wydawało mi się, że w moim przypadku nie jest jakaś bardzo wyostrzona, tak w jednej sekundzie spiąłem się cały i obserwowałem, co się wydarzy, gotowy na to, cokolwiek miało się wydarzyć.

A wydarzyło równie szybko – kumpel wypadł z tego zakrętu wprost do miasteczka, a nie panując nad prędkością osunął się nieco z drogi i przejechał fragment chodnika. Wszystko działo się w okamgnieniu, ale że w moim organizmie już krążyła adrenalina, zdołałem kogoś dojrzeć.

– Uważaj, tam jest człowiek! – wrzasnąłem, po czym wysunąłem się, by chwycić za kierownicę i skierować ją na pas drogi, bylebyśmy nie zahaczyli już o chodnik.

– Co ty wyrabiasz? – padło z jego strony, ale mało mnie obchodziło jego wkurzenie, musiałem zorientować się, czy w nikogo nie trafiliśmy.

Kumpel dał raptownie po hamulcach, samochodem szarpnęło, po czym zatrzymaliśmy się. Czym prędzej wysiadłem i pognałem z powrotem w stronę osoby, którą zauważyłem moment wcześniej, zanim pomyślałem, że ktoś zginie i poczucie winy zacznie mi ciążyć na wieki.

Była tam, kobieta może w moim wieku. Stała tuż przy niewielkim sklepie, prawie opierała się plecami o ścianę przy nim i patrzyła w moim kierunku szeroko otwartymi z przerażenia oczami. 

– Przepraszam! – krzyczałem do niej, zbliżając się. – Nic pani nie jest?

Osunęła się całkowicie na chodnik i schowała głowę między kolana. Przemknęło mi przez myśl, że być może ma zawroty głowy i w ten sposób próbuje powstrzymać się od zwymiotowania. Znalazłem się przy niej, przykucnąłem obok, ale nie wyciągnąłem ręki, by jej dotknąć. Nie miałem wiedzy, czy mogę, nawet jeżeli chodziło o udzielenie pomocy, jeżeli była przytomna, nie powinienem zrobić nic, przez co poczułaby się niekomfortowo.

– W porządku? – zapytałem, nieco próbując zajrzeć jej w twarz, ale nadal trzymała głowę opuszczoną. – Nic się pani nie stało? Bardzo przepraszam!

– Ten kierowca to skończony kretyn – dobiegło mnie z jej strony. – Debil kiedyś kogoś zabije.

– Bardzo panią przepraszam – powtórzyłem, po czym zerknąłem przez ramię. Kumpel nadal stał w miejscu, gdzie tak gwałtownie zahamował, nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby nagle odjechał z piskiem opon. – Za moment wracam.

Pędem popędziłem do auta, otworzyłem drzwi od strony kierowcy i rzuciłem do kolegi:

– Wysiadaj.

Mężczyzna spojrzał na mnie ze znudzeniem.

– Chyba cię pojebało.

– Wysiadaj. Choć raz zachowaj się honorowo – rzuciłem w jego stronę, nie mając już zupełnie chęci być wobec niego wyrozumiały – i przyznaj się do tego, że zachowujesz się czasami niedojrzale. To cię nie zabije, a może ona nie zadzwoni po policję ani nie naśle na nas jakichś swoich kolegów.

Nie miałem pojęcia, skąd wziął mi się w głowie scenariusz, w którym nieznajoma kobieta zadaje się z muskularnymi facetami, ale czy to było niemożliwe? Nie wydawało mi się. Poza tym miałem po prostu dość tego dnia. Miał być niezapomniany, tak? To ja zapłacę, ile trzeba, by ktoś wykasował mi go na dobre z głowy. Czy nie ma może wśród nas facetów w czerni?

– Nie mam się do czego przyznawać. Ty się lepiej zamknij i zacznij zachowywać, jak na dorosłego typa przystało, okej? Powinieneś już wiedzieć, kiedy milczeć, stary, ale ty nadal masz z tym problem.

Gdyby tylko wiedział, że największy problem mam z nim, raczej nie pouczałby mnie w ten sposób, a po prostu porzucił na drodze i odjechał z piskiem opon.

Co chyba wcale nie było takim złym scenariuszem, patrząc, jak układał się ten dzień i nasze rozmowy.

– A ona to sobie raczej poradzi, wygląda na taką, co dobrze kombinuje, gdy sytuacja tego wymaga.

– Co nie zmienia faktu, że zachowałeś się względem niej jak dupek. Taki prawdziwy obraz siebie chcesz przedstawiać innym? Wyłaź i chociaż zapytaj, jak się ma!

Zaśmiał się na tę moją propozycję, całą moralność miał już chyba totalnie gdzieś. Tak samo jak ja znajomość z nim, wiedziałem, że tego przedpołudnia widzimy się ostatni raz i wszystko szybko pójdzie w zapomnienie.

Prawda ma w dupie to, co o niej sądzisz – oznajmił mi, rzucając krótkie spojrzenie we wsteczne lusterko, jakby chciał sprawdzić, czy dziewczyna nadal stoi, gdzie ją zostawiłem. – Do tego każdy ma swoją i uważa, że jego jest tą właściwą. Kto by chciał słuchać tej, która nikomu nie odpowiada?

– A myślisz, że nasza prawda o tym zdarzeniu właśnie taka jest? Nie odpowiada wizji prawdy, jaką mają inni ludzie?

Na to pytanie wzruszył jedynie ramionami, co przelało u mnie czarę. Miałem już serdecznie dość całego tego wyjazdu.

– Wysiadaj.

Albo udał, że mnie nie słyszy, ale też jak rano naprawdę nie zwrócił uwagi na to, co zrobiłem. Jak wtedy nie dotarł do niego dźwięk moich kroków, tak teraz moje słowa nie znalazły drogi do jego uszu, by do tego być również zrozumiałe. Ale ja nie chciałem być potulny, skoro miałem zachowywać się jak na dorosłego człowieka przystało, to na takiego, który wie o swojej wolnej woli i umie postawić się tak, by najbardziej zadbać o siebie.

– Wysiadaj i zachowaj się jak człowiek, do jasnej cholery! – powtórzyłem zdecydowanie głośniej, a kolega spojrzał na mnie zaskoczony.

– Niby czemu mam to zrobić? 

Raczej nie zatamowalibyśmy ruchu, bo przed nami i za nami nic nie jechało, drugi pas też pozostawał całkowicie pusty, więc mógł tak swobodnie stać. Stawiał niewielki opór, bo nie wiedział, czego może się teraz po mnie spodziewać. 

Moja nieprzewidywalność sprawiała, że czuł niepokój, to dlatego nauczył się przejmować kontrolę nad naszymi rozmowami, spotkaniami, wyjściami i tym wspólnym, co jeszcze dzieliliśmy, choć z każdym kolejnym rokiem było tego znacznie mniej.

– Bo inaczej sam cię zgłoszę na policję – odparłem ostro.

– taki będziesz kumpel? I co im niby powiedz, co? Przecież nic złego nie zrobiliśmy. No chyba że chcesz wysępić numer tej panienki, to wtedy spoko, chętnie bym się z nią spotkał na małe co nieco.

Czy on zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że jeszcze kilka minut temu prawie ją potrącił? Naprawdę nie docierało do jego zakutego łba, jak powinien zachować się w tej sytuacji?

– Ewentualnie dam jej jakieś drobne, by siedziała cicho, tyle mogę zrobić.

– Kim ty w ogóle jesteś? – zapytałem go, zaskoczony i szczerze zasmucony, bo jakoś chciałem dostrzegać w nim choć mały ułamek dobra. – Wiesz co? Nieważne. Możesz sobie spadać. 

Zatrzasnąłem drzwi z jego strony i odszedł na nowo do kobiety, by upewnić się, że naprawdę nic jej nie jest, że nie wyrządziliśmy jej krzywdy – tak, czułem się współwinny tego, co się wydarzyło – że nic jej już nie grozi. Za sobą słyszałem, jak kumpel odjeżdża z piskiem opon i szybko nabiera prędkości, która nie przystoi w zabudowie. Ale miałem to już gdzieś. Choć nieco łamało mi się serce, że tak to się miedzy nami skończyło, może nawet było mi przykro, to jednocześnie wiedziałem, że tak będzie lepiej. 

Wszedłem na chodnik, ale zorientowałem się, że kobiety już nie było. Właściwie nie było nikogo, żadnego świadka czy chociażby osoby, która gdzieś by zmierzała, z pobliskiego sklepu też nikt nie wyglądał, by sprawdzić, jak się to wszystko skończyło. Zostałem sam, z portfelem i telefonem w kieszeniach, w miasteczku, które było mi właściwie obce.

Westchnąłem i ruszyłem przed siebie, wracając drogą, którą tu przybyliśmy. W którymś momencie chodnik miał się skończyć, ale to nie był problem – brałem pod uwagę, że mogę się natknąć na jakiś przystanek autobusowy i ruszyć dalej już transportem. W głowie miałem to, co powiedział mi kumpel – prawda ma gdzieś, co o niej myślę. Nawet jeżeli nazywam prawdę, jakie to ma znaczenie, kiedy może zostać zignorowana lub sprowadzona do westchnienia, wzruszenia ramionami czy parsknięcia śmiechem.

W tym świecie prawda najwidoczniej nie ma już prawie żadnego znaczenia. 


 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz