Hej, to chyba będę ja?
To chyba wreszcie będę ja.
Ileś razy z kolei zadawaliście pytania, na które nie mogłam odpowiedzieć. Nie potrafiłam się zgłosić, żeby potwierdzić jakiejkolwiek przynależności. A teraz zobacz – jest pytanie i nie muszę się wahać. Nie muszę wybierać.
Wiem. To o mnie. To jest moja historia.
Pytałaś mnie często, czy tęsknie za domem, kiedy znowu jestem daleka. Czasem wyjeżdżam na dwa tygodnie, czasem na rok, ale zazwyczaj wracam w to jedno miejsce, które ktoś uparł się nazwać domem. Tylko czy to naprawdę dom, czy raczej dobrze wychowane poczucie obowiązku?
Nie wiem czym jest tęsknota za miejscem.
Widze niebieski koralik między deskami parkietu. Miał spełniać życzenia drobnych rąk z obgryzionymi paznokciami.
Niech ktoś mnie kocha, ale tak naprawdę
Szeptałam tak wpatrując się w niebieską matową nieprzezroczystość i wierzyłam, że musi być taki stan, w którym będę czuła się bezpiecznie i swojo.
Nie wydarzało się nic.
A właściwie wydarzało się wszystko.
Rosłam wzdłuż i wszerz. Troszkę w głowie i troszkę w tobie. Spotykałam ludzi i chciałam wierzyć, że tym razem to będzie naprawdę i nazawsze.
Stawałam się ich miejscem. Ich domem poza czasem.
I wtedy zmieniało się wszystko.
– Wejdź – mówiłam. - Wejdź w moje drzwi.
A kiedy wszystko było już oddane, nie zostawało już nic świętego.
Zmęczenie ma kolor beżu, a trochę wpada w niebieski. Tak to czuję.
Nie wiem czy kiedykolwiek zaznam spokoju. Nigdy wcześniej nie bolały mnie tak nadgarstki. Wcześniej nie chciałam tylko leżeć leżeć i żeby wszyscy troszkę zniknęli.
Ale przecież trzeba tak wiele drobnych, śmiesznych rzeczy.
– Nic nie musisz, dziubku - mówi koralik.
– Możesz dalej przymierzać znalezione, używane światy. Nic się nie stanie, jeżeli będziesz to robić poza sennymi normami. Tam nie ma dzieci ani większych ludzi. Idź w taki mrok, który nas nie znajdzie.
Zdaje mi się, że Koralik trzyma coś za plecami.
– Co to jest? - pytam. - Sierp wczorajszych księżyców? Łyżka? A może nóż?
Składany. Jasnoszary. Dwustronny.
– Mogę ci go wbić w plecy? - pyta cienkim, czarnym głosem. - Tak uprzejmie? Z okazji moich nieimienin?
Zatrzymuję się. Klikam „zapisz” w tym zawieszeniu. Może wrócę do tego w następnym życiu.
Na razie wybieram inaczej. Wybieram mojego ulubionego wroga.
Uderzam się w twarz. Raz. Drugi. Skóra piecze, robi się czerwona. Istnieję.
To jest uczciwe.
Wolę mieć wroga, który uderzy mnie w twarz, niż przyjaciela, który stanie za mną z nożem.
– Lubię cię, wrogu. - mówię do siebie. - Kocham.
Usiądź. Pomasuję ci skronie.
Jesteśmy razem.
Znów mówię ze sobą, pod daszkiem własnej głowy odcinam się od świata, który inni nazywają światem. Jest we mnie zmęczenie. Spalone smutki. I ogromna samotność.
Trzymam rękę nad swoim domem - nad tą myślą, nad małym smutnym niczym, które jest tylko moje.
Czasami potrzebuję zetknąć swoje ramię z czyimś ramieniem żeby na chwilkę poczuć, że istnieję. Że nie zniknęłam. Nie rozpuściły mnie jakieś wredne czary, jakieś znajomości, które przyszły, zjadły mnie, zostawiły okruszki.
W tej czerni nic się nie trzyma.
A jednak coś mnie jeszcze przy świecie zatrzymuje.
Małe, tkliwe nic.
To, czego nikt nie chciał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz