Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 26 kwietnia 2026

[211] FL: till you're good ~ Wilczy

  A ja dalej uprawiam radosna twórczość xd

Lądujemy w ciemności i we mgle. Ciśnienie, które boleśnie obejmuje skronie, ustępuje. Znów można swobodnie oddychać, z czego ochoczo korzystamopierając dłonie o kolana i biorąc głęboki wdech. 

– Set? – Oglądam się za siebie. – W porządku? 

Dziewczyna siedzi na ziemi. Podnosi na mnie pełen wyrzutu wzrok. Jej twarz jest trupioblada. 

– Wiesz, że, kurwa, nienawidzę teleportacji. 

Wzruszam ramionami. 

– Wiem, że nie zdałaś egzaminu. 

– Nooo? To nie mówi samo za siebie? – Rozkłada ramiona. – Nie powinnam się teleportować! 

– Przecież ci pomogłem! – Ściągam brwi, wspierając ręce na biodrach. 

– Wielkie dzięki, serio. 

Set próbuje wstać na nogi i zatacza się. Wsuwam się pod jej ramię. 

– Ten drań czymś mnie trafił – syczy, robiąc krok w przód. 

– Diffindo – mówię, wychylając sięby zerknąć na jej plecy. Płaszcz jest rozcięty od kręgosłupa do boku. Póki go nie ściągnie, ciężko ocenić jak poważne są obrażenia, jednak nie podoba mi się lepkość, którą czuję, podtrzymując ją w pasie. – Dasz radę iść? 

– Pewnie, że dam, co za pytanie. Przed chwilą zmusiłeś mnie do sprintu. A potem podróży przestrzennej. Miałby mnie pokonać jakiś gówniany spacerek? – Kolejny krok, który próbuje zrobić, przeczy wszystkiemu, co właśnie powiedziała. Kolana się pod nią uginają. 

Wzdycham, kręcąc głową, gdy ona opiera o mnie swój ciężar. 

– Pozwól, że… 

THEN I WOULD 

– Nie ma mowy – odmawia ostro. – Choćbym się miała czołgać, nie będziesz mnie nosił, Malfoy – warczy, rzucając mi wściekłe spojrzenie. – Gdzie my w ogóle jesteśmy? – Dopiero teraz unosi głowę, by się rozejrzeć. Jest blada jak ściana. – O nie. – Rozpoznaje bramę, przed którą stoimy. – Nie wejdę tam. 

– Wejdziesz, wejdziesz – koryguję, marszcząc brwi. – To nie jest pora na wybrzydzanie i nie masz specjalnego wyboru. Poza tym… I tak nikogo nie ma. 

Robię krok, podtrzymując ją i zmuszając, by też się poruszyła, co udaje się z trudem. Widzę jak mocno zaciska usta, a twarz przybiera coraz mniej zdrowy odcień. Rzucam pośpiesznie zaklęcie niewerbalne, a brama otwiera się przed nami na oścież. 

W ponurej scenerii przed nami maluje się dwór Malfoyów. Wygląda jak nawiedzoni nie potrzeba wielu zaklęć ochronnych, bo i tak wszyscy trzymają się z daleka od owianej złą sławą rezydencji. Zimne stare mury wchłonęły przez lata tyle smutku, rozpaczy i strachu, że teraz zdają się nim emanowaćEcho terrorukłębiące się po kątach emocje, wciąż wyczuwalne w chłodzie i nieprzystępności tego miejsca, zdają się wyciekać przez szczeliny i spowijać posiadłość ciężką, przygnębiającą atmosferą. Choćby nie wiem, ile rozpalić wewnątrz pochodni, choćby nie wiem jak wesoło trzaskało w kominkach, tu nigdy nie bywa przytulnie. Zwłaszcza w tak mgliste, pochmurne noce chłód, nie wynikający z temperatury otoczenia, przenika wyjątkowo dotkliwie. 

– Ostatni raz kiedy tu byłam – wspomina Set, utykając coraz mocniej – ledwo uszłam z życiem. Gdyby nie ty… – urywa, a ja nie proszę, by dokończyła 

Wpatrzony pustym wzrokiem w rezydencję – trudem nazywam ją domem – przypominam sobie tamą noc. Zimny śmiech, ogień. Mroczny znak. Zielony strumień światła. Strach, który łapał za gardło. Gdyby nie ja… To co? Jak ona to pamięta? Bo ja nie czuję się bohaterem. Nigdy nim nie byłem. Może i wyprowadziłem ją z tego chaosu w ostatnim możliwym momencie, ale gdyby nie ja, w ogóle nie znalazłaby się w sytuacji zagrażającej życiu. 

– Ale… Przeżyłaś tu też weselsze chwile, nie? – Próbuję się uśmiechnąć i marnimi to wychodzi. – Pamiętasz jak moja matka zaprosiła wszystkich Ślizgonów z naszego roku na moje urodziny? 

– Nawet mi nie przypominaj! – woła Set, ale z ulgą słyszę rozbawienie w jej głosie. – To wtedy Pansy zaczęła być taka zazdrosna…  

– Wściekła się, bo prezent od ciebie bardziej mi się spodobał. 

– No raczej, wydałam wszystkie oszczędności na te bilety! A ta suka je podarła! Myślałam, że ją zabiję. 

– Pamiętam. Ścigałaś ją po całym dworze. 

– Tak, o Boże – Dziewczyna się krzywi, nie wiem, czy z powodu bólu, czy na skutek wspomnienia. – Wpadłyśmy do gabinetu twojego ojca. Myślałam, że się spalę ze wstydu. 

Tym razem udaje mi się szczerze roześmiać. 

– Żartujesz? Był wniebowzięty. Na każdej rodzinnej imprezie opowiadał anegdotę o tym, że na własne oczy widział, jak dwie dziewczyny pobiły się o jego syna. 

– CO? – Set zatrzymuje się i prostuje, patrząc na mnie szeroko otwartymi oczami. – To nie było tak… O nie, co on sobie o mnie pomyślał… 

Parskam śmiechem. 

 Lucjusz zawsze miał do ciebie słabość – pocieszam ją. – Wciąż mi powtarzał, że… – Powstrzymuję się w porę, wypuszczam ze świstem powietrze. Obrzucam Set szybkim spojrzeniem, na jej twarzy maluje się zaciekawienie. – Nieważne – rzucam pospiesznie i, próbując przekierować jej uwagę na coś innego, mówię pierwsze, co przychodzi mi do głowy: – Wyrażasz się o moim ojcu z szacunkiem. Po tym wszystkim, co zrobił… Po tym, jak okazało się… kim jest. 

Set zastanawia się nad moimi słowami. 

– Masz rację – zgadza się; ma minę, jakby zdała sobie z tego sprawę właśnie teraz, dopiero gdy o tym powiedziałem. – Niektórych… Tak jakoś ciężko znienawidzić. Nawet jeśli na to zasługują – mówi powoli, patrząc przy tym na mnie znacząco; kącik jej ust drga, gdy odwraca wzrok. – Lucjusz… Cóż. Nigdy nie był dla mnie niemiły. Pewno przez wzgląd na mojego ojca. Więc może… Mam do niego pewien szacunek przez wzgląd na ciebie. 

– Ja… Też robiłem rzeczy, których żałuję – wyrzucam z siebie prędkoczując ucisk w piersi. 

– Wiem. – Set zerka na mnie, wzrok ma nieodgadniony. – Wiem, że żałujesz, Draco. 

Węzeł, który pęta moje wnętrzności jakby nieco się rozluźnia. 

Poprawiam chwyt, zachęcając dziewczynę, żeby ruszyła dalej. Sethy trzyma się mnie kurczowo, stawiając kolejny krokOdwracam się za siebie. Pokonaliśmy zaledwie piętnaście metrów. 

– W tym tempie będziemy tak szli do rana. – Krzywię się, ściągając brwi. – Skoro wybaczyłaś Malfoyom gorsze przewinienia, wybaczysz i to 

Nie zważając na protesty, podrywam ją z ziemi. 

Drzwi skrzypią, gdy otwieram je lekkim kopnięciem. Nie zwracam uwagi na marudzenie Set, choć bezustannie mamrocze coś pod nosem. Zerkam dopiero wtedy, gdy milknie, a jej palce wpijają się w mój kark. 

Zestawiam ją na podłogę w salonie. 

– Więcej tego nie rób – poucza mnie chłodno; to tyle w kwestii podziękowań, jeśli na jakieś liczyłem. 

– Mogłem użyć levicorpus ciągnąć cię za sobą, więc może doceń, że tego nie zrobiłem. 

 Różdżką celuję w kominek, na którym natychmiast bucha ogień, potem na szmaragdowo zielone zasłony, a one zaciągają wysokie okna, za którymi panoszy się noc, odcinając zimne światło księżyca. Spoglądam niepewnie na Sethy. Rozgląda się nieśmiało, po czym skupia wzrok na mnie. 

– Mieszkasz tu teraz sam? 

Wzruszam lekko ramieniem. 

– Nie korzystam ze wszystkich pomieszczeń. Właściwie… Tylko z kilku. Ale to nie jest istotne. – Mierzę ją krytycznym spojrzeniem. – Ściągaj to z siebie, Set. – Wskazuję brodą na jej czarny płaszcz, podszyty zieloną tkaniną. Na tle zasłon wygląda, jakby była częścią tego miejsca. 

W głowie słyszę głos swojego ojca:  

Mówiłem ci. Pasowałaby tutaj.  

– No wiesz? – oburza się sztucznie, zaraz wykrzywiając się z ból. – Kawę byś mi chociaż zaproponował. Albo postawił drinka. O kolacji już nawet nie wspomnę. 

Przewracam oczami. Doceniam humor, ale wiem, że próbuje w ten sposób odroczyć chwilę, gdy będzie się musiała zmierzyć ze swoją słabością. 

– Pomogę ci – oferuję, robiąc krok w jej stronę, ale ona się odsuwa. 

– Dość już zrobiłeś, dziękuję – mruczy niezbyt wdzięcznym tonem. – Sama to zrobię. 

Niezgrabnie rozpina płaszcz i powoli, z grymasem bólu, zsuwa go z ramion. Okrycie opada u jej stóp. Nawet w świetle ognia widać, że z jednej strony podszewka zmieniła kolor na czerwony. 

– U, u – dziwi się, spoglądając na swój bok. – Źle to wygląda, co? – Zerka na mnie ze strachem w oczach, a ja staram się nie okazywać lęku, mimo że biała koszula, którą ma na sobie przesiąkła szkarłatem. – O ja pierdooolę  

Opuszcza wzrok, marszczy czoło, dłonie drżą, rozpinając koszulę. Wyciąga z rękawa rękę i przez chwilę przygląda się temu, co widzi.  

– Draco?   

Przywołuje mnie wzrokiem pełnym paniki. Podchodzę bliżejdotykam jej biodra, ostrożnie zwracając je w swoją stronę. Krzywię się, ściągając brwi. Rana wygląda paskudnie. 

– Dużo tego – mówi coraz ciszej Set. – Nie? – Łapie ze mną kontakt wzrokowy, jakby szukała kotwicy, by nie odpłynąć. – Dużo tej… krwi. – Śmieje się krótko, histerycznie. – Na szczęście… czystej. 

Osuwa się na podłogę, tracąc przytomność. Jestem na to przygotowany. Przytrzymuję ją, a potem już przy pomocy zaklęcia przenoszę na szeroki, czarny stół. 

– No i dobrze, przynajmniej nie będziesz pyskować – mruczę, gładząc podbródek. Pochylam się i przyglądam cięciu po diffindo. Jest głębokie i wciąż krwawi. Ale nie może być tak poważne jak wygląda, inaczej Set zemdlałaby znacznie wcześniej, a nie dopiero na widok krwi. 

– Vulnera sanentur – rzucam, uważnie przeciągając różdżką wzdłuż rany. Otula ją jasne żółte światło. Brzegi rany się zasklepiają, ale muszę je powtórzyć jeszcze dwa razy, żeby przestała krwawić. Kończę, oceniając efekt. Nigdy nie byłem najlepszy w magii leczniczej i tym razem też się nie popisałem. Brzegi rany są poszarpane i nie do końca wygojone, ale to najlepsze, na co mnie stać. 

– Ok, no to… Zabierzmy cię stąd. 

Wzdrygam się na wspomnienie okropieństw, jakie odbywał się przy tym przeklętym stole. Jest jak ołtarz poświęcony tragedii i czarnej magii.  

Drapiąc się po szyi, wyciągam różdżkę, ale…  

Widok unoszącego się przede mną ciała to nie jest coś, co chcę oglądać. Bezwiednie pocieram tatuaż na przedramieniu.  

Nie, to byłoby zbyt prymitywne.  

Rezygnuję z użycia czarów. Wcale nie dlatego, że nawet tak okaleczona bliskość jest na wagę złota w tym mauzoleum, w którym żyję. Po prostu jej rana jest jeszcze zbyt świeża, by ryzykować lewitację. 

Kolejny raz tej nocy biorę ją w ramiona. Szkoda, że w takich okolicznościach. 

TAKE A PIECE OF THE SKY DOWN WITH ME 

Niosę ją do swojej sypialni. Jest najbliżej, a ciężar bezwładnego ciała nie zachęca do długich wędrówek. Głowa Set zwiesza się z mojego ramienia, lecz nipotrafię zmusić się z tego powodu do żaluTen ciężar jest, mimo wszystko, dziwnie przyjemny.  

Kładę ją w szmaragdowej, jedwabnej pościeli. To wszystko, co pozostało z luksusu, który kiedyś nas otaczał. Pieprzona pościel. Chcę nakryć nią Set, ale… przecież nie mogę zostawić jej tej zakrwawionej koszuli. Ostrożnie ją z niej wydobywam. Może mógłbym to zrobić szybciejPewno takAle się nie spieszę. 

Zawieszam wzrok na jej twarzy, podciągając kołdrę. Set coś mamrocze przez sen. Zamierzam odejść, lecz wtedy czuję słaby ucisk jej palców na skórze. 

– Nie waż się – szepcze – zostawiać mnie tu samą, Malfoy. – Przełyka ciężko, obracając głowę to w jedną to w drugą stronę.  – Wciąż pełno tu… duchów. Tylko ty jesteś… dość żywy. 

Przyglądam się jej spod ściągniętych brwiWydaje się pogrążona w majakach. Zerkam na drzwi, ale gdy tylko próbuję się oddalić, jej dłoń zaciska się na rękawie mojej koszuli. 

No i co ja mam zrobić? 

I SHOULD JUST STAY PUT 
TILL YOU'RE GOOD 

Powinienem odejść, ale nie ruszam się z miejsca. 

Chyba lepiej mieć na nią okoRana mogłaby się otworzyć. 

Przyciągam fotel bliżej łóżka i siadamzapadając się w nim. Splatam dłonie na brzuchu, opieram nogi o skraj łóżka. Set przestaje mamrotać przez sen, w końcu się w nim pogrąża. Jej twarz się wygładza. Przyglądam się plamie księżycowego światła, która powoli wędruje po pościeli.  

Z głębokim westchnieniem ściągam z siebie marynarkę i przewieszam przez oparcie. Przechodzi mi przez myśl, żeby wydobyć z niej gobelin i ukryć w bezpieczniejszym miejscu, ale – zerkam podejrzliwie na Set – pod latarnią ponoć najciemniej.  

W końcu sam zasypiam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz