Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

wtorek, 26 maja 2026

[213] dowajwo ~Miachar

  Drewniany domek nie chce mnie wypuścić, więc znoście to wraz ze mną (poprzednio te wnętrza w wyzwaniu 206 i 212).

– 도와줘 –

Czułem, jak pot spływa mi po karku i znika na skórze pod koszulą. Słyszałem bicie własnego serca – właściwie tłukło się ono o żebra niemiłosiernie, jakby groziła mi śmierć i ciało też chciało mnie zabić – a w ustach miałem całkowitą pustynię.

Ci, którzy mówili, że tuż przed śmiercią człowiek widzi całe swoje życie jak na przyspieszonym filmie, chyba nigdy tak właściwie nie stanęli z Kostuchą twarzą w twarz. Chętnie zamieniłbym się z nimi miejscem, może poczuliby to samo przerażenie co ja, kiedy pięść zupełnie obcego mi człowieka lądowała co rusz na którejś kończynie czy też głowie.

Wiedziałem, że nie dam rady walczyć, nigdy nie byłem typem gotowym do bójki, pozostało mi jedynie zniwelować wpływ tych ciosów. Trzymałem ręce wysoko, by chronić twarz, a zwłaszcza oczy – od zawsze czułem, że wzrok to zmysł, bez którego najszybciej bym zwariował – i modliłem się, choć byłem niewierzący, by ta udręka wreszcie się skończyła. Z jakimś skutkiem, ale niech dotrze do końca.

Mężczyzna bił, nic nie mówiąc, wydając tylko dźwięki kogoś wykonującego pewnego rodzaju wysiłek fizyczny. Poza nami na tej jakże pięknej uliczce, która od zawsze mi się podobała, nikogo nie było. Z jakiegoś powodu to mnie wybrał sobie na cel, na swój żywy worek treningowy, jakby zupełnie nie zważał, że ma do czynienia z drugim człowiekiem. Bił i bił, a ja jedynie pragnąłem końca. Jakiegokolwiek. 

Ku mojej uldze musiał nastać moment, kiedy typ zdołał uzmysłowić sobie, co takiego właściwie robi, w jednej chwili po prostu przestał. Ciosy przestały na mnie spadać, czułem jedynie potworny ból i płynącą krew z tych ran, które jej to umożliwiły. Poza szumem w uszach świadczącym o tym, że jeszcze nie odebrano mi ostatniego tchnienia, doszedł mnie jeszcze inny dźwięk – jednostajnie powtarzający się w mojej zbolałej głowie. W rzeczywistości to mogły być oddalające się kroki mojego oprawcy, ale dla mnie ten rumor się nie kończył.

Nie umiałem ocenić, ile to trwa, dlaczego mnie się przytrafiło, dlaczego… Och, dlaczego los nie może pozwolić mi po prostu sobie być? Przecież ja nikomu nie wadziłem, za co to wszystko?

Próbowałem się zaśmiać w reakcji na moje fatalne położenie, ale nawet śmiech nie był mi dany, całe ciało bolało tak, że zakładałem obicie płuc, połamane żebra i sekundy od zgonu.

– Pomocy… – jedno słowo zdołało przedrzeć się przez krtań i zęby, ale nic to, nikt nie zdołał mnie usłyszeć.

Robiłem, co jeszcze było w mojej mocy, byle tylko dotrzeć gdzieś, gdzie będę bezpieczny, gdzie łapy tego typa nie dopadną mnie ponownie tylko dlatego, że zmienił zdanie i chce mnie wykończyć na całego, dokończyć dzieła, które zaczął, a które jeszcze w pełni nie spłynęło krwią. Bolało mnie wszystko, nawet zęby, sądziłem, że może nawet jakieś podczas tej napaści straciłem – to byłby mały plus, jeden z nich nie musiałby już być wyrwany na fotelu u dentysty – i że ruszam się już tylko siłą umysłu, a w rzeczywistości moje ciało jest jednym wielkim stłuczonym do granic naczyniem. 

Udało mi się doczołgać pod próg jakiegoś drewnianego domu. Kojarzyłem go ze spacerów, kiedy to zachodziłem w te uroczą część miasta, która najbardziej w porze letnich wakacji przyciągała do siebie turystów. Wąskie ścieżki, przytulne małe kawiarenki, człowiek czuł się, jakby obcował z dawnymi, minionymi czasami tego miejsca, trwającego mimo wielu zawieruch, burz i wojen. Dla mnie było w tej okolicy coś magicznego, szkoda, że akurat tutaj przyszło mi tak mocno – i to dosłownie – oberwać. Spróbowałem nieco się podnieść, by usiąść na tym stopniu, kiedy to z trudem mi się udało, oparłem się o ścianę, a nad moją głową zapaliła się lampa, jakby ktoś mnie dostrzegł i chciał sprawdzić, jak się mam.

Do oczu napłynęły mi łzy. Jeżeli za chwilę pojawi się jakiś człowiek, uznam, że jeszcze jest w tym świecie szansa na znalezienie dobra w ludziach. 

Fatycznie, ciężkie drzwi otworzyły się, a ja zmrużyłem oczy, bo sięgnęło do nich światło zza postaci, która wyszła mi na spotkanie. Ze środka domu dobiegał też przyjemny zapach, jakby ktoś upiekł ciasto drożdżowe. Poczułem ciepło osiadające na mojej skórze, zapragnąłem wejść, by się ogrzać i stwierdzić, że jeszcze żyję i nadal może mnie spotkać cos przyjemnego.

– Och, a co to się panu stało? 

Nie spostrzegłem, że się ku mnie nachylił, po prostu w jednej sekundzie coś się zbliżyło, a ja poczułem również ciepło płynące od drugiego człowieka. Spróbowałem przełknąć ślinę i wykrztusiłem z siebie:

Ratunku… 

Było to tak ciche, że założyłem, że mnie nie usłyszał. Opadałem z sił, marzyło mi się zasnąć i wreszcie odpocząć mimo bólu. Ale przy tym nie chciałem odpływać, wciąż tkwiąc na tym progu, kiedy na wyciągnięcie ręki miałem przyjemne ciepło. 

Chyba nawet nie w pełni świadomy wyciągnąłem przed siebie kończynę, a mężczyzna ujął mnie za rękę.

– No już, już, pomogę panu, przyda się nieco zająć tymi wszystkimi ranami. Nieźle pan oberwał, prawda?

Brzmiał jak ktoś zdający sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie wciągnął mnie na siłę do środka, a zaoferował własną rękę, bym mógł się na niej oprzeć. Skupiłem się i ostatkiem sił podniosłem, by pokonać ten niewielki dla innych, ale naprawdę olbrzymi dla mnie odcinek i znaleźć się we wnętrzu drewnianego domku. A ten zdawał się głęboko wciągać powietrze, zaskoczony moja obecnością.

– Proszę sobie usiąść, gdzie panu wygodnie: czy na poduszkach, na krześle, na podłodze, ja zaraz wrócę, tylko zrobię herbatę i przyniosę apteczkę. Przy kominku też jest miejsce. Proszę sobie odpocząć, tutaj jest pan bezpieczny.

Człowiek marzy o bezpieczeństwie, ale czy powinienem w pełni zaufać słowom zupełnie obcego dla mnie człowieka? Okej, zachował się wobec mnie całkiem w porządku, ale jaką mogłem mieć pewność, że pod tą fasadą nie kryje się największy potwór, z jakim przyszłoby mi się mierzyć?

Dziwne, że takie rozważania dopadły mnie, kiedy postanowiłem wyłożyć się jak długi na podłodze – czyżby tu było zamontowane ogrzewanie podłogowe?! – i po prostu zapatrzeć na drewniane krokwie nad sobą. Nie był to jakoś zadziwiający i nowy dla mnie widok, ale było w nim coś kojącego nerwy. Tak samo jak i ciepło dawało mi komfort. Może nie uśmierzało bólu, ale mogłem poczuć, że nadal żyję, w dość spokojnych warunkach, nie pełen strachu i przekonania, że za moment wyzionę ducha.

Nie byłem w stanie określić, ile czasu minęło, zanim starszy mężczyzna zjawił się obok i szturchnął mnie nogą, bym zmienił pozycję na taką pozwalającą mnie opatrzeć. Poruszyłem się niechętnie, teraz już całkiem zmęczony i nieco senny. Staruszek poza apteczką trzymał też w dłoni kubek z herbatą, który wyciągnął w moją stronę. Chciałem go przejąć, naprawdę, ale zdawało mi się, że nie mam sił na nic więcej poza oddychaniem i mruganiem. W takim wypadku pozostało mu odłożyć naczynie na półkę najbliższego regału i pochylenie się nad moją twarzą, by zetrzeć mi z niej krew i przekonać się, jak bardzo ucierpiałem i że nie ma we mnie już za wiele z przystojniaka, którym byłem, zanim tego wieczoru wyszedłem na spacer. 

– Ale pana sponiewierało – zauważył, po czym zamilkł, by zająć się opatrunkiem.

Ja też się nie wydobyłem z siebie słowa, przymknąłem za to oczy i starałem się nie oddalić za bardzo w krainę Morfeusza, bo nie byłem pewien, jak zadziała na mnie zapadnięcie w sen. Starałem się skupić na byciu opatrywanym, na wsłuchaniu się w ciało i znalezienie wszystkich miejsc, w których mnie bolało. A że oberwałem solidnie, prawie cały byłem bólem.

Nieznajomy obchodził się ze mną bardzo delikatnie, ciepło domu też podnosiło mnie na duchu. W tych okolicznościach miałem sposobność pomyśleć o tym, co się wydarzyło, i poczuć przepełniający mnie gniew, że właśnie ja musiałem stać się ofiarą tamtego mężczyzny. Niczym mu nie zawiniłem, przypadkiem stanąłem na jego drodze i zostałem tak potraktowany.

– Nie opłaca się być dobrym – odezwałem się, nie do końca pojmując, że właśnie wydobywam z siebie głos.

– Skąd taki wniosek? – zapytał starszy mężczyzna, przyklejając mi w tym samym czasie plaster na czole.

– Bo staram się czynić dobrze innym ludziom, pomagam sąsiadkom z zakupami, przepuszczam pieszych na pasach nawet na obrzeżach miasta, nie obgaduję nikogo głośno, nie kradnę, nie naruszam w żaden sposób prawa, a mimo to sam pan widzi, co mi z tego przyszło. To, że dobro wraca, to jakaś wyssana z palca bzdura. Gdyby tak było, nie oberwałbym do tego stopnia i nie czułbym takiego przerażenia jak dzisiaj. – Skrzywiłem się, kiedy staruszek przeszedł do czyszczenia rany na policzku. – Zamiast wciąż się bać, powinienem stać się kimś, kogo boją się inni.

Nim zdążyłem to zauważyć, na potylicy wylądowała czyjaś otwarta dłoń, a ja poczułem ból. Kolejny już tego wieczoru, żadna nowość, chyba powinienem przywyknąć do takiego traktowania.

– Aua – wydobyłem z siebie i spojrzałem na starszego mężczyznę za moimi plecami. – Za co to było?

Przypomniała mi się podobna scena z „Króla Lwa”, ale ja nie miałem w sobie charyzmy księcia, a mieszkaniec tej dziwnej chatki nie wyglądał na gibkiego niczym pawian, nie poruszał się też z pomocą laski, choć na moje oko to jakaś by mu się przydała. 

– Za gadanie takich głupot. Co panu przyjdzie z tego, że inni będą się pana bali? Przez to będę zakładali maski i grali przed panem, byle się panu przypodobać. Nie lepiej być po prostu sobą?

Otarłem dłonią drugi policzek, z którego już nie leciała krew, za to rana zaczynała mnie porządnie piec. To cięcie może nie wyrządziło mi wielkiej krzywdy, ale co, jeśli powstanie brzydka blizna i oszpeci moje lico i wymalowane na nim przez naturę piegi? Wyglądało na to, że twarz mam z każdej strony poobijaną, a gojenie się może nieco zająć, zmieniając mnie w pewien sposób nie do poznania.

Nie, to myślenie do mnie nie pasowało. Nie byłem kimś zwracającym zbytnią uwagę na własny wygląd, wystarczyło mi mieć jako tako ogarnięte włosy, czyste i wygodne ubrania, dobre buty i tyle. Byłem prostym człowiekiem, co więc sprawiło, że to właśnie mnie tamten osiłek wybrał sobie na cel? Czym mu zaszkodziłem?

– To dlaczego tamten gość może być zły i bić sobie innych ludzi na ulicy? Dlaczego może chodzić i budzić postrach? Co takiego ma, jakie prawo mu przysługuje, że robi takie rzeczy? Czy to sprawiedliwe!

  W podobnych okolicznościach podniósłbym głos, ale obecnie czułem się tak poobijany, obcy we własnym ciele, że mój głos niewiele dzieliło od tego, by przeszedł w szept. 

– Młodzieńcze, chyba musisz uzmysłowić sobie wreszcie, że każdemu z nas pisany jest inny los. Tamten gorzej, jak sam go określiłeś – mężczyzna porzucił nazywanie mnie per pan –  został najwidoczniej powołany do tego, by budzić strach, ale za te czyny zawsze może spotkać go kara. Ty za to zostałeś stworzony, by dotrzeć w to miejsce i, jak podejrzewam, mnie zastąpić. Prawda?

Pytania na końcu nie zaadresował do mnie, widziałem bowiem, jak unosi głowę i zaczyna rozglądać się po wnętrzu, jakby szukał potwierdzenia w bycie, którego ja sam nie byłem jeszcze w stanie dostrzec.

I znowu objął mnie strach, kiedy zauważyłem, jak włączone światła zaczynają mrugać, a nieopodal drzwi wejściowych ze stojaka wypada jeden z parasoli. Wyglądało to, jakby ktoś go z niego wyciągnął, a potem specjalnie upuścił. A przecież poza mną i starcem nie było tu nikogo. 

Przełknąłem ślinę. W ustach nadal miałem pustynię, herbata, którą naszykował mi mężczyzna, wydawała się być teraz największą nagrodą za to, przez co musiałem przejść.

– Przepraszam, może mi pan podać kubek? – zapytałem cicho, na moment odsuwając od nas temat bycia dobrym, staruszek pokazał tylko, że takim jest właśnie człowiekiem.

– Proszę wypić wszystko, przygotuję jeszcze jedną, świeżą. A propozycja jest jak najbardziej prawdziwa i aktualna. Możesz sobie tutaj spocząć.

– Znaczy się… tak na wieki?

Nie byłem do końca pewien, jak bardzo pokiereszował mnie mój oprawca, ale chyba zdołał uszkodzić mi mózg, skoro plotłem takie głupoty. 

Starzec jedynie westchnął cicho, po czym podał i kubek i odszedł, człapiąc swoimi kapciami. Przez moment patrzyłem za nim, starając się wrócić ze sobą do ładu, znowu zachowywać się jak myśląca istota. Nieco utrudniał mi to wciąż odczuwalny ból, ale nie poddawałem mu się – jeżeli bolało, znaczyło, że nadal żyję, prawda? 

Pijąc powoli małymi łykami, starałem się pojąć, co powinienem teraz zrobić. Słowa starca nie brzmiały na próbę oszustwa, ale co niby mogłem wiedzieć? Byłem w tym dziwnym domku ile? Może z kilkadziesiąt minut, z mężczyzną zamieniłem raptem kilka zdań. To, że było mi tu dobrze i czułem się bezpieczny, zaopiekowany, nie musiało świadczyć, że tak będzie każdego jednego dnia, jak tu zajdę. 

Pogrążyłem się w rozmyślaniach do tego stopnia, że nie zwróciłem większej uwagi na powrót mężczyzny. Zdołałem wypić całą herbatę, wiec podsunął mi drugi parujący kubek, jakby ten napój miał wyleczyć wszystkie moje rany. Może czułem się ogrzany i podniesiony nie tylko na duchu, ale i z nowymi siłami, ale to nie oznaczało, że po wyjściu stąd na nowo nie stanę się prawie trupem.

Starszy pan przyglądał mi się, kiedy powoli piłem kolejną herbatę, po czym wrócił do tego, o czym wspomniał wcześniej. 

– Zamieszkaj w pokoju nad księgarnią, stoi pusty, a kiedy odejdę, przejmij tu stery. Co ty na to?

Patrzyłem na niego ze swojego miejsca na podłodze i niewiele rozumiałem z tego, o czym mówił. Mój mózg ledwie co przyswajał informacje, miałem ochotę wyć z bólu, jak i prosić, by ktoś zakończył moją agonię. Byłem pewien, że niewiele dzieli mnie od śmierci, a on tu niby proponował mi zmianę w życiu i co? Pracę, wikt, opierunek? Tutaj, w tym dziwnym domku, który nagle zaczął rozbłyskał wszystkimi światłami, jakie miał w swoim wnętrzu?

– Co… Co takiego miałbym tu robić?

– Sprzedawać książki, przyjmować stare do antykwariatu, parzyć klientom kawę lub herbatę, czasami prowadzić spotkanie klubu czytelnika. Nieco pracy tu jest, ale proszę się nie martwić, tym, których dom wybiera, jest zwykle bardzo przychylny i skłonny współpracować.

– Dom? Dom ma tutaj aż takie znaczenie? – dopytałem, a w piersi rósł mi głuchy śmiech. – Przecież bliżej mu do drewnianej chatki nadającej się do lasu niż do domu z czystego zdarzenia. 

Chyba powiedziałem coś nie tak, bo jakaś niewidzialna siła – na pewno zdenerwowana – sprawiła, ze z regału obok mnie spadła książka i wylądowała raptem kilka centymetrów od jednej z moich nóg. Przełknąłem ślinę. Powinienem mieć się na baczności, by nie skończyć gorzej niż po tym pobiciu. 

– Przepraszam – wydukałem. – Jeżeli domowi nie będzie to przeszkadzać, to mogę spróbować, co mi szkodzi.

Nie miałem zbyt wielkiego celu w życiu poza zwykłą, spokojną egzystencją. Jeśli to miejsce mogło mi ją zapewnić, dlaczego miałbym odrzucać tę propozycję?

Staruszek uśmiechnął się w odpowiedzi.

– Wspaniale. Dzisiaj odpocznij sobie tutaj, na dole – tam w rogu jest kanapa, powinieneś się na niej zmieścić – a od jutra zaczniemy twoje przygotowanie do roli zarządcy.

– Zarządcy? To nie będę zwykłym pracownikiem antykwariatu?

Kolejny uśmiech, tym razem o wiele bardziej tajemniczy.

– Nie, twoja praca tutaj będzie miała o wiele większy wymiar. Sam się przekonasz. A teraz pij herbatę, bo ci wystygnie.

Posłuchałem go, pozostając nieco oszołomiony tym, co wydarzyło się tego wieczoru. Pobicie i otarcie się o śmierć to jedno, ale znalezienie się w tym dziwnym miejscu z tym starcem to zupełnie coś innego. Jak bajka, do której wejść mogłem jedynie z duszą na ramieniu. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz