Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 19 lipca 2026

[216] naega cham miwosseosseo ~ Miachar

 Tytuł wzięty z całkowicie innej piosenki, którą akurat mam na zapętleniu przez większość dni, ale w tekście da się wyczuć klimat jednej z dwóch propozycji na ten tydzień. Ktoś wie, którą?

____________________


– 내가 참 미웠었어 –

Granatowe nocne niebo rozświetlały kolejne pioruny, a grzmoty zdawały się chcieć podziurawić ziemię, która niewiele już znaczy w historii wszechświata. Deszcz uderzał o parapety, kiedy ja schowana w ciemności pomieszczenia wyglądałam przez jedno z okien na ten niszczycielski obrazek.

Alert przyszedł chwilę przed południem, ale aż do ósmej wieczorem nie działo się za wiele. Teraz, kiedy natura pokazywała, na co ją stać, mogłam się cieszyć, że jeszcze mam jakieś schronienie w takich okolicznościach.

Przyglądałam się kolejnym rozświetleniom, wsłuchana w cichą muzykę wydobywając się ze słuchawek. Zapisane piosenki mogły mi towarzyszyć, póki nie padnie bateria w smartfonie, do tego czasu mogłam udawać, że nie ma wcale tak źle.

Przy czym miałam sposobności zanurzyć się we własnych myślach, w samotności i ciemności przemyśleć ostatnie wydarzenia ze swojego życia.

Czy wreszcie wszystko się naprostowało? Nie, ale czułam się stabilniej niż jakiś czas temu. Poziom stresu opadł, miałam więcej chwil spokoju i by zrobić coś infantylnego, ale kojącego. Dwa egzemplarze kolorowanek i kredki spoczywały na półce niskiego regalu, a na komodzie znalazł dla siebie miejsce imbryczek ułożony z maleńkich klocków. Kolejne podobne rzeczy czekały na swój czas. Jedna z książek z kolejki spoczywała nieopodal mnie, ale że nie chciałam psuć odpowiednich warunków do patrzenia na siłę, która wymyka się człowiekowi, nie sięgnęłam po nią, by czytać.

Kiedyś naprawdę nienawidziłam siebie. Osobę, która decydowała o kolejnych wyborach i doprowadziła pod ścianę, kiedy to musiałam upaść i dławiąc się łzami, zdać sobie sprawę z własnej bezradności. Nienawidziłam siebie za to, że raniłam i przepraszałam, raniłam i przepraszałam, jakby to koło miało nigdy nie zniknąć. 

Teraz bywało, że siebie nie lubiłam, ale to już nie była nienawiść. Raczej zaczęłam się też o siebie troszczyć, zapisywać, kiedy nastrój spadał mi aż za bardzo, byle tylko dać sobie przestrzeń na głębszy oddech, zamiast zanurzać się w nieprzyjemnej myśli, która już nie kołatała się w głowie, ale wciąż istniała na obrzeżu umysłu. 

Kiedy tak patrzyłam przez okno, jak burza bierze we władanie moją okolicę, pomyślałam o tym, że może ja też dawniej wpadłam na twardą powierzchnię niczym taki piorun. Zderzenie było szybkie i mocne, sama byłam jego ofiarą i musiałam na własną rękę poradzić sobie z konsekwencjami takiego zdarzenia. Może ten upadek pozostawił we mnie ślady, niewidoczne na pierwszy rzut oka, które jednak będą ze mną na stałe, których się nie pozbędę, a które będą wpływać na moją przyszłość. 

Myślałam też o tym, że choć wieść głosi, iż po burzy wychodzi słońce, to nie odnosi się do każdej burzy – przynajmniej nie od razu. Minie przecież kilka godzin, zanim słońce wstanie na nowo, pojawi się na wschodzie. Ile istnień nie zdoła tego doczekać?

Pesymistyczne myśli nawiedzały mnie dość często, ale nie starałam się z nimi zbytnio walczyć. Byłam zdania, że lepiej przygotować się na najgorsze i później mile zaskoczyć, kiedy wydarzy się coś lepszego od moich założeń, niż nagle oberwać czymś złym prosto w twarz. Może takie podejście nie sprzyjało nawiązywaniu nowych znajomości, ale nie zależało mi na tym, by zwiększało się grono ludzi wokół mnie. Na ten moment było mi dobrze tak, jak było, nawet jeżeli właśnie za oknem dochodziło do mocnego wyładowania elektrycznego. 

Tylko że coś było nie tak.
Wyczuwałam lekkie napięcie w pokoju, jakby coś miało się za chwilę wydarzyć, choć niczego się teraz nie spodziewałam.
Była przecież noc, na wszelką litość. Do tego burza panowała nad miastem, dawała znać, że człowiek nadal jest maleńki wobec natury i jej siły.

Ale mój telefon i tak zadzwonił, przerywając mi słuchanie pobranej muzyki. Dźwięk połączenia przychodzącego nie ustawał, kiedy się nie poruszyłam. Byłam w stanie całkowicie go zignorować, ale szybko dotarło do mnie, że przecież taki trwający, choć niezbyt głośny hałas może jednak obudzić któregoś z moich sąsiadów, a nie uśmiechało mi się tłumaczyć o poranku, dlaczego nie szanuję ciszy nocnej. 

– Słucham? – rzuciłam cicho po zdecydowaniu się na odebranie, byle dowiedzieć się, kto taki psuje mi ten moment samotności. 

– Cześć, to ja.

Rozpoznałam głos i nuty, które w nim wybrzmiały. Wiedziałam, że dzieli ten sam stan, co ja, tylko jemu on ciąży, kiedy ja czuję się w nim komfortowo, wygodnie.

– Chyba nie powinieneś teraz dzwonić – zauważyłam.

– Niby dlaczego? Przecież dobrze wiem, że nie śpisz podczas takiej pogody, tylko wyglądasz przez okno i obserwujesz świat.

Niektórych ludzi dopuszcza się do siebie aż za blisko, przez co są w stanie przewidzieć wiele ruchów, jak i mają pojęcie o rytuałach, zwyczajach i nie dają się tak łatwo omamić próbom niespójnego kłamstwa. 

– Bo jest burza, a podczas niej nie należy korzystać z telefonów komórkowych, by nie ryzykować? – rzuciłam niepewnie, bo dopadły mnie wątpliwości, że coś pomyliłam, że jakieś fakty przyporządkowałam w głowie nie do tej szufladki, do której powinnam.

Często tak miałam, bo za dzieciaka wielokrotnie podważano moje zdanie, że nadal miałam problem z czuciem się pewnie z tym, co mówię.

Za to też jeszcze do niedawna naprawdę siebie nienawidziłam.

– Musiałem to zrobić.

– Niby dlaczego?

– By upewnić się, że w tej burzy i wśród tego ciężkiego powietrza nadal jesteś. Żyjesz. Istniejesz.

Przymknęłam oczy.

Gdyby nienawiść zaprowadziła mnie do samozniszczenia, te słowa by nie padły. Nie martwiłby się, bo mnie już by nie było, pozostałoby mu jedynie płakać za tym, czego nie zdążyliśmy wspólnie mieć.

„Aż tak mi nie zależy” – wbiłam sobie tę maksymę do głowy, byle tylko nie zajechać się wobec cudzych oczekiwań, wrzasków i przymusu. Gdybym nie wypracowała podobnego mechanizmu, mogłoby mnie nie być.

Ale byłam.

Uśmiechnęłam się pod nosem i zapewniłam go, kiedy nad miastem poniósł się grzmot:

– Jestem tu. Nadal jestem.

– Cieszy mnie to. Dziękuję, że jesteś.

– A ja dziękuję za ciebie.

Świat, nad którym toczyły się burze, wojny i niepokoje, miał w sobie też jakieś maleńkie plusy. My byliśmy nimi dla siebie. 

– Tylko teraz się rozłączę, okej? – rzuciłam. – Nie ryzykujmy, że coś się nam przydarzy przez tę burzę. Zadzwonię do ciebie jutro wieczorem.

– Będę czekał. Jak zwykle.

Chciałam go dopytać, czy naprawdę aż tak wyczekuje wiadomości ode mnie, ale przecież powiedziałam, że nie powinniśmy w tych warunkach rozmawiać za długo, nie powinnam czuć zawodu, że rozłączył się po swoich ostatnich słowach, nie mówiąc nic więcej na pożegnanie. 

Ale mieliśmy jeszcze czas. Akurat na nim mi zależało, a jeśli tak było, to zamierzałam zrobić, co w mojej mocy, by dbać o tę relację. 

Skoro już nie czułam nienawiści wobec siebie, powinno mi być łatwiej. 

I właśnie tego zamierzałam się trzymać. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz