Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

poniedziałek, 20 lipca 2026

[216] Anodyne ~ Wilczy

PROLOG 

 

Nie wiesz jeszcze, co się wydarzyło. 

Ale już wiesz, ile zostało zabrane. 

 

 

I 


Upadli

 

Wiatr szarpie połami niebieskiego płaszcza. Przynosi ze sobą bitewny popiół, który wiruje w powietrzu jak płatki śniegu i osiada na włosach tego samego koloru. Opadający na czoło kosmyk porusza się nieustannie, szarpany chłodnymi podmuchami. Biel nie oddaje wieku dumnie wyprostowanego mężczyzny o posągowej, wciąż młodej twarzy, stojącego z założonymi z tyłu rękoma. Zimne, niebieskie oczy utkwione są w dali, gdzie linia horyzontu kipi od wojny, którą rozpętał. Niebo nad nim rozdzierane jest przez pełne pomarańczowej goryczy błyski, przypominając nadchodzącą burzę. 

Burza nadejdzie. Kiedy niebo przybierze kolor gotyckiej czerwieni, z góry poleje się siarka i gniew. Krew nasyci piach, odżywi ziemistą skórę Makai, zoraną bruzdami tak głębokimi, że wciąż się nie zabliźniły. Wypełni je pokój. Nastanie nowy ład. Wszystko umilknie. Na zawsze. 

Tak jak tutaj. 

Zdewastowana kamienna balustrada przed nim pęka i kolejna jej część toczy się w dół, kruszejąc w starciu ze skalistym zboczem, lecz on nawet na nią nie zerka. Wzdryga się dopiero, gdy zdaje mu się, że słyszy dźwięk za swoimi plecami. Jakby ktoś się zaśmiał. Ogląda się przez ramię, lecz porażający bezruch to wszystko, czego zaznaje. 

I ta cisza.  

Kiedy zaczęła budzić grozę? 

Odzwyczaił się od niej. Gdzieś między wybuchem chaosu, a przywróceniem porządku. Między tym, czego szukał, a tym, co znalazł. Wtedy zaczęło mu się wydawać, że może żyć normalnie. Dzisiaj dostrzega w tym groteskę. 

Wraca z tarasu do środka przez wyrwę w ścianie, która kiedyś była drzwiami. Przystaje w progu, obrzucając wzrokiem swoją komnatę. Życie, które do niej zaprosił, w której je zamknął, wyciekło. Łoże, które zajmował, które przez ostatnie miesiące dzielił… Przełamane w pół. Ironiczny symbol ciężaru wszystkiego, co się skończyło. 

Opada ciężko na jeden z nielicznych mebli, które są w jednym kawałku, antyczne krzesło, stojące przy dębowym sekretarzyku, który sprowadził tu z ruin swojego domu. Sięga po odłożoną w pośpiechu książkę. Zdaje się jakby to było wieki temu, gdy siedział tu i czytał 

Źródła mocy, o których nie masz pojęcia. Książka sporo przeszła. Jak wszystko tutaj. Zagięta okładka, złamany grzbiet. Przybrudzone strony. Otwiera na losowej, skupia wzrok na pierwszym akapicie.  

Cząstki demonicznej energii mogą wejść ze sobą w synergię, jeśli…” 

Zielone i błękitne iskry tańczą, zbliżając nas ku sobie. Nie pamiętam, by coś ostatnio tak mnie zaskoczyło. Co to za moc? Czy pochodzi od Argosaxa? Wybiłem wszystkich jego potomków. Nigdy nie przydarzyło się nic podobnego. Muszę wiedzieć, dlaczego teraz. I jak to wykorzystać. 

Zdaje sobie sprawę, że dotarł do końca strony i nie pamięta niczego, co przeczytał, więc wraca do początku. 

Cząstki demonicznej energii mogą wejść ze sobą w synergię, jeśli ich struktura sprzyja połączeniu. Najczęściej dochodzi do tego między segmentami męskimi i żeńskim, o ile spełniony jest warunek bezwarunkowego przyciągania. 

Przyciągam ją do siebie, obracając w walce, którą nazywamy tańcem. Patrzy mi w oczy tak bezczelnie, jakby mogła się ze mną równać. Dyszy, pot obmywa twarz. Obserwuję samotną kroplę spływającą na brodę, skąd spada i znika między piersi. Piekielne otchłanie nie zioną takim gorącem, jakie teraz bije od niej z każdym oddechem. Rozgrzana skóra niemal parzy. Wypuszczam przedramię z uścisku, który trwał dłużej, niż powinien.  

To zaczyna być bardziej przyjemne, niż jestem gotów przyznać 

Ciepło. 

W końcu. 

Zamyka książkę, nie będąc w stanie skupić się na więcej niż jednym zdaniu. Wciąż trzymając na niej rękę, drugą przeciera twarz. Wbija wzrok w pustą ścianę. Po chwili podnosi się i przechadza na drugą stronę pomieszczenia. Zawraca. Zatrzymuje się. Wyprostowana sylwetka zwraca się w stronę rozwalonych drzwi wiodących na korytarz. Patrzy na nie, jakby były czemuś winne. Rusza bardziej zdecydowanym krokiem, jednak zmienia zdanie, zatrzymując się tuż przed nimi. Zaciska ręce w pięści, ale nie robi nic więcej. Jakby coś powstrzymywało go przed działaniem 

Jeśli wrócą, to tutaj. I to mnie muszą zastać. 

Czeka. 

Mijają kolejne długie godziny. Cisza staje się jeszcze cięższa do zniesienia. Próbuje zagłuszyć jej uciążliwe brzmienie, ale cokolwiek by nie robił, nie jest w stanie przestać nadsłuchiwać. Głosu. Kroków. Płaczu. Śmiechów. Jakiegokolwiek dźwięku, który poświadczy, że nie wszystko się rozpadło. 

W końcu słyszy kroki. Chwilowe uniesienie topnieje, kiedy stają się ciężkie, żołnierskie. Militarne. 

To nie oni. 

Przywołuje na twarz spokój, gotów wysłuchać, co do zaraportowania ma jeden z jego dowódców. Szara twarz demona, który przed nim staje, jest bledsza niż zwykle. W dwóch parach oczu dostrzega coś innego prócz zwykłej krwiożerczości. Powoli kręci głową, ale on wciąż czeka.  

– Mów, Azvarielu. 

Zna… Znaleźliśmy ich.  

– Żywych? 

Całe jego ciało spina się w oczekiwaniu. Musi to usłyszeć. Być pewien. 

W końcu dostaje pełną odpowiedź. Przyjmuje ją niemal z ulgą. Wszystko jest lepsze od trwania w tym piekielnym zawieszeniu i nieudolnych prób unikania własnych myśli. Już wie. Nie musi dłużej czekać.  

Może spokojnie zrównać piekło z ziemią. 

Rozpętuje się burza. Straszliwa i pełna grozy rozszerzającej jego żyły. Ściany komnaty eksplodują podczas wybuchu energii, którą z siebie uwalnia. Otacza go wirujący słup powietrza, pełen błękitnych wyładowań i szału. Przylega do niego ciasno jak pancerz, otula skórę diabelną łuską, koronuje zakrzywionymi rogami, wyposaża w skrzydła, na których wzbija się gwałtownie, zostawiając wgniecenie w podłodze. 

To znowu się stało. Znowu się nie udało. 

 Czego zabrakło tym razem? Szczęścia? Zdawało się, że wreszcie ma go pod dostatkiem. A więc siły. Skoro wciąż nie potrafi ochronić tego, co dla niego ważne, musi chodzić właśnie o to. 

Furia, z którą mnie na spotkanie horyzontu, rozdziera powietrze. Wypowiedziany cichym, ochrypłym głosem wyrok rozsadza czaszkę. Dwa słowa, które zostaną z nim na zawsze. 

Martwi. 

Oboje. 

 

II 


Umarli

 

Ziemia nasiąka krwią. Rdzawa i namoknięta chlupie pod jej stopami, gdy wbiega w czerwone kałuże jak w otwarte rany. Ociera z potu brudną twarz, oglądając się za siebie. W oddali rozlega się dziki skowyt, który ściga ją przez Makai, podnosząc włoski na rękach i karku. Przyspiesza, choć jest już na skraju wycieńczenia. Nie chce na powrót wpaść w szpony, z których dopiero co się wyrwała. 

Ukształtowanie terenu się zmienia. Kończy się step, zaczyna skalista plansza. Zamiast drzew wyrastają z niej stożki zakrzywionych skał, wysokich i spiczastych. Zatrzymuje się pod jedną z nich. Musi odpocząć. Przytrzymuje się chropowatej powierzchni, wyrównując oddech. Ociera czoło, czując dezorientację. Rozgląda się, próbując znaleźć jakiś punkt odniesienia, ale statyczny krajobraz nie pomaga. Każda skała wygląda tak samo i mimo kilku lat spędzonych w piekle, nie jest pewna, w którą powinna ruszyć stronę. 

Makai od początku ją faworyzuje. Tym razem nie jest inaczej. Dostrzega jednego z demonów, które jako pierwsze zaakceptowały ją w nowym środowisku. Jaszczuropodobny Rozsadnik pomyka między skałami, zatrzymując się tylko na moment, żeby stanąć na dwóch nogach, obejrzeć się, wysunąć długi, rozwidlony język i spojrzeć wprost na nią.  

Nie czuje, by choć trochę się zregenerowała, ale rzuca się za nim, podejmując beznadziejnej próby dotrzymania mu tempa. Skowyt za jej plecami wydaje się bliższy. 

Po dwudziestu minutach gubi go z oczu, ale gdy zwalnia, dramatycznie nabierając powietrza w piekące płuca, okolica wydaje się nieco bardziej znajoma. Kiedy udaje jej się uspokoić oddech na tyle, by przestać się krztusić, dostrzega ciemniejszą skalistą ścianę daleko przed sobą. 

W takiej wykuto warownię.  

Wycie rozlega się już bardzo blisko niej. 

Zaciska palce na kolanach, czując rozpacz. Jak ma tego dokonać? Nie ma już sił. Z niepokojem dostrzega pęknięcia na poszarzałej na rękach skórze. Jest u kresu wytrzymałości. Pozostaje tylko jedno. Nie powinna więcej tego nie robić, ale nie ma wyboru. 

Zaciska powieki. Otacza ją zielona poświata, iskry energii przebijają się przez skórę, obrastają ją w formie gęstych igiełek jak sierść, zabezpieczają pancerzem łusek, sięgają oczu, zmieniając ich kolor. Opada na cztery demoniczne łapy, odpowiada skowytem na skowyt i rzuca się do ucieczki przed watahą, którą Leto wysłał za nią w pogoń. 

Zatrzymuje się dopiero u podnóża skalistej góry, by wychłeptać wody z ubogiego zbiornika wodnego. Złowieszcze wycie rozlega się coraz częściej, z różnych stron. 

Pierdolone wilki. Ścigają mnie całe życie. 

Z odbicia w wodzie patrzą na nią wilcze ślepia.  

Przestaje pić wodę i odbicie robi to samo. I tak jak ona wznosi łeb, by przyjrzeć się urwisku, na które musi się wspiąć. 

Ostatkiem sił dociera na most prowadzący do warowni. Niemal szura brzuchem po kamieniu. Łapy się trzęsą. Sześć z dziewięciu ogonów kuli się, drżąc, a z gardła dobywa się niekontrolowane skomlenie. Pragnie jedynie móc upaść na bok i dyszeć, dyszeć, aż serce znajdzie właściwy rytm. 

Ale to niemożliwe. 

Nad warownią grzmi. Ciemne fioletowe chmury kłębią się złowróżbnie, a ona prostuje grzbiet, nadstawia uszu. I rzuca się w przód potężnym susem, zapominając o bólu i wyczerpaniu. Złe przeczucie wydziera z niej skowyt, który podłapują upiorne głosy podążające za nią. 

Przed zwodzonym mostem trwają zamieszki. Demony tłuką się ze sobą nawzajem. Rozsadnicy uciekają. Furie napadają Zimorogi. Gromy stawiają się Behemotom. Empuzy kąsają kogo popadnie. Kat Piekła ścina głowę Antenorze. Kosiarze tną Bezimiennych. Judeka rozbija się o Tarczowników. 

Istny jarmark samozniszczenia. 

Zaprosiłeś tu chaos i chaos się zadomowił. Czy to wszystko z mojej winy? 

Nie zatrzymuje się przy żadnym straganie. 

Napręża grzbiet w ostatnim zrywie. W szaleńczym pędzie wpada na dziedziniec. Złowróżbne znaki rzucają się jej do gardła. Zatrzymuje się raptownie. W zielonych oczach odbija się błyskawica i groza. Wpatruje się w to, co leży u jej łap i lśni w liliowym błysku burzy.  

Ostrze dotąd niepokonane. Yamato. Rozbite. Złamane w pół. 

Przysiada, zanosząc się wyciem, które przeradza się w krzyk. Reszta energii wycieka, zostawiając ją podpartą na rękach, siedzącą na wybrukowanym kamieniem dziedzińcu. Zaciska palce, drąc paznokciami po brudnym kamieniu. Oddycha ciężko, obraz się rozmazuje 

Tyle razy widziałam, jak dobywasz tego ostrza. Nigdy nie pozwoliłeś, żeby upadło, nawet, gdy wytrącano ci je z dłoni. Nigdy nie zadrżało w twojej ręce. Było jej przedłużeniem. Zżyłeś się z nim jak z niczym innym na tym świecie. W walce płynnie wprowadzałeś je do pochwy po każdej sekwencji cięć, by z pełnym rozmachem móc rozpocząć nową serię. Byliście niepokonani. Jeśli Yamato leży tu złamane, co musiało stać się z tobą? 

Narastające wokół warowni skowyty przywracają do rzeczywistości. Podnosi głowę, ociera oczy. Zbiera drżącymi rękami odłamki katany, bojąc się myśleć, do czego musiało tu dojść. Wstaje, rozglądając się bezradnie.  

Gdzie teraz? 

Jeszcze przez kilka sekund stara się unikać oczywistej odpowiedzi na to pytanie.  Wirujące powoli i majestatycznie chmury nad warownią chętnie wskazują drogę, zbierając się wokół słupa niebieskiej energii, wznoszącego się na szczycie północnej wieży. Przeszywany błękitnymi wyładowaniami, stanowi centrum burzy, która się tu rozpętała. 

Opuszcza w pośpiechu dziedziniec, kalecząc dłonie o nagie ostrze, ale nie zamierza go tu zostawić. To byłaby jak zdrada. Zanurza się w labirynt korytarzy warowni. Zimne ściany nie dodają otuchy, drążą od czasu do czasu, wstrząsane eksplozjami toczących się na zewnątrz walk. Spieszy się, lecz coraz bardziej niechętnie. Znajdując się na spiralnych schodach wiodących na szczyt wieży, zwalnia, wspinając się po nich powoli. Odwleka, ile może, moment, który złamie jej serce. 

Brudnymi, splątanymi włosami szarpie zimny wiatr, gdy tylko wychyla się gardła wieży wychodząc na otwartą kamienną platformę, nie otoczoną żadnym zabezpieczeniem. Stawia jeszcze trzy, cztery chwiejne kroki, wpatrując się z przerażeniem w wirujący słup powietrza, nim pada na kolana, porwana rozdzierającą niemocą. 

Unoszące się w nim ciało zmienia formę z każdą fioletową błyskawicą, która w nie uderza. Raz jest potężnym demonem o smoczych skrzydłach, wykrzywionych, złamanych rogach, paszczy pełnej upiornych ostrych zębów i długim, gadzim ogonie; raz przystojnym mężczyzną w niebieskim płaszczu, którego zwykle nienagannie zaczesane białe włosy są zmierzwione, targane wichurą. Ten szczegół sprawia, że puszczają ostatnie nici, na których trzyma się jej świat. 

Co za cudowne podsumowanie. Wchodząc ci na głowę przez cały ten czas, nie narobiłam takiego chaosu, jaki panuje na niej teraz. Gdybyś wiedział, jak bardzo ci w nim do twarzy… Potargane włosy miałeś tylko wtedy, gdy wychodziłeś z łóżka po czasie spędzonym w nim ze mną. Po stopniu ich zmierzwienia można było poznać, ile kontroli zgodziłeś się oddać w nocy. A gdy zerkałeś rankiem w lustro, nigdy nie wiedziałam, czy sięgniesz po grzebień czy miecz, by dokonać aktu własnej dekapitacji. Twoje oczy lśniły wtedy tym elektrycznym błękitem. Zupełnie odwrotnie niż teraz. 

Teraz jedyna wspólna cecha obu form to pustka wyzierająca z obu par oczu. I łańcuchy. Naprężone, brudne od krwi, śmiercionośne łańcuchy przeszywające oba ciała, wychodzące z wielu miejsc, nawlekające na swoje ogniwa człowieka i demona. 

Wilki wyją. Wilki wbiegają na wieżę. Pozwala się im okrążyć, kłapać nad sobą szczękami. Co jeszcze jej pozostało? Jaka jest szansa, że zejdzie z wieży żywa? Ostatnie na co może mieć wpływ, to sposób, w jaki to zakończyć. 

Podnosi się powoli i cofa, wciąż przodem do niego, widząc błyski pomarańczowych ślepi za jego plecami. Natrafia stopą na krawędź. Unosi i rozkłada ramiona, w każdej dłoni trzyma cząstkę miecza. Krew ścieka po jej rękach. 

– Przechowam to dla ciebie – mówi cicho, wpatrzona w twarz mężczyzny. – Dla naszego syna.  

Ostatnia łza spływa, żłobiąc jasny korytarz w pokrywającym policzku brudzie. 

Wilki skaczą, obnażając kły. 

– Nara, frajerzy! 

Składa ramiona, tuląc do siebie szczątki Yamato. Przechyla się w tył.  

Spada. 

Wir powietrza krzesi nowe iskry. Niebieska błyskawica zderza się z fioletową.  

Spod półprzymkniętych powiek sączy się błękitny blask. 

Gaśnie, gdy opadają. 

 

 

 

 

III 


Uśpieni

 

 

Wyspa, otoczona oceanem. Miasto, okolone lasem. Zakon, oblężony kamieniem.  

Brukowane ulice, kamienice, gotycka katedra, średniowieczny zamek, mosty, śmierdzące kanały – Fortuna posiada wszystko, co powinna zawierać każda szanująca się metropolia. Przemoc i gwałt idą ramię w ramię z porządkiem i prawością, a na ulicę wypełza grzech w szatach świętości. 

W centralnej części rynku wznosi się okrągła, piętrowa fontanna, której woda jest tak powątpiewającej czystości jak sumienie Jego Świętobliwości. To przed nią się zatrzymują. Krótka alejka i wysokie schody tuż za nią wiodą wprost pod drzwi Zakonu Miecza, który czci Spardę jak wybawiciela. 

Gdzie będziesz bezpieczniejszy? 

Najciemniej podobno pod latarnią.  

Chłopiec nie może mieć więcej niż rok. Śpi z otwartą buźką, rozciągnięty wygodnie w wysłanej pledem przenośnej kołysce. Zaciska w piąstki małe rączki. Jedna z nich jest pokryta niebieskawą łuską, pulsująca światłem. Białe włoski lśnią w południowym słońcu spływającym na stolicę. 

To miasto jest równie kamienne jak ojczyzna, którą opuszczasz. Mój mały. Wyrośniesz na jego filar. Nie bój się śmiać, obiecaj. Cokolwiek się nie wydarzy. Niech nie przytłoczy cię ciężar własnego dziedzictwa. Bądź dzielny. Skop dupę wszechświatu. Nie rozmieniaj się na drobne. Nie oglądaj za siebie.  

Co jeszcze? 

Chciałabym zostać przy tobie. 

 

Ale nie mogę. 

Mogłabym przynajmniej przekazać cię rodzinie. Zaopiekowaliby się tobą. Kurwa. Przepraszam. Odbieram ci szansę na szczęście, a im przysparzam rozpaczy. Ale bezpieczniej dla wszystkich będzie, jeśli pozostaniesz martwy. 

Tak jak ja. 

Na schody wychodzi młoda kobieta w czerwonym habicie, białej podwice i czepcu. Zachłystuje się na widok, który zastaje, ściskając dłoń na materiale szaty, gdzieś na wysokości serce. 

Nie bój się. Przygarnijcie go.  

Ma na imię Nelo. 

Zaopiekujcie się nim. 

Znieczulcie mój ból. 

 

 

– Co ty opowiadasz, kobieto? 

– T-Tak było, opacie! 

Chłopca przyprowadziła wilczyca? 

– No… chyba tak. Czy nie tak zawsze dzieje się w legendach? 

Panie daj mi siłę. 

– Ja… mówię, co widziałam. 

– Dobrze. Więc co się z nią stało? Nie próbowała cię zaatakować? 

– Ona… Spojrzałam na chłopca tylko na chwilę. A wtedy ona… Zniknęła. 

– Zniknęła. 

– Rozpłynęła się w powietrzu. Jak duch. 

– Jak duch. 

– Tak właśnie było. 

Zapada ciężka cisza. 

– Coś jeszcze? 

– On… ten chłopiec… Chyba ma na imię Nero. 

– Wilk to siostrze powiedział? 

– Ja… Usłyszałam to imię w myślach. Ch-chyba… tak brzmiało. 

– Spardo, obdarz mnie cierpliwością. Spraw, abym rozróżnił powołanie od niezdrowej ambicji, prawdę od kłamstwa… 

Ojcze! Staram przekazać się objawienie, które na mnie spłynęło! Ten chłopiec… Może zostać kimś niezwykłym. Myślę, że zesłał nam go Sparda 

– Zamilcz, kobieto. – Spojrzenie opata jest surowe, lecz gdy zwraca wzrok na niewinne, śpiące niemowlę, nieco łagodnieje. – Nero zostanie z nami. Dopóki Sparda nie zadecyduje inaczej. 

Chłopiec przeciąga się przez sen. Nieświadomy niczego, rozciąga usteczka w uśmiechu, który już wtedy wydaje się dość cyniczny. 

– Jest... jeszcze to.

Młoda zakonnica kładzie na masywnym biurku materiał, w którym jest coś zawinięte. 

– Miecz. Popsuty. Pozbądź się tego.

– Nie! To znaczy... Był przy chłopcu. Myślę, że powinniśmy mu go przekazać...

– Od kiedy jesteś tu od myślenia?!

– Proszę spojrzeć!

Kobieta zabiera szczątki miecza i zbliża się z nimi do chłopca. Jego demoniczna dłoń i ostrze zaczynają pulsować światłem w tym samym rytmie.

– Dobrze... Zostaw to tu. Agnus się temu przyjrzy. A chłopca zabierz. Znajdźcie mu miejsce do spania i... róbcie to, co się robi przy małych dzieciach. I ma nie płakać!

Zakonnica uśmiecha się z wdzięcznością, ale jeszcze przystaje przy drzwiach.

– Ojciec też tak pomyślał, prawda?

– O czym ty znów mówisz, dziecko?

– Widzi ojciec jego rączkę. A jeśli to potomek Spardy?

– Wyjdź już! Wyjdź i nie waż się więcej bluźnić! I... zróbcie coś, żeby to nie rzucało się w oczy! Nie potrzebujemy takich niestosownych plotek! Na miłość Jedynego Zbawcy. Co za koszmarny dzień.


 

                                                            

 

Tereny Zakonu Miecza obejmują wiele hektarów. Błądzę po nich, szukając sobie miejsca. Przeprawiam się przez ścianę wodospadu, by niedługim tunelem wydostać się z kamienia. 

Do lasu. 

Czerpię wilgotne powietrzę, rozkoszując się jego ziemistą strukturą. Jest tak słodka, że niemal czuję zawroty głowy. Zanurzam się w zieleni, wypełnia mnie harmonia i już wiem, że gdybym mogła być czymś, byłabym lasem. 

Spomiędzy drzew i paproci wyłaniają się ruiny. Nie wiem, jak bardzo są stare, ale kamień jest omszały, a kamienny łuk, pod który wchodzę, wydaje się niemal starożytny. Tak jak nagrobna tablica, o którą się opieram. 

Tutaj. To dobre miejsce na sen 

Unoszę odłamek, który wciąż ściskam w dłoni. Ten jeden zachowałam dla siebie. Teraz wsuwam go w jedno z pęknięć, których już tak we mnie wiele. Wybieram miejsce blisko serca. Ignoruję odchodzącą płatami poszarzałą skórę. Wiem, że to koniec. 

 Ale jeśli Yamato kiedykolwiek powstanie, będę wiedzieć. Może moje serce też wtedy zabije mocniej. Może… 

Ale teraz zapada ciemność. 

Zasypiam. 

Na długo. 

Pewnie na zawsze. 

 

 

Promienie słońca padają na wyżłobione w kamieniu nieczytelne napisy. Zawsze go zastanawiały. Czuł, że bezimienny grób kieruje je wprost do niego, choć nie może pojąć ich znaczenia. Nie ma pojęcia, czemu traktuje to personalnie. Ale lubi tu przychodzić. Energia tego miejsca jest jakaśPokrzepiająca. 

Zarzuca na ramię jednoręczny miecz, który sam wykuł. Jego duma. Czerwona Królowa. Posiekał nią już całe stado demonów. 

Odgarnia pokrytą niebieską łuską dłonią grzywę białych włosów. Błękitne oczy błyszczą w zachodzącym słońcu, a ironiczny uśmiech wykrzywia usta dwudziestoletniego chłopaka, gdy dobywa broni palnej, by przestrzelić łeb wyłażącej ze szczeliny Empuzie. 

Demony. Ostatnio się tu od nich roi. Zupełnie jakby… 

Coś się szykowało. 

Coś dużego. 

 

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz