2020
– Gobelin? Chodziło tylko o ten przeklęty kawałek śmierdzącego, zjedzonego przez mole…
– Zdaje mi się, czy mówisz o rodowych pamiątkach mojej rodziny, Sethio?
Wzdrygam się na dźwięk jego głosu, wykrzywiam, słysząc, że zwraca się do niej pełnym imieniem. I dlaczego, u diabła, wchodzi do jej gabinetu bez pukania?
– Miałeś na mnie czekać, Potter – rzucam ze złością, podnosząc na niego wzrok. – Jeszcze nie skończyliśmy.
Harry unosi brwi, zerkając na mnie z góry.
– Wybacz, Draco, że nie wypełniłem twojego polecenia, ale sprawdziłem i w mojej umowie nie ma ani słowa o tym, że należy to do moich obowiązków. Z tego co wiem, to nie Malfoyowie wypłacają mi pensję. – Rzuca mi karcące spojrzenie zza szkieł tych swoich tandetnych okularów. – Poza tym, my – wskazuje na siebie i Set – też nie skończyliśmy, kiedy nam przerwałeś, więc muszę cię przeprosić.
– W końcu – prycham tylko, nie podnosząc się z miejsca. Opieram łokieć o oparcie, a policzek na pięści i łypię na niego złowrogo. – Poza tym, niczego wam nie przerwałem – rzucam pospieszne spojrzenie na Set, która w podobnej pozycji i ze znudzonym wyrazem twarzy, przenosi wzrok ze mnie na Pottera – Sethia właśnie wychodziła. Prawda? – szukam u niej potwierdzenia, lecz ona kręci z rezygnacją głową.
– Tak jak ty teraz, Malfoy. – Przegania mnie poniżającym gestem dłoni. – Uciekaj. Jak chcesz jeszcze pogawędzić to kończę o siedemnastej…
– Nie dzisiaj – wchodzi jej w słowo Harry. – Czekają nas nadgodziny.
– No to jutro…
– Jutro cię tu nie będzie. Wyjeżdżasz w delegację, pamiętasz? Właśnie to ustalaliśmy, kiedy…
Czuję na sobie pełen wyrzutu wzrok Wybrańca.
– Dobrze, już sobie idę – warczę, wstając z krzesła i unosząc ręce.
– Delegacja? Tak to teraz nazywasz? – oburza się Set.
– A jak mam to nazwać? Misją samobójczą?!
Zamierzam coś jeszcze powiedzieć, ale tych dwoje pochłania kłótnia. Przestają na mnie zwracać uwagę, natomiast mnie coraz bardziej zastanawia, o co się kłócą i… sposób, w jaki to robią.
JUST SAY HE'S REALLY NOT ME NOW IS HE?
– Zabawne, że dopiero teraz się na nią zgadasz! Bo co, zobaczyłeś Malfoya i boisz się, że mogłabym umówić się z nim po pracy na kawę?!
Słysząc swoje nazwisko, opieram się o framugę drzwi przy wejściu, zakładając ręce na ramiona.
– Tak, będzie to mimo wszystko bardziej bezpieczne!
– Jesteś uprzedzony!
– A ty naiwna! Jeśli myślisz… – Harry kładzie dłoń na jej ramieniu, jakby zamierzał nią potrząsnąć i zerka na drzwi. Zamiera, widząc, że w nich stoję. – Draco. Myślałem, że już wyszedłeś.
Mrużę oczy, nie będąc pewien, jakiej sceny właśnie jestem świadkiem i czemu krew we mnie wrze. Ich relacja zdaje się bliższa niż w szkole. Ale co mnie to obchodzi? Sam się ożeniłem. Mam syna. A jednak wszystko czego chcę w tym momencie, to żeby Potter zabrał tę cholerną rękę.
– Czekam na ciebie – syczę zajadle, podnosząc wzrok na jego twarz. – Musimy pogadać. A ty – zwracam się do Set, podchodząc do biurka i opieram na nim ręce, po drodze niemal taranując Pottera, który wreszcie się odsuwa, żeby tego uniknąć – czekaj na mnie o piątej pod fontanną magicznego braterstwa. – Prostuję się, żeby spojrzeć na Wybrańca. – W dzień przed służbowym wyjazdem Ministerstwo nie może żądać od pracowników nadgodzin – przypominam. – A teraz wychodzimy. – Chwytam go za ramię i wyprowadzam za drzwi.
– Tylko się nie pozabijajcie! – krzyczy za nami Set.
Cóż. Z tym będzie trudno. Ale nie zamierzam dać się wykończyć. Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia.
BUT GHOSTS CANNOT APOLOGISE
Wymijam Pottera w drzwiach, gdy tylko je otwiera.
– Dobrze, Draco, co cię do mnie sprowadza… – Wchodzi za biurko, ale nie siada, jedynie odkłada na blat różdżkę.
– Seria złych decyzji – odpowiadam gorzko, rzucając mu zmęczone spojrzenie, a on odwdzięcza się tym samym.
– Nawet nie wiesz, jak często to tutaj słyszę – wzdycha. – Jeśli jednak zechcesz doprecyzować...
– Grożono mi – przechodzę do rzeczy, zatrzymując się przed biurkiem. – Nie pozwolę, żeby grożono mojej rodzinie.
– Rozumiem… – Potter ściąga brwi i zdaje się ważyć kolejne słowa, nim je wypowie, ale jak zawsze brakuje mu ogłady. – A co ja mam do tego?
Całą siłą woli powstrzymuję się, żeby nie prychnąć.
Czy nie jest mi czegoś winien, po tym, jak wykańczał moją rodzinę? Albo po tym jak nadstawiłem dla niego karku w swoim domu, gdy zgrywał bohatera?
Oczywiście on tak tego nie widzi.
– W liście oprócz imienia mojego syna, pada też imię Albusa.
Dopiero teraz zyskuję jego pełną uwagę. Zatrzymuje się w pół-drogi, okrążając biurko i wpatruje we mnie, zszokowany.
– Ktoś grozi Albusowi i… wysyła te pogróżki tobie?
Wzdycham, przewracając oczami.
– Jak zwykle niczego nie pojmujesz, Potter.
Siadam w krześle przed jego biurkiem, on robi to samo z drugiej strony. Wyciągam z kieszeni marynarki gruby, złożony w pół pergamin i przesuwam go po blacie w jego stronę. Harry skupia się na liście.
– Komuś nie podoba się, że mój syn… i twój… trzymają się razem.
– Komu? Kto to ci to wysłał?
Zielone oczy podnoszą się na mnie znad pergaminu. Wzruszam ramionami.
– Pewno nie przychodziłbym do ciebie, gdybym to wiedział. Ale to już drugi taki list, a ja nie zamierzam czekać, aż ktoś skrzywdzi Scorpiusa tylko dlatego, że…
– …zadaje się z Potterem? – kończy Harry, znów odczytując treść pogróżek. – Też nie zamierzam bezczynnie patrzeć jak moje dziecko obrywa… za to samo.
Zaciskam szczęki.
– Musisz mi… – nie jestem w stanie wymówić słowa „pomoc”. Nie do niego. – Musimy ustalić, kto to wysyła. I czy realnie jest w stanie zagrozić chłopakom.
– Zgadzam się. – Kiwa głową, przesuwając dłonią po gładko ogolonej szczęce. – Czy to może być ktoś od was? To znaczy… – miesza się, rzucając pospieszne spojrzenie na moją twarz. – Chodziło mi o to…
– Wiem, o co ci chodziło, Potter – niemal wypluwam jego nazwisko, nasycając to słowo całą pogardą, na jaką mnie stać. – Nie sądzę, by któryś z popleczników Czarnego Pana wywinął się z…
– Serio, Draco? – Potter unosi brwi, patrząc na mnie w zdumieniu. – Po tylu latach… Nie jesteś w stanie wymówić jego imienia? Ty?
Boże daj mi siłę, bo dokonam dzisiaj woli Voldemorta.
Biorę kilka głębokich oddechów, przymykając oczy, zanim mu odpowiadam.
– Jak już mówiłem… Nie sądzę, by to ktoś z byłych śmierciożerców, ale… Nie tylko my zostaliśmy ułaskawieni. Nott, Zabini, Parkinson… Nasi rówieśnicy. Nikt nie myślał, żeby zamykać dzieciaki w Azkabanie.
Potter składa list i zdaje się rozmyślać nad tym, co powiedziałem.
– Podejrzewasz kogoś konkretnego?
Kręcę głową.
– Nie. W czasach szkolnych nie miałem wśród nich wrogów, przeciwnie… Ale może macie tu w Ministerstwie jakiegoś, nie wiem, grafologa, kogoś, kto przynajmniej wskaże kierunek, w którym powinniśmy…
Przerywa mi narastający raban, wydobywający się z blaszanego szybu po lewej stronie. Złota klapa się podnosi i wypada przez nią sowa, otrzepując brązowe piórka. Potter przejmuje od niej list, nawet na nią nie zerknąwszy, a ona wraca przez szyb.
– Przepraszam. Mówiłeś, że dobrze by było… – zerka na list, który odwiązał. – O nie. Nie, nie, nie.
Podnosi się, wciąż wpatrując w pergamin.
– Coś się… stało? Tobie też grożą?
– To ze szpitala.
– Ze szpitala?! Czy chłopcom coś się stało?!
– Nie… nie! – Dopiero teraz podnosi wzrok znad listu. – To od Wilson.
Odwracam głowę, czując ucisk w klatce piersiowej.
– Renee Wilson? – dopytuję tonem, który, mam nadzieję, nie zdradza żadnych emocji.
– Tak. – Potter rzuca mi podejrzliwe spojrzenie. – A co?
Wzruszam ramieniem, rozkładając rękę.
– Nic. Słyszałem, że ją wylałeś?
– Sama odeszła.
– I teraz pracuje w szpitalu. Pomogła… – odchrząkuję. – Pomogła Astorii jak umiała. Więc… Jeśli jest coś, co ja mógłbym zrobić…
FOR THE HEARTS THEY BROKE
Crucio.
Nasze spojrzenia się krzyżują.
– Dla szpitala. – Odkasłuję w zaciśniętą pięść. – Może mógłbym się jakoś… odwdzięczyć. Mam środki. I…
Postać przede mną wije się spazmatycznie. Nie podoba mi się to, napawa wstrętem. Ale ponawiam zaklęcie.
– Chciałbym przekazać fundusze dla Munga – wyrzucam z siebie, luzując kołnierzyk koszuli. – Mogę to zrobić zaraz.
– Nie ma takiej potrzeby. – Harry wstaje, ja też to robię. – To znaczy… Jeśli masz takie życzenie, oczywiście możesz to zrobić, ale teraz muszę wybrać się do Munga osobiście. A ty… Zdaję się, że kazałeś na siebie czekać Sethy. Jest – zerka na zegarek na ścianie – pięć po piątej. Chyba lepiej, żebyś…
Opuszczam jego gabinet nim kończy zdanie.
Nerwowo wciskam przycisk przywołujący windę. Trwa to zbyt długo. Kiedy docieram pod fontannę jestem spóźniony o…
– Dziesięć minut – wyrzuca mi Set, zakładając ręce na ramiona. – Myślisz, że nie mam co robić?
– Gdzie cię wysyłają? – pytam na wstępie, nie bawiąc się w kurtuazje.
Set rozkłada ręce.
– A co z kawą?
Wzdycham, rozglądając się na prawo i lewo.
– Nie wiem, czy to sprawy, które można omówić przy kawie.
Set kiwa smutno głową, nie patrząc na mnie. Mógłbym się łudzić, że powie: „To może przy ognistej whisky?”, ale wiem, że tego nie zrobi.
OH, IS IT MY HEART THAT'S STILL BROKE?
– Po co tak właściwie zawracasz mi głowę, co? – syczy gniewnie.
– Zaczekaj.
Powstrzymuję ją, widząc, że chce odejść.
– Odpowiedz – proszę, pozwalając, by zabrała rękę.
Seth unosi jedno ramię i robi minę, mrużąc oczy.
– Co by cię to miało obchodzić? – pyta, a szczerość w jej tonie jest dla mnie ciężka do zniesienia.
– Coś się święci, Set. Mam przeczucie, że… – Rozglądam się, a potem chwytam ją za łokieć, odciągając w cień fontanny. – Posłuchaj. Komuś chyba się nie podoba, że ja i Potter nie pozabijaliśmy się w czasach szkolnych. Ktoś… Wciąż są wśród nas zwolennicy czarnej magii. To może być pułapka. Nie możesz teraz ryzykować, udając się samotnie na…
– Nie będę sama. – Set ściąga brwi, oswobadzając się z mojego chwytu. – Wilson będzie mi towarzyszyć.
Znowu ona?
Demony mojej przeszłości dzisiaj ucztują.
Patrzę z góry na Sethy. Milczymy.
– Przemyśl to. Nie jest teraz bezpiecznie.
– Wyruszamy z samego rana. Przed wyjściem dostałam służbową sowę.
Sowy.
Zaciskam powieki.
To zawsze muszą być cholerne sowy. Nie w porę, nie na miejscu.
Czy któreś przynoszą dobre wieści?
2000
Budzi mnie podejrzany, miarowy stukot. Otwieram oczy, wyrwany ze snu, w którym ścigały mnie gęste, czarne, śmiercionośne smugi dymu. W sypialni panoszą się zimne szarości. Dopiero zaczęło świtać. Set wciąż śpi, lekko pochrapując przez uchylone usta. Ręce ma szeroko rozłożone na boki. Jedna z nich wystaje spod kołdry poza krawędź łóżka. Na wewnętrznej stronie dłoni dostrzegam wąską, jasną bliznę. Rozpoznaję ją. Serce gubi jedno z uderzeń.
Stuk, stuk, stuk.
Wzdrygam się, słysząc ten dźwięk tuż za sobą. Odwracam się. Za oknem siedzi mrocznica, wpatrując się we mnie pomarańczowymi ślepiami i rozszerzonych źrenicach. Poznaję ją. Uszatka Sethy.
Wstaję, by otworzyć okno, a sowa natychmiast wlatuje do środka. Ląduje na łóżku i zaczyna szarpać dziobem pościel, wspinając się po Sethy, która wzdycha przez sen.
– Hej… Przestań! – syczę na ptaka, a sowa odwdzięcza się tym samym, zwracając na mnie przenikliwy wzrok.
Dostrzegam przywiązany do jej nóżki list i sięgam, żeby go zabrać, ale sowa stroszy piórka i odskakuje.
– No weź. Pozwól mi to zabrać, przecież mnie znasz!
Uszatka przekrzywia łebek, patrząc na mnie badawczo.
– Musisz mnie pamiętać – szeptam, zniżając się, by nasze oczy były na tym samym poziomie. – Trzymałaś z moim puszczykiem, Renfieldem, pamiętasz? – Sowa pohukuje w odpowiedzi. – Zawsze siedzieliście na jednej żerdzi. A ja i Set – zerkam na dziewczynę, na szczęście wciąż śpi – też trzymaliśmy się razem. Tak jakby. Więc… Możesz spokojnie oddać mi list – wyciągam rękę – i polecieć przywitać się z Renfieldem. Obiecuję, że przekażę go właścicielce.
Uszatka wydaje z siebie długi syk, jakby mnie przestrzegała, żebym lepiej dotrzymał słowa, a potem łaskawie wystawia nóżkę, żebym mógł odwiązać list. Przysiadam na skraju łóżka i sięgam po niego.
– Dzięki? – mówię, gdyż uszatka wciąż stroszy na mnie pióra i patrzy z oczekiwaniem. W odpowiedzi odhukuje coś z godnością, odbija się od pościeli i wylatuje przez uchylone okno, a ja zostaję z kopertą w ręce. Zdaję się, że właśnie wynegocjowałem ją z sową.
Parskam pod nosem, ale zaraz poważnieję. Na kopercie nie ma adresu. Tylko imię i nazwisko, nabazgrane pospiesznie.
Sethia Yaxley.
Oglądam się na nią, lecz wciąż pogrążona jest we śnie. Nie zamierzam jej budzić. Zamierzam za to przeczytać list do niej.
BUT I SHOULD JUST STAY PUT
Ostrożnie wyciągam zażółcony pergamin i rozprostowuję go.
Seth, gdzie, u diabła, jesteś?!
Potter świruje, bo podobno widziano cię w Brixton razem z Malfoyem. Powtarzam mu, że nie byłabyś tak głupia, żeby dać się złapać na te ślizgońskie ślepia i uwikłać w jakieś śmierciożercze gierki. Przecież już z tego wyrosłaś.
PRAWDA?!
Mam nadzieję, że Erish cię znajdzie, bo nie mam pojęcia, gdzie to zaadresować, ale jeśli nie odpowiesz w ciągu dwudziestu czterech godzin, zjawimy się w Wiltshire całą gromadką, także jeśli ty to czytasz, Malfoy, wstaw wodę na herbatkę, gnido.
PS. Seth, proszę, nie daj się zabić.
PSS. Przelecieć też. Tak, wiem, i kto to mówi. Ale on nie jest ciebie wart. Nieważne, że prawie przerósł swojego ojca, odkąd skończył Hogwart, a raczej odkąd Hogwart skończył z nim. Czytasz to, sukinsynu? Łapy precz, innowierco!
PSSS. Mam nadzieję, że odzyskałaś ten gobelin. Inaczej zignoruj PS i PSS, bo Potter i tak zabije nas obie, jeśli ten plan nie wypali. Ale ciebie bardziej, bo ja przynajmniej nie dałam się wyruchać Malfoyowi, haha. W sensie, wiesz jak mu zależy. Nie temu faszyście, dla którego liczą się tylko wyniki morfologii, tylko Potterowi. Po tym jak Fletcher ojebał mu chatę chce odzyskać najcenniejsze artefakty, ale jeśli zamiast tego wpadną w łapy Malfoya, to wiesz, że możesz pożegnać się nie tylko z tą pracą, ale i z powszechnym szacunkiem. A ja, dzięki tobie, tak samo. I nie mów, że mnie oszczędzi, bo noszę krótsze kiecki. Wiesz jaki on jest.
PSSSS. „Wyruchać” użyłam tu tylko jako metafory i, proszę, niech tak zostanie. Nie bądź głupia, Seth. Trzymaj się z daleka od jego sypialni. OK?
Ren W.
Jeszcze długą chwilę wpatruję się w kartkę, próbując poskromić burzę, którą we mnie wywołał. Raz po raz odczytuję poszczególne zdania, zwężając oczy. Nie słyszę, że pościel za mną szeleści. A kiedy tuż nad moim ramieniem odzywa się głos, jest już za późno na jakąkolwiek strategię.
– Draco?
Zrywam się z łóżka jak oparzony, odwracam do niej, stając na tle kominka i mnąc w ręce list.
– Co robisz? – Seth przekrzywia głowę, jej wzrok przesuwa się po mnie, zatrzymuje na pergaminie.
Wystarczy jeden ruch nadgarstka, a list wyląduje w kominku, a ona nigdy się nie dowie, co w nim było. Ani że go przeczytałem.
O ile zdołałbym utrzymać język za zębami, co nigdy nie było moją mocną stroną.
Unoszę pergamin na wysokość oczu, lecz wzrok skupiam na jej twarzy.
– Dostałaś sowę – informuję ją, gestykulując papierem. – W sumie to ja też ją trochę dostałem.
– Aha. – Seth nabiera coraz więcej podejrzeń. – A od kiedy to czytasz cudzą korespondencję?
– Od kiedy przychodzi do mojego domu – oznajmiam chłodno, nie czując wyrzutów sumienia. – I dotyczy mnie. – Rozkładam pergamin i pytam znad niego. – Odczytać ci?
– Dziękuję. Wolałabym sama.
Wyciąga rękę, ale ignoruję ten gest. Na moje usta wypełza nieładny uśmiech.
– Zamieszczono w nim… ciekawe porady. Takie, jak na przykład, by trzymać się z daleka od mojej sypialni. Na to już chyba nieco za późno, co? – Całkiem dobrze się bawię, rozładowując własne oburzenie. – Poczekaj, to nie wszystko – ostrzegam, widząc jej poruszenie i próbując trzymać ją na odległość wyciągniętej ręki. – Padają jeszcze takie hasła jak: „przelecieć”, a nawet: „wyruchać”. Urocze, prawda?
Nie jestem w stanie dłużej jej powstrzymywać. Set wyskakuje z pościeli i wyrywa mi list, wspinając się po mnie, bo podnoszę go wyżej. Tak z czystej złośliwości. Włosy opadają jej na twarz, gdy pochyla głowę, pospiesznie odczytując treść. Jej oczy otwierają się coraz szerzej, a gdy podnosi na mnie wzrok jest cała czerwona na twarzy.
– Ja… – Jej spojrzenie ucieka z jednego w drugie z moich oczu. – Nie wiem, kto to napisał. To chyba… pomyłka.
I sama wrzuca pergamin do ognia.
Na to już nie mogę nie parsknąć śmiechem.
– Za to ja wiem – raptownie poważnieję. – I tylko dlatego, że to ona, puszczę to w niepamięć. Zdaję się, że zasłużyłem sobie na kilka cierpkich słów. I brak zaufania.
– Tak myślisz? – prycha, rzucając mi złe spojrzenie. Rumieńce odejmują jej groźnej aury. – Nie powinieneś był tego czytać.
– Przecież Wilson wyraźnie na to liczyła. A może nie zauważyłaś tych bezpośrednich zwrotów do mnie?
– Ona nie powinna tego pisać… – dodaje ciszej, patrząc w ogień i zakładając ręce na piersi. – Co sobie myślała? Muszę z nią porozmawiać. – Dopiero teraz rozgląda się po pokoju w poszukiwaniu sowy. – Gdzie Erish?
– Odesłałem ją do Renfielda.
– Aha. – Nabiera podejrzliwości. – Przekupiłeś moją sowę, żeby oddała ci list?
Uśmiecham się kątem ust, wzruszając ramionami.
– Jesteś…
– No? – zachęcam, szczerze zaciekawiony. – Jaki jestem, Set?
Długo ocenia mnie wzrokiem nim odpowiada:
– Zbyt spokojny – odpowiada wreszcie. – Sądziłam, że bardziej się wkurzysz. Zwykle nie trzeba było wiele, żebyś dostał szału i leciał poskarżyć się ojcu.
Prostuję plecy, wykrzywiając usta w grymasie niezadowolenia.
– Już się za nim nie kryję – rzucam oschle. – Zmieniłem się. Tak jak ty. – Przesuwam wzrokiem po ciele dziewczyny, oświetlonym blaskiem ognia.
Set wygląda na zmieszaną. Obejmuje się ramionami.
– Gdzie moja koszula? – pyta ciszej.
– Ściągnąłem ją – odpowiadam bez krępacji.
Set zaciska wargi, odwraca wzrok.
– Była cała zakrwawiona – tłumaczę, unosząc brwi. – Ale następnym razem zlecę to mojemu skrzatowi, skoro drażni cię sama myśl o moim dotyku.
– Nie powinieneś tego robić – mówi zajadłym tonem; dostrzegam, że zaciska pieści.
– Dotykać cię?
Unoszę jej brodę, zmuszając, by na mnie spojrzała.
– Drażnić.
Jej oczy, podkreślone czarną kredką, rozmazaną przez sen, patrzą na mnie tak jak dawniej.
– Masz rację. – Przesuwam kciukiem po jej ustach. – Nie powinienem.
TILL YOU'RE GOOD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz