Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 26 kwietnia 2026

[211] deuleooseyo ~ Miachar

 Powrót do miejsca z wyzwania 206, choć teraz opowiada ktoś inny.

W pomieszczeniu panował półmrok, wszelkie istoty kryć mogły się jedynie tam, gdzie nie docierało światło załączonej w rogu lampki. Ze starego odbiornika ustawionego na niskim regale płynęła spokojna muzyka klasyczna, przy której najlepiej mi się pracowało czy relaksowało, do tego miałem zaparzony kubek kawy.

Za oknem jeszcze panował dzień, choć ciężko było stwierdzić na pierwszy rzut oka, jaka panuje pora roku. Drzewa wyglądały w swej ciemnej posturze na martwe, ale na ich gałęziach już zawiązywały się pąki. Szare chmury wisiały nad głowami i budynkami, do tego dochodził wiatr dający o sobie znać chłodem, ale jednocześnie zza tych chmur wyłaniały się promienie słońca. W powietrzu unosił się zapach minionych śniegów, a gdy człowiek na moment przystanął, zdawało mu się, że robi się cieplej. Dziwna to mieszanka, którą trzymałem na razie poza sobą, poza tym mieszkaniem.

Dom był przytulny, a w jego wnętrzu kryło się wszystko to, czego potrzebowałem, by wieść dobre życie.

No, może poza momentami jak ten, kiedy dom przemawiał za pomocą światła. 

Westchnąłem ciężko, kiedy lampka migała, a do tego nieco poruszała się na blacie stolika. Przez kilka pierwszych razów sądziłem, że mam przewidzenia, mocne halucynacje wywołane niedożywieniem i przerażeniem, ale teraz wiedziałem już, że właśnie takiego języka używa dom – nigdy nie da znać w postaci zapisanych krzywo słów, czego potrzebuje, to będzie musiało wyglądać jak z jakiegoś horroru, na co jedynie będę przewracał oczami.

– Co tym razem? – mruknąłem i odłożyłem czytaną przed momentem książkę. – Co się dzieje?

Poprzednio, gdy dom tak się zachowywał, ukazał się i wpuścił do środka nieznajomą dziewczynę azjatyckiego pochodzenia. Bezsprzecznie przed kimś uciekała, przerażenia wymalowanego na jej twarzy nie dało się łatwo zapomnieć, do tego nie wierzyła w to, co działo się wokół niej, kiedy przekroczyła próg. Nawet nie wypiła herbaty, którą jej zaproponowałem, choć trzymała kubek w dłoni przez kilka godzin, także podczas snu. Nie przeszkadzałem jej, było widać, że potrzebuje chwili spokoju i regeneracji, ale sądziłem… Właściwie to nie wiedziałem, co sobie pomyślałem, ale poczułem się nieco urażony. 

Choć dom i tak uratował ją przed zagrożeniem, pozostawił podpowiedź w jednej z ksiąg, to ja nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to nie koniec, że coś jeszcze za sprawą tej dziewczyny się wydarzy.

– Powiedz mi, co się dzieje, okej? Inaczej nie zdołam nas przygotować.

Dziwnie było piastować stanowisko zarządcy tego miejsca. I to bez doświadczenia czy kwalifikacji. Tylko dlatego, że dom i mnie uratował, kiedy umierałem, mogłem się w nim schronić, rozgościć i zostać, zastępując kogoś, na kogo podług losu przyszły już czas i śmierć. 

Wiedziałem, że to miejsce ma duszę. Nieuchwytną, nienazwaną, starszą od wszystkiego, co kiedykolwiek poznałem. Nie znałem początków jej istnienia, nie umiałem nawet ocenić, jak wiele osób mogło tu zarządzać przede mną, za to dom pozwalał mi poznać, ilu ludzi ocalił od tego, przed czym akurat uciekali.

Imiona tych, którzy w najgorszych chwilach znaleźli tu swoje wybawienie, pojawiały się co jakiś czas na stronach zgromadzonych tu książek. Kiedyś w jednej z nich zobaczyłem własne, ale zniknęło, gdy tylko mrugnąłem. Dom miał swoją duszę i pamiętał, mimo że ludzie zapominali o nim. Był ostoją w chwili konieczności, kiedy człowiek znajdował w sobie siłę do życia, wypuszczał, by nie zostać nawet cudzym wspomnieniem. Starałem się dbać o niego, rozmawiać z nim, by wiedział, że nie jest sam, że dla kogoś jest częścią przyjemnej codzienności i ktoś stale do niego wraca. Ktoś, kogo dom sam sobie wybrał.

Choć to mogło być z jego stronem błędem. 

Nie byłem pewien, jak tu trafiłem. 

Wciąż żywe za to było we mnie uczucie przerażenia, jakie czułem, kiedy pobity i zakrwawiony znalazłem się w uliczce tuż przed tym niepozornym domkiem. Zostałem zaatakowany przez człowieka, który widział mnie na oczy po raz pierwszy w swoim życiu, z którym nie zamieniłem ani jednego słowa, a który potrzebował wyżyć się, wyładować wszystkie złe emocje, jakie nosił w sobie zdecydowanie za długo. W nieodpowiednim miejscu i czasie stanąłem na jego drodze, a że wyglądałem na zabiedzonego nieudacznika, szybko uznał mnie za dobry cel, za którym nikt nie będzie płakał.

Nie pomylił się w tym za wiele, ale nie musiał tego wiedzieć. Wystarczyło, że wybił mi dwa zęby i pozostawił samotnego, porządnego poobijanego, ze świszczącym oddechem. Gdyby nie dom, jego światło i mężczyzna, który otworzył, słysząc, jak hałas się kończy, zamiast tego pozostaje zaś szloch kogoś, kto pragnie jedynie śmierci, tamtej nocy być może faktycznie bym umarł.

Wydawało mi się, że tylko wtedy dom reaguje i się pokazuje – kiedy śmierć wyciąga po kogoś ręce. W innym przypadku pozostaje ciemny, niezauważalny, choć przecież znajduje się w samym centrum starej części miasta. Można wręcz powiedzieć, że w takich chwilach jest jak nieżywy, upodabnia się do roślinki gotowej usychać za każdym razem, kiedy ktoś o niej na jakiś czas zapomina. 

Światło przestało migać, uspokoiło się, a dom na nowo stał się spokojny, gdy ja zacząłem czuć się nieswojo. Takie zachowanie nie mogło być tylko chwilową zachcianką, musiało stać za nim coś więcej.

– A co ty się taki małomówny zrobiłeś, co? – zapytałem go, a kiedy przez dłuższą chwilę nic się nie wydarzyło, westchnąłem ciężko.

Trudno było ocenić, czy dom strzelił focha, czy jednak przed czymś ostrzegał, należało uzbroić się w cierpliwość i przygotować na wszystko, co może nastąpić. Jako że kawa w kubku zdążyła już wystygnąć, postanowiłem przygotować sobie nową. Oczywiście czarną, bo kawa powinna smakować tylko sobą, nie zaś jakimiś dodatkami, a cukier był substancją, za którą nie przepadałem. Jak za każdą jej podobną, jedyną używką w moim życiu był właśnie ten czarny szatan w kubku, pity wielokrotnie w ciągu dnia o różnych porach.

Nawet późnym popołudniem jak teraz, kiedy noc powoli dawała znać, że nadchodzi, przejmuje dowodzenie, a wśród niej może zacząć wychodzić większe zło, w tym domu czułem się całkowicie bezpiecznie. Właśnie tak działał, dawał bezpieczeństwo tym, którzy musieli nagle zmierzyć się ze śmiertelnym niebezpieczeństwem. Nie byłem do końca pewien, co przydarzyło się tamtej dziewczynie, to dom dał mi do zrozumienia, że zagrożenie względem niej minęło i może sobie stąd pójść. Ciężko było mi ubrać to w słowa, więc na dobrą sprawę nawet jej nie wyjaśniłem, gdzie trafiła i skąd mam pewne informacje. Nie wydawała się tym nawet zainteresowana, skupiała się na sobie, oddychaniu i sprawdzaniu, że mimo wszystko nadal żyje.

Podczas pierwszej wizyty tutaj wyglądałem dokładnie tak samo.

A potem tu zostałem, bo ktoś musiał zająć się tym miejscem, gdy inna osoba odchodziła na zasłużoną emeryturę. Od tamtej pory prowadziłem dobre życie – takie, o którym się wręcz marzy, z troskami, które da się udźwignąć, i z chwilami szczęścia, kiedy świat nie wydaje się jedynie idealnym do celem do podpalenia. Nie chciałem tego zmieniać, póki nie dopadnie mnie starość i nie będę w stanie sam nic przy sobie zrobić ani zadbać porządnie o to miejsce pełne nieokreślonej magii i duszy. Dlatego też milczenie domu mogło mnie czasami martwić, bo co, jeśli zwiastowało coś złego?

Nie chciałem tkwić w ciszy między nami, zaniepokojony nawet zaśmiałem się, byle tylko pojawił się jakiś dźwięk. Dom jednak zaprzestał zabaw światłem.

– Mam nadzieję, że zamilkłeś, by nabrać oddechu, a nie dlatego, że się na mnie o coś obraziłeś – powiedziałem, by zrozumiał, że pragnę kontaktu z nim i niech nie robi mi w tej chwili żadnych żartów. 

Dom nie zrobił nic, w żaden sposób nie dał mi do zrozumienia, że mnie słucha. Mogło to być zastanawiające, ale jakoś się nad tym nie pochyliłem. W sensie nie bardziej niż dotychczas. Wiedziałem, nauczony doświadczeniem, że te światła coś oznaczały, postanowiłem więc odłożyć książkę, by nic mnie nie rozpraszało, i czekać, póki coś się wydarzy, czy to w środku, czy na zewnątrz.

Może znowu ktoś będzie potrzebował pomocy jak tamta dziewczyna? Nie byłem w stanie tego przewidzieć, ale taka myśl pozwalała mi już teraz przygotować się na kogoś, z kim przetną się moje drogi.

I dobrze, ze zacząłem się tak nastawiać, bo nie minęło nawet pięć minut, a rozległo się pukanie do drzwi. Dość nietypowe, bo ledwie słyszalne, w równych odstępach, jakby miało się nie skończyć, a stać częścią rzeczywistości, póki nie skończy się świat.

Podążyłem za dźwiękiem do odrzwi, uchyliłem je na początku tylko odrobinę, by przekonać się, czy za nimi jest jakaś istota, rozchyliłem je szerzej, kiedy zdałem sobie sprawę, że stoi za nimi kobieta i to wcale nie zupełnie obca.

Serce mi drgnęło, bo powroty do domu się nie zdarzały. A jeżeli już, jak w moim przypadku, to tylko po to, by zastąpić obecnego zarządcę.

Czyżby poza tą kobietą wkrótce miała po mnie nadejść także śmierć?

Tego scenariusza jeszcze nie brałem pod uwagę. 

Tylko że nie powinienem reagować na jej widok w negatywny sposób ani pokazywać jej, że nie jest tu zbyt miło widziana. Skoro dom mnie ostrzegł, dobrze byłoby teraz przekonać się, czy na pewno coś nam zagrażało i to w osobie tej właśnie niedawno ocalonej. 

– To ty – powiedziałem jedynie, patrząc jej prosto w oczy.

Stała naprzeciwko, nie odwracała wzroku, milczała. Dopiero po kilkunastu sekundach przypomniałem sobie, że dziewczyna ledwo mówi po angielsku i nie dane mi będzie z nią porozmawiać. Zdołałem zorientować się, w jakim języku odzywała się, klęcząc na progu domku – to był koreański – ale nie znaczyło to, że spróbowałem poznać choćby najprostsze słownictwo. Wynikało to głównie ze znajomości własnych słabych stron – nie byłbym w stanie nauczyć się alfabetu tak różnego od łacińskiego. Znalazłem w internecie zromanizowany zapis jakieś piosenki, puściłem ją sobie i próbowałem czytać słowa – głos wokalisty był przyjemny, a sama piosenka urocza i bardzo romantyczna, co nieco kłóciło się z moim gustem muzycznym, ale nie było całkiem złym doświadczeniem – ale poległem na całej linii. Nie byłem w stanie czytać bez znajomości niuansów językowych, więc poddałem się po drugiej próbie.

Teraz byłem w stanie wydusić z siebie jedynie:

– Ann… anjo… anjon? – i mieć przy tym całkowitą pewność, że nie dałem sobie rady nawet z najprostszym przywitaniem. 

Dziewczyna otworzyła szeroko oczy – nie miała ich czarnych, jak zakładałem u wszystkich Azjatów, a orzechowe, co musiało być genową anomalią – po jej ustach przebiegło coś, co można by zakwalifikować jako cień uśmiechu, po czym pewnie odparła:

– Annyeong. Dzień dobry.

Czyli dotarło do niej, co takiego miałem na myśli. Mimo to spiekłem nieco raka. Po co się trudzić, jak i tak się jest w tym marnym? Już dawno zarzuciłem pomysły uczenia się innych języków, do tego naprawdę nie miałem żadnych zdolności, a nie warto było robić z siebie większego głupca, niż już byłem. 

– Co… Co cię tu sprowadza? – zapytałem, nie mając pojęcia, co takiego sprawiło, że tu przyszła i znowu stanęliśmy twarzą w twarz.

Dom może i dawał mi wcześniej znaki, może i się ożywił, ale to nie dawało jasnej odpowiedzi, a te były u mnie najmilej widziane. Przywykłem do tego, że bywa małomówny, ale w chwili, gdy mieliśmy gościa, wolałbym wiedzieć, czy był spodziewany, czy też niekoniecznie. 

– Chciałam… Chciałam podziękować, sir – odparła bez zająknięcia, o wiele bardziej opanowana niż podczas naszego pierwszego spotkania.

Wspomniała mi wtedy, że jest jej ciężko powiedzieć po angielsku to, co chce. Jak sam zdołałem zauważyć podczas własnych małych badań, mój ojczysty język a jej ojczysty to były dwa zupełnie różne bieguny. Inny alfabet, inna gramatyka i wymowa. Mogłem tylko być pod wrażeniem, że jest w stanie komunikować się za pomocą umiejętności, którą – jak podejrzewałem – była zmuszona posiąść.

– Nie musisz dziękować, nie zrobiłem wtedy za wiele – zbyłem ją nieco, bo też poczułem się nieswojo zażenowany, a nie przepadałem zbytnio za tym uczuciem. 

– I przyniosłam ciastka… Będą pasować do kawy – dodała, po czym nieco uniosła kartonowe pudełeczko, którego wcześniej nie zauważyłem.

Przez ten ruch do mojego nosa doleciał zapach maślanego wypieku, a kiszki zaczęły grać mi marsza. Musiałem zakamuflować ssanie w żołądku, więc odchrząknąłem. 

Wejdź, proszę. – Powiedziałem na to, nie mając w tej chwili świadomości, że dokładnie tę samą formułkę rzuciłem w jej stronę, gdy los postanowił po raz pierwszy przeciąć drogi naszych egzystencji. 

Odsunąłem się nieco, by ją przepuścić, mijając mnie, mruknęła pod nosem coś, co mogło być kolejnym podziękowaniem.

Wstrzymałem oddech, nieco zaskoczony tym, jak blisko przez ułamek sekundy były nasze ciała. Nie wynikało to z tego, że miała ciężkie perfumy, które mi przeszkadzały, albo ze względu na jej urodę – choć musiałbym przyznać, gdyby ktoś pytał, że była ładna, choć nie miałem za wiele do czynienia z kobietami o azjatyckim pochodzeniu – ale dlatego, że to bliskość była mi dość obca. Nie miałem w swoim życiu zbyt wielu bliskich ludzi, dlatego też podchodziłem do każdej znajomości z dość sporym dystansem. Wątpiłem, by ktokolwiek stał się na tyle ważnym, bym nauczył się podobnej obecności, nie chciałem, by dom za sprawą swojej duszy robił mi podobne próby.

Dziewczyna znalazła się w środku, ja wszedłem tuż za nią, ale nie posunęła się dalej niż do miejsca, przy którym upadła podczas swojej pierwszej wizyty. Jakby nie czuła się na tyle chciana czy też pewna, by postąpić dalej. Odwróciła się ku mnie i spojrzała mi prosto w oczy, a ja nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że patrząc w nie, spoglądam w bezdenną otchłań, tak ciemne, wręcz czarne zdawały mi się w tym momencie. Mrugnęła, a ja zetknąłem się z orzechowym spojrzeniem, jakby przed chwilą jedynie zadziała się jakaś zła magia lub miałbym małe halucynacje.

– Co cię… – zacząłem, ale odezwała się w tym samym momencie i brzmiała twardo, zdecydowanie, jakby musiała wykorzystać tę okazję i powiedzieć to, z czym przyszła, inaczej straci swoją odwagę.

– Nie zajmę dużo twojego czasu, sir. Chciałam jedynie podziękować i … Przy okazji poprosić o książkę pomagające w nauce angielskiego, jeżeli ma pan takie na stanie, sir. 

Wydawało mi się, że wyćwiczyła tę kwestię, powtarzając po wielokroć, zanim tu przyszła, prawie się bowiem nie zająknęła, wygłaszając ją. 

– Do… Do angielskiego? – zapytałem nieco głupio, ale przed momentem zabrzmiała bardzo dobrze, używając języka nie będącego jej ojczystym. W ogóle nie usłyszałem u niej akcentu. – Oczy… Oczywiście, zaraz czegoś poszukam.

Gdyby tak stanąć z boku i się nam przyjrzeć, to ja bardziej zdawałem się być osobą potrzebującą pomocy w opanowaniu nowej umiejętności, nie ona. 

– A może chcesz coś do picia? – zasugerowałem. – Kawy, herbaty? W czasie, gdy będę szukał, mogę ci przygotować napój, poczekasz tu, wypijesz, ogrzejesz się nieco.

Byłem świadomy tego, że plotę trzy po trzy, ale mimo wyraźnej komunikacji domu za pomocą światła nie przyszło mi do głowy, że to ostrzeżenie przed powrotem właśnie tej dziewczyny. 

Przez chwilę wyglądała, jakby rozważała nie tyle moją propozycję, ile zastanawiała się, czy może jednak nie powinna stąd uciec. Czekałem na jej decyzję, podskórnie pragnąc, by jednak przystała na choćby kubek herbaty, jak poprzednim razem, bo jakoś nagle nie chciałem zostawać tu sam.

– Z chęcią – odparła w końcu, a ja musiałem powstrzymać się przed wydaniem z siebie westchnienia ulgi.

– W porządku. Wejdź tu dalej i usiądź przy stoliku, ja za chwilę wracam z… Kawą czy herbatą, bo tego jeszcze nie wybrałaś.

Albo mi się wydawało, albo na jej policzkach pojawił się delikatny rumieniec osoby, która właśnie uświadomiła sobie, że mogła zachować się głupiutko w odczuciach innych.

Uśmiechnąłem się na to bezwiednie.

Urocza…

– Poproszę herbatę, dziękuję.

Skinąłem jej głową i ruszyłem w stronę aneksu kuchennego, słyszałem jej kroki, kiedy podchodziła do stolika. Jako że te dwa pomieszczenia nie były jakoś wyraźnie od siebie oddzielone, właściwie aneks przechodził w niewielki salon, to i ja byłem dość blisko, jak też i ona mogła wbić spojrzenie w moje plecy i obserwować, czy czasem nie staram się wrzucić jej czegoś do napoju.

Nie byłem takim typem, ale zrozumiałe było, dlaczego w takich okolicznościach mogłaby chcieć mieć mnie na oku.

Po kilku minutach zaszedłem do niej, nieco hałasując podczas chodu, by zdawała sobie sprawę, że to ja – dom bowiem też nieco się ożywił i gdzieś w oddali przewrócił stronami jakieś książki. To mógł być podręcznik do nauki angielskiego, który pomógłby kobiecie w przyswojeniu tego języka, ale to musiałem jeszcze sprawdzić.

– Niedługo wrócę – powiedziałem do niej, stawiając kubek na blacie przed nią.

– Dziękuję.

Nie wiedziałem, czym może się zająć, gdy ja wyruszę na małe poszukiwania, ale widziałem ciekawość na jej obliczu, kiedy niespiesznie rozglądała się wokół. Poprzednio nie była w stanie przyjrzeć się temu miejscu, jeżeli teraz chciała to zrobić, nie miałem nic przeciwko.

Wierzyłem, że gdziekolwiek zajdzie ze swoim odkrywaniem domu, ten nie pozwoli, by w tym wnętrzu stała się jej jakakolwiek krzywda.

Nieco podniesiony na duchu tymi swoimi myślami zagłębiłem się w korytarze stworzone miedzy kolejnymi regałami pełnymi woluminów różnej treści i całkowicie pustych, czekających nadal na historie, które można by na nich zapisać i na zawsze uwiecznić. Mniej więcej znałem układ, z jakim przechowywano tutaj te dzieła, choć od czasu do czasu odnosiłem wrażenie, że dom przestawia je, by robić mi na złość.

– Zachowuj się – mruknąłem pod nosem z nadzieją, że dom mnie posłucha i nie narobi żadnego niepotrzebnego hałasu lub czegoś dziwnego, co zrobiłoby z nas większych cudaków, niż już byliśmy w oczach tych, którzy przechodzili pod naszymi oknami i dziwnie się nam przyglądali.

Dom zareagował, zrzucając z jednej z półek książkę, która już zmierzała ku podłodze, ale zdołałem w porę ją złapać, zanim po pomieszczeniu rozniósłby się dźwięk jej niechybnego losu.

– Co ja ci mówiłem? – zapytałem. 

Mógłbym przysiąc, że dom się zaśmiał, stąd też pojawił się lekki wiatr między regałami, ale ręki bym za to nie dał sobie uciąć.

W ciągu kilku minut znalazłem parę pozycji, które mogłyby pomóc kobiecie w zapoznaniu się z językiem angielskim. Nie byłem pewien, czy da radę zanieść je do miejsca zamieszkania, ważyły bowiem swoje, ale przecież mógłbym pożyczyć jej jakiś plecak czy torbę.

To byłby wówczas pretekst, by zajrzała tu ponownie. 

Naiwne z mojej strony? Ale i tak się tego złapałem.

Wróciłem do salonu i odłożyłem woluminy na blat stolika. Kobieta obserwowała mnie z kubkiem w dłoni. Ze swojej pozycji stojącego człowieka mogłem stwierdzić, że wypiła już połowę napoju, co mnie ucieszy. Zaufała, że może się napić i nic nie będzie jej grozić, to dość dużo dla mnie znaczyło.

– Proszę.

– Dziękuję, sir. Ile za to zapłacę?

Nieco zaskoczyła mnie tym pytaniem. Fakt, dom oficjalnie robił za antykwariat i małą księgarnię, ale nie sądziłem, że zdołała to już zauważyć. Woluminy nie miały bowiem cen, trzeba było wiedzieć, gdzie jest kod kreskowy, który skrywa w sobie taką informację.

– Och, pomyślałem, że ci je pożyczę, a ty mi je oddasz za jakiś czas, gdy nie będą ci już potrzebne. Jeżeli nie masz ze sobą żadnej torby, mogę ci jakąś dać – powiedziałem, zdając sobie sprawę, że ma tylko tę nerkę, którą widziałem poprzednio i w której pewnie miała to wszystko, co było jej niezbędne do życia w tym mieście. 

Między nami zapadła cisza, kiedy dziewczyna przyswajała moje słowa, starając się je jak najlepiej zrozumieć.

Tyle że nagle stałem się niecierpliwy, jak i chciałem, by tu bywała – skoro dom wpuścił ją teraz, to czy może zrobi to znowu?

– Mogłabyś też uczyć się tutaj – odezwałem się, nie radząc sobie z przydługim milczeniem. 

Patrzyła na mnie uważnie.

– Nie chcę się narzucać – odezwała się, dając mi tym samym znać, że rozumie, co jej takiego właśnie powiedziałem.

– Nie robisz tego – odparłem szybko. – przychodź tu, kiedy chcesz. A przynajmniej do czasu, póki dom będzie cię wpuszczał.

Zmarszczyła czoło.

– Dom będzie cię wpuszczał? – powtórzyła za mną, jakby ta czynność miała pomóc jej w przyswojeniu i zrozumieniu tych konkretnych słów. 

Podrapałem się po głowie, bo nie byłem pewien, jak dać jej do zrozumienia, że nie weszła do zwyczajnego budynku.

– No tak… Nie zawsze tu bywam, więc dom pozostaje czasami zamknięty, ale kiedy będziesz tego potrzebować, to będę tu czekał i cię wpuszczał.

No tak, nie da się powiedzieć o duszy domu i dziwnej magii, jaka się tutaj czasami działa, mogłaby przekonać się o tym na własnej skórze, ale w tym celu musiałbym tu być. 

Rozważyła przez moment moje wyjaśnienia, chyba nie zauważyła w nim nic dziwnego.

– Rozumiem. Dziękuję, sir. Dzisiaj z tego nie skorzystam… Ale wezmę te dwie książki i… Przyjdę, kiedy je skończę. Czy mogę pytać, gdy czegoś nie zrozumiem?

– Oczywiście, jasne – odparłem. Im dłużej z nią rozmawiałem, tym mocniej uderzało mnie, że może jednak podstawy pojęła już na tyle, że proste konwersacje nie przysporzą jej problemu i wybrałem kilka tytułów, które mogą się jej do niczego nie przydać.

Nie mogłem jednak nad tym dłużej myśleć, bo uśmiechnęła się nagle, a mnie nieco zamurowało. Wydawała się bowiem w tej chwili pochodzić z zupełnie innej rzeczywistości – za tym uśmiechem przyszło rozświetlenie się całej jej postaci, jakby na kilka sekund rozkwitła niczym rzadki kwiat.

Stałem tak bez słowa, kiedy sięgnęła po wybrane dzieła, po czym dopiła herbatę i rzuciła:

– Dziękuję za dzisiaj i przepraszam, ale muszę już iść.

Paczkę z ciastkami, które przyniosła, pozostawiła na stoliku, bym się poczęstował. Szkoda, że w samotności.

Odprowadziłem ją do drzwi. Zanim je przekroczyła, by wyjść w mrok wieczoru, spojrzała na mnie uważnie i rzuciła.

– Do widzenia, sir.

Chciałem, by uśmiechnęła się jeszcze raz, ale to nie był koncert życzeń. Zamiast tego wyszła, nie oglądając się już za siebie.

– Do zobaczenia – rzuciłem, choć tego raczej już nie była w stanie usłyszeć, i zamknąłem za nią drzwi.

Dom zamigotał światłem, jakby chciał mi teraz opowiedzieć o swoich wrażeniach po tej wizycie, ale ja nie miałem na to siły. Zsunąłem się po ścianie na podłodze, by usiąść i zatopić się w myślach, a właściwie to w przeżywaniu na nowo tego, co właśnie miało tu miejsce.

Nigdy wcześniej nie przydarzyło mi się coś takiego. Nie wiedziałem, czy powinienem się bać, ale czułem…

Czułem, że wpuszczając ją ponownie do tego domu, wpuściłem ją również do swojego życia i może mi w nim teraz sporo namieszać. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz