Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

wtorek, 26 maja 2026

[213] FINE LINE: Feeligns don't lie.

 1996 

 

 

Nie powinieneś… 

Ciemnowłosa dziewczyna łapie mnie za nadgarstek, starając się mnie powstrzymać, gdy sięgam po butelkę, którą pod stołem Ślizgonów przekazali w naszą stronę starsi uczniowie. Wyciągam szyję, żeby przyjrzeć się stołowi nauczycieli, ale żaden z nich nie wydaje się zainteresowany kontrolowaniem uczniów. Przeciwnie, sami sobie folgują, rozlewając wino do pucharów. Każdy chce się zabawić w Noc Duchów. 

Ja też. 

– Draco. Ktoś zauważy! 

Pansy zaciska palce na mojej dłoni. Zerkam na nią, ściągając brwi. Mój wzrok ześlizguje się z jej twarzy na dziewczynę siedzącą po drugiej stronie stołu parę miejsc dalej.  

– Hej! – Pansy kładzie palec na moim policzku i delikatnie naciska, nakierowując mój wzrok na siebie. Zerka nerwowo przez ramię i skupia spojrzenie na mnie, uśmiechając się przymilnie. 

– Posłuchaj… 

Nie mam najmniejszej ochoty jej słuchać. 

Odczep się, Pan – prycham, zabierając rękę.  

Ściągam ze stołu kubek po herbacie i tak by nikt nie widział, wlewam do niego ognistej whisky. Siedzący obok mnie Nott osusza szybko swój i podstawia, żebym też mu nalał, potem przekazujemy butelkę Blaise’owi. Prostuję się, wymieniając z kumplami cwane uśmiechy. Spoglądam w stronę chłopaków z siódmej klasy i mój uśmiech zastyga. Spod ciemnej, falowanej grzywki patrzą na mnie przenikliwie jasne, złote oczy. Chłopak unosi kąt ust i wznosi w moją stronę szklankę. Odwdzięczam się tym samym gestem. Kiedy odwraca wzrok, uśmiecham się szerzej.  

I tak już byłem w dobrym humorze, a teraz jest jeszcze lepszy. 

YOU SHOULD HAVE SEEN ME 

Pociągam sporego łyka, płyn pali w gardle. Rozsiadam się wygodniej, odprężam. Biorę głęboki wdech, czując jak płuca się rozszerzają. Stres z ostatnich tygodni zdaje się puszczać. Przestaję nerwowo ściskać różdżkę, więc nie muszę już co chwilę ugaszać palcami tlących się serwetek. 

– Zdrowie, Malfoy. – Nott uderza swoim kubkiem o mój. – Powodzenia z tą twoją misją, cokolwiek nią jest. 

– Może byś wreszcie przestał być taki tajemniczy, co? – Zabini łypie na mnie znad talerza, nachylając się konspiracyjnie. – Moglibyśmy się przydać. 

Parskam przez nos, unosząc kubek do ust. 

– Wiecie, że nie mogę nic zdradzić – rzucam nonszalancko, prostując poły szaty. – Zresztą i tak nie moglibyście pomóc. To coś, co tylko ja mogę 

…naprawić.  

– Tak, wciąż chełpisz się, że on wybrał cię osobiście, ale – Zabini mruży oczy, zerkając dookoła na najbliżej siedzących może to kolejne czcze przechwałki? Przyzwyczaiłeś nas do nich. 

Zgrzytam zębami na te insynuacje. 

– Uważaj, co wygadujesz, Blaise – syczę na niego, mrużąc oczy. – Możesz tego pożałować. 

– Grozisz mi, Malfoy? 

– Nie. – Uśmiecham się cynicznie. – Ale Czarny Pan ma uszy wszędzie. A może w to wątpisz? 

Tym razem Blaise milczy, zaciska mocniej usta, przyglądając mi się w skupieniu. Siedzący w pobliżu Ślizgoni też milkną, przenosząc między nami spojrzenia. Opuszcza mnie strach. Teraz, gdy mam za sobą potęgę Tego, Którego Boją się Wszyscy, sam mogę stać się kimś, kogo należy się obawiać.

– Jeśli marzysz o misji, dla której będziesz mógł ryzykować życiem, może Czarny Pan cię wysłucha. Może wystarczy, że poprosisz… 

Patrzę w czarne oczy Blaise’a. Czekam, lecz on milczy. 

– Jednak nie? – wykrzywiam wargi w drwiącym uśmiechu. – Myślałeś, że chwała nie ma ceny?  

IN MY GLORY 

Prycham kpiąco, gdy Zabini tylko zaciska dłonie w pięści i wychylam do końca whisky. Nott odbiera pod stołem wracającą butelkę i gestem nakłania, żebym podstawił kubek. 

– Może już wystarczy, hm? 

Wzdrygam się, czując ucisk na ramieniu. 

– Nie dotykaj mnie, Parkinson – syczę wściekle, strącając jej dłoń wzruszeniem ramienia. – Kto ci w ogóle pozwolił usiąść obok mnie? 

Rzucam wściekłe spojrzenie Set, która powinna siedzieć u mojego boku, ale ona nie patrzy na mnie 

Zwykle nie umie długo się na mnie gniewać, ale tym razem się uparła i obraziła na dobre. 

– Och, nie wiedziałam, że teraz trzeba się starać o specjalne pozwolenie! 

No i trudno. Pociągam z kubka, nie odrywając wzroku od Sethy. 

Przecież – Pansy też na nią zerka – to mnie zabrałeś na bal. W czwartej klasie. Pamiętasz? 

Jakby to miało jakieś znaczenie. Jakbym najpierw nie próbował zaprosić jej 

– Nie wyobrażaj sobie, że tylko dlatego muszę teraz wziąć z tobą ślub – rzucam pogardliwie, kątem oka dostrzegając, że Pansy oblewa się rumieńcem. 

No nie wierzę. Czy właśnie wyobraziła sobie… 

Idiotka. 

– Masz rację, Draco. Przepraszam. Nie powinnam cię upominać i 

Nie słucham jej. Wstaję, dopijam resztę i odstawiam na ławę pusty kubek. Powoli okrążam stół Ślizgonów, odpowiadając lekkimi, nie sięgającymi oczu uśmieszkami na liczne pozdrowienia. Alkohol w mojej krwi napełnia mnie pewnością siebie. Większą niż zwykle.  

IN MY GLORY 

Zatrzymuję się za plecami Sethy. 

– Jeszcze ci nie przeszło, Yaxley? – pytam, nachylając się do niej, a ona odsuwa głowę. 

– Piłeś?! – syczy na mnie, rzucając mi karcące spojrzenie. – Całkiem na głowę upadłeś, Malfoy? 

Zaśmiewam się, luzując krawat. 

– Spadaj – przeganiam jakąś piątoklasistkę siedzącą obok i zajmuję jej miejsce. Nie przekładam nóg, siadam tyłem do stołu, rozpinając dwa guziki z koszuli. Zrobiło się jakoś ciepło. Zerkam ze złością na kominek, w którym huczy wesoły ogień. 

– To co – opieram łokcie o stół – pogadasz ze mną? 

– Nie w tym życiu. 

– Daj spokój, o co tak właściwie się wściekasz? 

Mój wzrok pada poprzez stół Ravenclawu i Hufflepuffu na stół Gryffindoru. Niemal na wprost mnie siedzi ten biedak Weasley, ta szlama Granger, a obok niej święty Potter i… Ten to się lubi otaczać śmieciami. Druga szlama. Zaraz Jak jej było? 

– Chodzi ci o Wilson? 

Zerkam na Sethy w porę, by zobaczyć, że drgnęła. Śmieję się drwiąco. 

– Daj spokój! Serio? Nie odzywasz się do mnie przez jakąś szlamę?  

Waż na słowa, ostrzegam cię. 

Dlaczego jej bronisz?! – warczę, odwracają się do Set. – Dlaczego pozwalasz jej się do siebie odzywać?! – Chwytam ją za ramię. Mocno. – Dlaczego się nie szanujesz 

Set nie próbuje się wyrywać. Rzuca mi twarde spojrzenie. 

– A dlaczego ty pierdolisz jak potłuczony? – Mruży oczy, wpatrując się we mnie gniewnie. Chciałabym wierzyć, że to tylko whisky przez ciebie przemawia, ale tyle razy słyszałam, jak mówisz w tym stylu… – Set odwraca się w moją stronę, więc muszę ją puścić. – Co z tobą nie tak? – Jej złote oczy zawzięcie badają moje, jakby chciały odczytać moją duszę i poznać odpowiedź. – Co zawinili ci, którzy nie urodzili się czystej krwi? Co zrobili tobie, że tak ich nienawidzisz? 

Przez kilka sekund tylko wpatruję się w te oczy i wydaje się, że nie złożę sensownego zdania. 

To nie jest nienawiść – mówię w końcu. 

– No to pogarda, wszystko jedno. Nie zasługują na to. 

– Nie? Prycham ze złością. – Są żałośni. Myślą, że mogą być tacy jak ty czy ja. – Nachylam się ku niej. – Że coś im się należy. A tak nie jest. 

Płynnym ruchem nadgarstka wyciągam różdżkę i kieruję ją w stronę stołu Gryfonów. Puchar, po który właśnie sięga Wilson, podrywa się w powietrze, dryfuje ponad stołami i wpada w moją dłoń. 

– Nie zasługują na to co my.  

Patrzę przez Salę, jak Potter podrywa się z miejsca, ale Wilson usadza go z powrotem i patrzy wprost na mnie. Jakby miała do tego prawo. 

Moje nozdrza się rozszerzają, gdy obserwuję, jak wstaje, obchodzi stół Gryfonów i idzie w naszą stronę. Kiedy zatrzymuje się przede mną, wykrzywiam się, kręcąc głową. 

– Pożyczyłeś sobie coś ode mnie, Draco? – pyta niewinnie, nachylając się, opiera ręce o uda, a ja śmieję się kpiąco. Kątem oka dostrzegam, że Set rzuca jej ostrzegawcze spojrzenie. 

Nie należy ci się nic tutaj, więc niczego nie pożyczyłem, bo to nie twoje – mówię, nawet na nią nie patrząc.  

Podnoszę puchar wyżej i czuję woń whisky. No proszę. Czyżby odwaga Gryfonów predysponowała ich do ślizgońskich sztuczek? Uśmiecham się kpiąco i pociągam łyk. Gryfonka uśmiecha się do mnie. 

– To miłe, że nie brzydzisz się po takiej szlamie jak ja. 

Rozszerzam oczy i krztuszę się, gdy dociera do mnie słuszność tego, co mówi. Wylewam na siebie resztę whisky, wzbudzając ogólną wesołość przy naszym stole, którą gaszę szybko, rozglądając się wściekle po twarzach Ślizgonów, podczas gdy Wilson rzuca mi triumfalny uśmiech i odchodzi. 

Wyciągam różdżkę i celuję w jej plecy. 

– Nawet, kurwa, nie próbuj… 

Set chwyta za moją różdżkę, zmuszając, żebym ją opuścił.  

Patrzę na nią ze złością. Ale pozwalam, żeby kierowała moją ręką. Zgrzytając zębami. 

Odwracam wzrok, wbijając go w plecy szlamy, a gdy siada i po chwili przy stole Gryfonów rozlega się wybuchy śmiechu, przysięgam sobie, że szlama mi za to zapłaci. 

Jeszcze dzisiaj. 

Zrywam się z miejsca i wściekłym krokiem opuszczam Wielką Salę. 

 

Całą drogę słyszę za sobą kroki, ale nie oglądam się za siebie, nie sprawdzam kto idzie za mną. Wiem to. Mimo wszystko robię wszystko, żeby ją zgubić i w końcu mi się udaje. Zachodzę do kuchni, żądając od skrzatów butelki whisky. Nie chcą się zgodzić, nawet gdy straszę ich ojcem. Kładą po sobie uszy i zasłaniają się rękami, kiedy celuję w nich różdżką, ale nic poza tym. W końcu odpuszczam i sam znajduję butelkę brandy. Zadowala mnie to znalezisko, więc wychodzę i wracam do pokoju wspólnego. 

Set już tam na mnie czeka. 

Odrywam butelkę od ust, ocieram je dłonią. Sethy rozkłada ramiona i kręci głową z niedowierzaniem. 

– Co w ciebie dzisiaj wstąpiło?! 

Przez chwilę się waham, a potem ruszam w jej stronę pewnym krokiem. Mogę jej pokazać co. 

I zrobię to. 

IN MY CUPS I WAS ON FIRE


II 

 

Włókno z serca smoka 

 

 

– Co w ciebie dzisiaj wstąpiło?! 

Nie poznaję go. Jakby coś tego wieczoru w nim pękło. Nie żebym do tej pory nie widziała, jak mu odbija, bo powinnam dostać order za znoszenie jego humorów, fochów i posranych pomysłów, zwłaszcza że przynajmniej od połowy z nich go odwiodłam. Co nie było aż takie trudne, bo wystarczyło tylko się o nich dowiedzieć i publicznie je wyśmiać. A gdyby płacili za każdą skargę, którą złożył ojcu, Ślizgoni spaliby pod kołdrami wypchanymi forsą 

Ale dzisiajNie wiem, co zamierza, choć zwykle nietrudno go przeczytać. Mam złe przeczucia. Kiedy nagle rusza w moją stronę, odejmując od ust butelkę, przechodzi mnie dreszcz. Nie boję się, mimo że pewno należy bać się synów śmierciożerców z zasady. Jednak kiedy zatrzymuje się tuż przede mną, to nie strach wypełnia moje serce. 

OH, WE'RE SITTING HERE ALONE 
YOU'RE GETTING KINDA CLOSE 

– Dzisiaj? – powtarza po mnie, śmiejąc się gorzko. – A to nie tak, że od zawsze coś było ze mną nie tak? 

I jak tu się z nim nie zgodzić? 

Ale dzisiaj tak jakby bardziej, co?   

Marszczę brwi, z przyganą zerkając na butelkę w jego ręce 

– Nie masz już dość, Draco? 

Wracam spojrzeniem na jego twarz, a pytanie wybrzmiewa jakoś o wiele głębiej. Szare oczy wydają się bardziej szkliste. Patrzą ze skupieniem, jak wykrzywiam usta w pełnym dezaprobaty grymasie. 

– Cholernie – odpowiada chrapliwie, oblizując spierzchnięte usta. – Nie masz pojęcia, jak bardzo… 

ONE TOUCH I KNOW THE SPARK WILL IGNITE 

Granica. Słowo, które mi umykało, by opisać ten wieczór. Zdaję się, że Draco właśnie do niej dotarł i od tej pory wszystko może potoczyć się różnie. Albo mnie udusi albo pocałuje. Jest pod ścianą, dłużej nie może być bierny, musi to z siebie wyrzucić, inaczej pęknie. Cokolwiek wybierze, wolałabym, żeby się pospieszył, bo zaczynam się stresować. 

Przysuwa się bliżej, nie odrywając wzroku od moich ust. A może szyi? Duszenie wciąż wchodzi w grę. Kiedy się nachyla, otula mnie szczelniej dymny, drzewny zapach whisky i czegoś jeszcze, czegoś luksusowego. Skórzanego, metalicznego.  

Czuję coś jeszcze. Zaciągam się, ściągając brwi. Czy to nie marcepan? Te czekoladki, które podjada nocami? Jego jedyna słabość? 

Mam ochotę sprawdzić, czy właśnie tak smakują usta Dracona. 

Chyba też się przysuwam. Chyba wspinam na palce. Przez ostatnie wakacje zrobiło się między nami jeszcze więcej centymetrów różnicy. Zaciskam dłonie na  jego koszuli. Pewno przez wypity alkohol, zamiast zwykłego, codziennego chłodu bije od niego gorąco. Jego oddech omiata moją twarz. Ciepły, niecierpliwy. 

– Co my robimy, Draco? – pytam szeptem, niemal zawadzając o jego wargi. 

Dobrze wiesz, Set – warczy, odstawiając butelkę na stolik obok; uwolniona dłoń przesuwa się na moje lędźwie. – Zawsze wszystko wiesz lepiej, nieważne, co powiem. 

OH, WE'RE LOSING SELF-CONTROL 
DON'T ACT LIKE YOU DON'T KNOW 

Zdaję się, że zbieram, co zasiałam.  

Wychodzi na to, że nie mam nic przeciwko. Nie kiedy okazuje się, że Draco naprawdę smakuje marcepanem. I whisky. Nie wiem, ile wypił, ale jej opary upajają. A może to po prostu on. Zawsze na dystans, zawsze zimny… Dzisiaj jak ogień.  

Jego dotyk parzy, gdy zaciska dłoń na moim biodrze, steruje, kierując w stronę kanapy przed kominkiem. Jego ruchy są tak pewne, jakby od dawna wiedział, czego chce, jakby i na mnie miał plan. O którym nie wiedziałam, choć czułam, że coś wisi w powietrzu. Od dawna. W zasadzie… Od samego początku. Centaury powiedziałyby, że to układ planet. Coś, co od dawna zapisano na niebie.  

Coś, co prędzej czy później nas pogrąży. 

Będziesz tego żałować, Sethy.  

Jego głos jeszcze nigdy nie brzmiał tak zmysłowo jak teraz, gdy wplótł dłoń w moje włosy, chwytając za nie, by zmusić mnie, żebym się wygięła, by mógł przesunąć ustami po mojej szyi. 

Pewno tak… – odmrukuję, choć niewiele mnie to w tym momencie obchodzi.  

Patrzę spod półprzymkniętych powiek na zawsze nienagannie ułożone srebrno-blond włosy, teraz rozsypane w nieładzie, zwykle zimne, szare oczy, teraz rozpalone. 

'CAUSE FEELINGS DON'T LIE 

– Więcej tego nie rób – szepcze w moje ucho, przez co słyszę jego głos jakby bezpośrednio w głowie. – Nie sprzeciwiaj mi się w obecności innych. Zwłaszcza Gryfonów. 

Chcę parsknąć szyderczo, ale czuję jego zęby zaciskające się na moim uchu, więc udaje mi się tylko syknąć w odpowiedzi. 

– Jeśli przestanę ci się sprzeciwiać, to nie zostanie już nikt, komu starczyłoby na to odwagi. 

– Może o to chodzi. 

– Ktoś musi cię czasem przynajmniej próbować powstrzymać. 

Myślisz, że ci się uda? Powstrzymać mnie? 

Draco napiera na mnie i lądujemy na kanapie. Brak tchu, krótki śmiech, jego nieznaczny uśmiech. Chwyta mój nadgarstek, gdy sięgam do jego twarzy, chcąc go dotknąć, zanurzyć dłoń w tych platynowych, opadających swobodnie włosach. Gdy on przygważdża moją rękę nad głową, wsuwam drugą dłoń pod czarno-zieloną szatę, niecierpliwie wyciągając ze spodni białą koszulę. Draco śmieje się cicho i radzi sobie z drugą moją dłonią. Teraz trzyma je obie w mocnym uścisku i wtedy… 

Drzwi pokoju wspólnego się otwierają. Odrywamy się od siebie, z jakiegoś powodu przerażeni. Słychać śmiechy i głośne przegadywania. Mamy kilka sekund, zanim ktoś pojawi się na krętych schodach wiodących z lochów do pokoju. Wykorzystujemy je, by od siebie odskoczyć i próbować doprowadzić się do porządku. 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz