Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

poniedziałek, 15 czerwca 2026

[214] violentos como un fuego ardiente ~ Miachar

 Miał ze sobą nóż, którym z chęcią ciął powietrze i wszystko, co weszło mu w drogę. Worki z ziarnami, ubrania na wieszakach – jednak robił to tak, by na pierwszy rzut oka nie było tego widać. Takie to miał umiejętności.

To samo musiał zrobić z tobą, prawda?
Przeciął ci skórę, dotknął naczyń i tkanek, wyciągnął z ciebie to, co czyniło cię żywym, wysłał twoją duszę tam, gdzie nigdzie nie zdołam jej znaleźć, bo wiem, że nasze ścieżki już nigdy się nie przetną.

Czy to było dla niego takie łatwe i przyjemne? Wymachiwać ostrym narzędziem wśród ludzi, za nic mając fakt, że przechadza się po targu w godzinach jego otwarcia, że może znowu kogoś zranić, że jest groźny?

Gdybyś mnie teraz widział, pewnie ze śmiechem pytałbyś, co ja takiego robię w takim miejscu. Przecież rzadko kiedy wychodziłem z mieszkania, produkty spożywcze i wszystko inne zamawiałem z dostawą pod drzwi, w takim miejscu ostatnim razem byłem, kiedy babcia wygoniła nas po świeże warzywa na zupę. Ile miałem wtedy lat? Z siedem? Jeśli tak, to ty zaledwie jedenaście. Dlaczego dwie dekady później muszę tu być, ale w zupełnie innym celu?

Wiedziałbyś, gdybyś mógł tu być i mnie zapytać. Musiałem go śledzić, by go dopaść i odpłacić się za to, co mi zrobił.
Że mi cię odebrał. I to w chwili, kiedy wreszcie miałeś być szczęśliwy u boku kobiety, która kochała cię całym sercem.

Teraz zamieniała się w cień dawnej siebie.
Była w ciąży, wiesz?
Była.
Los poza twoją duszą brutalnie odebrał też to życie, które razem stworzyliście.
To dlatego tak płakała nad twoją trumną.

Ten mężczyzna, roześmiany w głos, nadal wymachujący nożem, tamtego wieczoru zabrał mi ciebie i twoje dziecko. Zabrał mi spokojną przyszłość, w której czułbym, że jestem komuś potrzebny, że moja obecność ma znaczenie i bywa pożądana. To przez niego zamknąłem się w sobie jeszcze bardziej.

To przez niego planowałem zemstę – ja, który brzydziłem się wszelką przemocą, chciałem dopaść do niego, chwycić go za gardło i dusić, póki sam nie zniknie z resztą kpiącego śmiechu na ustach. Chciałem bić go, póki nie rozkwaszę mu tej jego paskudnej gęby. Chciałem, by cierpiał przynajmniej w jakimś stopniu tak, jak ja od dnia, kiedy mundurowy stanął w moich drzwiach i oznajmił mi najgorszą nowinę.

Szedłem za tym mężczyzną, skupiony jedynie na nim. Może kogoś potrąciłem, może nie usłyszałem czyjegoś nawoływania – może. Tylko że świat wokół nie miał już dla mnie większego znaczenia.

Znałeś go? Miałeś z nim wcześniej jakieś zatargi? Zrobiłeś coś, przez co miałby powód, by cię zabić? Czy byłeś dla niego tylko przypadkiem, osobą, która znalazła się w nieodpowiednim miejscu i czasie? Policja nie umiała mi na to odpowiedzieć. Właściwie to zdawała się w ogóle nie mieć za bardzo pojęcia, co zrobić, by go złapać, jakby w prawie karnym nie było żadnego paragrafu na ludzi takich jak on.

Dla mnie to było najważniejsze zadanie, przed którym stanąłem. Stawić czoła człowiekowi, którego mogłem mieć za swojego największego wroga, choć dotychczas nigdy go nie spotkałem, a on zapewne też nie wie, kim jestem. 

Jak miałem to zrobić? Dopaść do niego i wykrzyczeć mu w twarz, jak cholernie go nienawidzę i mam wielką ochotę go zabić? Przecież to wyglądałoby strasznie, gdybym w taki sposób zareagował, kiedy on miał przy sobie broń i jak było widać, żadnych skrupułów, by jej używać nawet z nudów.

Ale nie mogłem siedzieć bezczynnie, pogrążać się w coraz większej rozpaczy i żałobie, bo to nie pozbawiłoby mnie zapierającego dech bólu. Chciałem, by poczuł choć namiastkę tego, co nam wyrządził – tobie, Marii i mnie. Troje dorosłych i jedna niepoznana dusza straciły wiele za sprawą jego decyzji i makabrycznego czynu. Powinienem zgłosić na policji, do czego doprowadziło moje prywatne śledztwo, ale czy wtedy miałbym szansę sam wymierzyć karę?

Szczerze w to wątpiłem.

Szedłem za nim, mijaliśmy kolejne stragany, większość z nich w jakiś sposób niszczył, czy to nacinając stoły, czy wbijając ostrze w jakieś wyposażenie. Czułem, jak robi mi się słabo, kiedy widziałem nóż zbyt blisko kogoś, kto zupełnie nie spodziewał się czyjeś broni tuż przy skórze.

Ciebie też tak zaatakował. Znienacka. Z tego, co powiedział mi śledczy prowadzący twoją sprawę, ten gość nie był taki zupełnie obcy dla policji, jednak między tobą a nim nie znaleźli po dwóch tygodniach ślęczenia nad dochodzeniem żadnych wspólnych mianowników.

Czyli tym dla niego byłeś? Przypadkiem, nieznaną jednostką, którą obrał sobie na cel, by zaspokoić swoje chore żądze?

To dawało mi największy pretekst, by też go zaatakować, też wbić mu nóż – najlepiej od razu w serce, ale czy wtedy nie odszedłby na wieki za szybko? Miał cierpieć jak ty, który umierałeś jeszcze przez kilkadziesiąt minut po tym, jak cię zaatakował. Patolog nie miał co do tego większych wątpliwości, a ja plułem sobie w brodę, że tamtego wieczoru nie oddzwoniłem – może gdybyśmy się jednak spotkali, nadal byłbyś obok mnie całkowicie żywy. 

Szedłem za nim krok w krok niczym cień, którego się jednak nie spodziewał. Zmierzałem w tym samym kierunku, starając się nie deptać mu po piętach, by nie poczuł oddechu tego, który go śledził. Nie miałem przy sobie niczego, bym mógł go zaatakować poza własnymi pięściami i wściekłością kogoś, kto nie ma już praktycznie nic do stracenia. Bo co mi pozostało? Byłem już zupełnie sam, bez ciebie i rodziców, bez kontaktu z pozostałą częścią rodziny, ze znajomymi z pracy, bo w ogóle mi na tym nie zależało. Nie przeszkadzało mi, że jeżeli dopadnę twojego zabójcę, kochany bracie, i też wyrządzę mu krzywdę, trafię za kratki – mógłbym nawet i zostać skazany na śmierć, nie było w tym dla mnie żadnej różnicy. 

Teraz to już nie był teren targu, a bardziej przemysłowa część miasta. Byłem tu kiedyś w sprawach biznesowych, kiedy to zmuszono mnie za sprawą znacznej premii wyjść ze swoich czterech kątów – czyniłem to niechętnie już od wielu, wielu lat, a ludzie wciąż się dziwili takiemu zachowaniu – chyba nawet poznawałem szyld tej firmy, do której wtedy zawitałem. Dobrze, że im się wiodło i nadal istnieli, ale w tej chwili byłem tu w zupełnie innej sprawie.

Widziałem, jak zabójca wchodzi w zaułek między dwoma niskimi budynkami, poszedłem też w tamtą stronę, ale trzymałem się blisko ścian, byle tylko pozostać w miarę niezauważonym. Kiedy wychyliłem się nieco, by sprawdzić, czy gdzieś czasem nie wszedł, dostrzegłem innego mężczyznę ubranego w skórzaną kurtkę. Wydawało mi się, że ma na policzku jakiś tatuaż, ale ze swojej pozycji nie byłem w stanie w pełni tego stwierdzić. Rozpoznałem za to wyraz, jaki malował się na jego twarzy – był ewidentnie niezadowolony albo z widoku twojego zabójcy, albo z tego, co ten był uczynił. Nie wiedziałem, czy uda mi się podsłuchać ich rozmowę, ale moje wątpliwości zostały rozwiane, kiedy nieznajomy uderzył otwartą dłonią w twarz drugiego i krzyknął:

– Czy ty wiesz, kogo zabiłeś?

Zastygłem w bezruchu. Nie wiedziałem, o kim ten mówi, twój oprawca mógł mieć na sumieniu więcej ofiar niż jedynie ciebie, to ciekawość, by poznać, z jakim typem obaj mieliśmy do czynienia, kazała mi pozostać na miejscu i obserwować dalej.

Morderca zatoczył się lekko pod wpływem ciosu.

– O czym ty mówisz, do kurwy nędzy?!

– Ten typ, którego zaciukałeś nożem dwa tygodnie temu, którego chciałeś przerobić na sitko, wbijając się w niego po wielokroć, był urzędnikiem miejskim, do ciężkiego chuja! Wiesz, co to dla nas oznacza?!

„Dla nas”? Czyli ten, który odebrał ci życie, był częścią czegoś więcej, nie tylko psycholem w ludzkiej skórze, za którego go dotąd miałem? Czy powinienem sprawdzić i śledzić większą liczbę osób? Tego nie brałem pod uwagę, nie byłbym w stanie tego zrobić w pojedynkę. 

– Ej no, przecież to tylko taki typek był! – próbował się bronić twój zabójca. – Skąd miałem wiedzieć, nie miał tego napisanego na czole!

Na mężczyznę spadł kolejny cios, a ja czułem satysfakcję, że od kogoś obrywa, choć wolałbym, by drugi wziął nóż tamtemu i zrobił powtórkę z rozrywki – tego właśnie chciałem dla twojego mordercy. Oka za oko, ząb za ząb.   

Choć gdybym sam przyłożył do tego rękę, byłoby mi na duszy jeszcze lepiej.

Czy to czyniło mnie naprawdę złym człowiekiem – poczucie satysfakcji, że komuś innemu dzieje się krzywda? Mógłbym tłumaczyć, że przecież ta gnida, która z taką prostotą odebrała ci życie, jest o wiele gorsza ode mnie, ale i tak – czy sam nie zamieniałem się przez to w potwora?

Nie miałem odwagi, by się wtrącić, poza tym pragnąłem dowiedzieć się, czy twoja śmierć naprawdę przysporzyła komuś problemów. Wiedziałem, że twoi koledzy z wydziału bardzo chcą, by śledztwo wykazało, kto cię zabił, ale jedyne, co robili, to naciskali na policjantów i tylko dzwonili z pytaniami o postępy. Ten mężczyzna z tatuażem zdawał się być zdenerwowany, że właśnie na ciebie padło. 

- Może i nie miał wypisanego, ale przecież nosił oznakę na klapie marynarki, ty ciołku! Jak każdy miejski urzędnik, do kurwy nędzy! Gdybyś przestał być takim ignorantem i choć trochę rozglądał się po własnej okolicy, to byś, kurwa, wiedział, z kim się nie stykać, byśmy mogli nadal działać po cichu. A tak? – w tej chwili mężczyzna kopnął w leżącą nieopodal pustką skrzynkę po piwie, bo chyba w budynku, obok którego staliśmy, była hurtownia napojów różnego rodzaju – to szef się będzie musiał gęsto tłumaczyć, jak spotka się z burmistrzem. Ty debilu jebany!

Trzeci cios był już tylko kropką nad „i” wobec całego tego spotkania. Po tym nieznany mi mężczyzna odszedł w swoją stronę, a twój morderca, mojego kochanego i jedynego brata, całego mojego rodzeństwa, zwijał się jeszcze z bólu i próbował wykrzyczeć jakieś słowa, choć coś go dławiło, przez co brzmiał jak rzężący silnik. Miałem nadzieję, że podczas upadku nie uszkodził sobie czegoś na poważnie, bo przecież sam chciałem go jeszcze dopaść.

Czekałem ukryty w tym samym miejscu, obserwowałem, jak dochodził do siebie, by stanąć ponownie na nogach i także postanowić opuścić tę część miasta. Kryłem się, kiedy mnie mijał, by za szybko nie dostrzegł, że ma jakiś ogon. Ruszyłem za nim, by dowiedzieć się, czy jest jeszcze coś, co mógłbym wykorzystać, by go dopaść i się na nim zemścić. 

Nie miałem pomysłu na to, co mu zrobić, ale przecież nie musiałem atakować od razu – na początek wystarczyło dać mu odczuć, że nie powinien czuć się całkowicie bezpiecznie w tym mieście. 

Nie miał jak mnie kojarzyć, skoro nawet ty byłeś dla niego – jak sam to przecież ujął – tym typkiem, miałem więc po swojej stronie efekt zaskoczenia. Choć nie czułem się złym charakterem, przynajmniej nie jeszcze, nie byłem z pewnością tchórzem. Stawałem twarzą w twarz z wieloma problemami, jakie mogły człowieka spotkać, uznałem więc, że potraktuję go podobnie. 

To pchało mnie do tego, by nadal za nim iść, kiedy obolały wracał w stronę targu. Musiałem działać, zanim znowu znajdziemy się wśród wielu ludzi. Raczej nie będzie tam skłonny ponownie machać może – ten bowiem zgubił, kiedy obrywał od swojego kolegi i chyba nawet zapomniał, że go wcześniej ze sobą miał – ale czy dało się przewidzieć, że kogoś zaatakuje? Wolałem go uprzedzić, to dlatego, kiedy byliśmy bliżej bardziej zatłoczonych ulic, minąłem go, by finalnie zastąpić mu drogę tak, by musiał na mnie wpaść. 

Przyspieszyłem, by go wyminąć, po czym zatrzymałem się dwa kroki przede mną, czego nie zauważył. Zderzyliśmy się, bo przecież w ogóle nie patrzył przed siebie, nie miał pojęcia, że poza nim jest tu jakiś człowiek – zdawał się być całkowicie oderwany od rzeczywistości. Mnie to było na rękę, bo nie był w stanie zauważyć momentu, kiedy do kieszeni tej cholernej koszuli w hawajskie kwiaty wrzuciłem mu maleńki lokalizator. Jeżeli dokładnie nie sprawdzi, czy czegoś w niej nie ma, może przez jakiś czas będę w stanie go śledzić, ustalę, gdzie mieszka lub gdzie często bywa. Planowałem bowiem swoją zemstę dokonać w miejscu, które zna, by poczuł ironię umierania tam, gdzie miał czuć się bezpieczny.

– Przepraszam – burknąłem jedynie, czego chyba nawet nie usłyszał, wciąż pozostając pod kontrolą bólu odczuwanego po niespodziewanym oberwaniu.

Robiło mi się niedobrze na samą myśl, że właśnie ktoś taki mi cię odebrał, na zawsze wyrzucił twoje istnienie z tego świata. Ten człowiek był gorszy od robaka, aż miałem ochotę zrównać go z ziemią, zdeptać, póki nie wyzionie ducha. 

Nie świętowałem swojej chwili małego triumfu, ulotniłem się z orbity tego mordercy, zanim zdołał pojąć, że ktoś mógł go przez chwilę tego dnia obserwować i wręcz śledzić. Wykonałem pierwszy krok z wielu, by dokonać swojego planu, ale czy nie od pierwszych małych kroków zaczęło się tak wiele wspaniałych i wielkich dzieł w historii ludzkości?

Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy dotarłem na cmentarz pod twój kopiec. Nagrobek wciąż jeszcze wykonywano, ale nie miałem wątpliwości, że ucieszyłby cię ten, który wybrałem wraz z twoją niedoszłą żoną. Tego popołudnia miałem nadzieję, że nie masz mi za złe mojego planu, ale najlepiej wiedziałem, jak bardzo jestem od ciebie zależny. Teraz nie miałem już nikogo i niczego poza pamięcią. Chciałem jednak, by twój brak został odczuty przez kogoś jeszcze.

Trzymaj kciuki, bym dopadł twojego zabójcę, dobrze? 

Wiem już bowiem, jaki muszę być.

Gwałtowny niczym szalejący ogień.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz