Takie cuś, bo właśnie czytam powieść o osobie z zaimkami ono/jeno i mnie się przypomniała pierwsza taka istotka, jaką poznałam. Z pozdrowieniami dla pewnej ałtorki.
Biegłam, ile tylko sił w nogach,
a w głowie wciąż brzęczało mi
stado much
“Nieżywy, nieżywy”
wypowiadane głosem sąsiadki
– Jakże cichy ten twój stwór
jakby nieżywy –
NIEŻYWY
Biegłam, aż wbiegłam
na klatkę i schodami skierowałam się
w dół
ku ciemności
czeluści piwnicy
do tego pomieszczenia
które bywało moje
Nie umiałam trafić kluczem do kłódki
bo ze strachu trzęsły mi się ręce
Metal w końcu zazgrzytał
weszłam do znanej przestrzeni
zapaliłam latarkę w telefonie
i wpadłam sprawdzić
MARTWY
Nie było na świecie dość
Lich, Bazylich i Krakersów
by przygotować mnie na stratę
Wyciągnęłam rękę za stary odbiornik
nikomu niepotrzebny jak ja
przez większość dni na tym łez padole
z nadzieją w sercu
i zdławionym przez szloch gardłem
czekałam
aż palce zostaną oblepione przez mackę
dotknięte
Musiałam wiedzieć, że to nie koniec
nie uwierzyłam w wieść
że tacy jak ty mogą
usychać
jak kwiaty
ale nie przez brak wody czy słońca
obecność dawała ci życie
A przecież byłam
nigdzie nie uciekłam
przez poczucie odpowiedzialności
za to, co wybrałam
– mieszkanie z osobliwym pakietem
I życie nabrało wtedy innych barw
Czy teraz miało być po wszystkim?
Tak nagle?
Bez ostrzeżenia?
Dlaczego?
– Jestem -
powiedziałam, byś usłyszało
Zadziałało
Twoja macka objęła mnie
a ja odetchnęłam z ulgą
– Ty też jesteś -
zaśmiałam się, a ty zabulgotałoś
Zsunęłam się na podłogę
usiadłam na tym zimnie wśród wilgoci
a macka nie puszczała
oboje byliśmy w tej samej rzeczywistości
przestrzeni
czasie
– Wszystko w porządku? –
zapytałam, a macka przybrała
jasny zielony kolor
– Jest dobrze –
odczytałam znaczenie i westchnęłam cicho
Nieżywy
tylko w wyobrażeniu kogoś
kto w niego nie wierzył
Musiałam się uspokoić
ty nigdzie nie zniknęłoś
bo rury były nieprzyjemne
a w innych komórkach piwnic
na próżno było szukać
cudzej obecności
dłuższej niż ułamek twojego jestestwa
Oplotłoś moje palce ciasno
czułam więc twoje ciepło
i oddychałem głęboko
tą wilgocią i rzeczywistością
Uspokoiłoś się
nawet zabulgotałoś
na co zadrżała niego
kamienica
w której przyszło nam się
nawzajem znaleźć
Siedziałam tak długo
póki nie nabrałoś
mojej ulubionej barwy granatowego
nieba przed burzą
nakarmiłoś się
a mnie przepełniała wdzięczność
że nadal tu jesteś
Wyciszona
i wcale nie samotna
wspinałam się do mieszkania
Na półpiętrze spotkałam
sąsiadkę
tę starą prukwę
która uśmierciła cię
w moich wyobrażeniach
“Co, twój potworek nadal dycha”?
Granatowy odcień twoich macek
kojarzył mi się z burzą
chciałam
by moje oczy strzelały piorunami
do tych, którzy nam grożą
może teraz miałabym
przed sobą trupa
Ale za tym szedłby też
święty spokój
– Dycha, opowiada, żywi się
i jest ciekawe –
odparłam
– Przed nim jeszcze wiele
gdy przed innymi już tylko resztki –
Słyszałam
jak się jeszcze zapowietrza
ale to nie było już na moją
głowę
Istniałoś
Żyłoś kilka pięter pode mną
Chciałam, byś nie zniknęło
zostawiając mnie
samą
Byłoś moim stworem
ja twoim przyjacielem
trzymajmy się tego
ile się da
dobrze?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz