Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

poniedziałek, 15 czerwca 2026

[214] FL: What you want ~ Wilczy

 

Będzie długo.

__________________

Draco właśnie poprawia włosy, kiedy ja obciągam spódniczkę, gdy do pokoju wlewa się reszta wracających z uczty Ślizgonów. Oboje stajemy z debilnymi uśmieszkami na ustach, założonymi z tyłu rękami, wyprężeni jak struny. Uczniowie w większości nas ignorują. Ale nie wszyscy. 

Tch… – wyrywa się ze mnie jęk irytacji, gdy dostrzegam błysk złotych ślepi, które zmierzają w naszą stronę. 

Szwagier! – woła wysoki chłopak o ciemnobrązowych włosach, uśmiechając się szeroko i rozkładając ramiona. Wcześnie się urwałeś! Chyba nie wyprowadziła cię z równowagi ta wredna szlama, hm? – Szturcha go łokciem pod żebra, a potem przenosi spojrzenie na mnie. – A może…  

Przekrzywia głowę, mrużąc oczy. Odsuwa się o krok, żeby objąć naszą dwójkę wzrokiem i zerka to na jedno, to drugie, wskazując nas na zmianę palcem. Dostrzega potargane włosy Malfoya, moje wymięte ubranie. Nerwowo przełykam ślinę, a na czoło Dracona wstępuje zimny pot. 

– Moja siostra też wcześnie zniknęła – zaczyna detektywistycznym tonem, najwyraźniej świetnie się bawiąc; w tym czasie za naszymi plecami rozsiadają się na kanapie jego koledzy, a Gregory i Vincent stają w cieniu w pobliżu Malfoya. – Czyżbyście wreszcie 

– Przestań, Cain – syczę, zaciskając szczęki i dłonie.  

– No co! Ojciec będzie zachwycony! Chyba nie chcesz zawieść jego oczekiwań? – Cain podchodzi do mnie drapieżnym krokiem i zatrzymuje tuż przede mną. Muszę lekko cofnąć głowę, żeby nasze nosy się nie zetknęły, gdy zagląda mi w twarz. Z bliska jego oczy mniej podobne do moich. Płoną niezdrową żółcią. 

Za naszymi plecami rozlegają się śmiechy i drwiące okrzyki starszych uczniów. 

Malfoy wreszcie znalazł sobie dziewczynę! 

– Yaxley, pozwolisz na to? 

Przecież on z chęcią wyda! Myśli, że w ten sposób dostanie się do skarbca Malfoyów… 

Z tej odległości widzę jak źrenice mojego brata się zwężają, nim gwałtownie się ode mnie odwraca. 

– Który to powiedział?! 

Wśród siódmoklasistów zapada cisza, gdy Cain zmierza w ich stronę. 

– No co, sam bym tak zrobił… – odzywa się niepewnie chłopak o wygolonych bokach głowy i postawionych na sztywno szarych włosach. 

– Nie masz siostry, Vrex. – Cain obchodzi kanapę, zakładając z tyłu ręce. 

– No ale gdybym miał… 

– Nie masz też mózgu. – Cain zatrzymuje się za oparciem. Opiera łokcie po obu stronach głowy Vrexa. – Bo gdybyś go miał, wiedziałbyś, kiedy trzymać język za zębami, a kiedy spierdalać. 

YOU CAN RUN RUN RUN 

YOU CAN HIDE HIDE HIDE

Ręce Caina niespodziewanie sięgają w przód, łapiąc za szaty chłopaka i wyciągają go po oparciu na podłogę, na którą upada boleśnie. Siła, której nabrał Cain na pozycji pałkarza w drużynie Slytherinu jest przerażająca. Tak samo jak grymas na jego twarzy, gdy podnosi Vrexa za kołnierz do pozycji półsiedzącej. Wiem, co się szykuje, więc odwracam wzrok, by na to nie patrzeć. Za sobą słyszę, jak pięść Caina rozbija się o szczękę Vrexa, głuchy jęk i tumult, gdy głowa uderza o podłogę. 

Draco rzuca mi zaniepokojone spojrzenie, ale gdy Cain zwraca się do niego, przywołuje na twarz zwykły, nonszalancki uśmieszek. 

Wiesz, że nie można zostawiać takich spraw, prawda? – mówi Cain, pojawiając się w moim polu widzenia. Zarzuca ramię na kark Dracona, a ten nieco ugina się pod jego ciężarem. – Jak pozwolisz, żeby traktowano cię z góry – Cain dźga go palcem w pierś – będą to robić. Zwłaszcza takie szlamy i szumowiny. Zapomną, że czystej krwi należy się szacunek.  

– Wiem.   

Draco podwija rękawy i zaciska dłonie w pięści, prostuje plecy, na jego twarzy pojawia się wyraz zaciętości, co bardzo mnie martwi. Cain ma paskudną umiejętność wydobywania z ludzi najgorszych cech. I korzysta z niej nieustannie. 

– No! Więc zróbmy to! – Poklepuje Dracona po ramieniu i odsuwa się, zacierając ręce. Dajmy szlamie nauczkę! 

Prycham gniewnie, słysząc tę propozycję, czym ściągam na siebie jego uwagę. 

– A tym samym mojej siostrze. – Zbliża się do mnie, opierając ręce na biodrach. – Zdaje się, że zatraciłaś wartości, które wpajał w nas ojciec. 

– Ty niestety nie – odpowiadam, hardo zadzierając głowę. 

– Przynajmniej jedno z nas nie hańbi nazwiska, Set. 

– Szkoda, że przez nie ja też będę musiała kiedyś odpowiedzieć za grzechy twoje i ojca. 

Cain jest coraz bardziej wściekły. Ja też. 

BUT FEELINGS DON'T LIE 

Wygląda na to, że ciebie też należy przywołać do porządku.  

Robi krok w moją stronę, lecz… 

– Cain? – Po krótkim wahaniu, Draco postanawia interweniować. Kładzie dłoń na ramieniu mojego brata, a on się prostuje, choć wciąż nie spuszcza ze mnie płonących oczu. – Masz rację. – To jedno ze zdań, które mój brat uwielbia słyszeć. Wypuszcza przez nos wstrzymywane powietrze i traci mną zainteresowanie. Na razie.Szlamy muszą znać swoje miejsce. 

– To chciałem usłyszeć! – Cain uśmiecha się szeroko, poklepując Dracona po plecach i zarażając go swoim uśmiechem. – Teraz mogę ci zdradzić, że mam dla ciebie niespodziankę.Odsłania rząd drapieżnych zębów.Za pół godziny na wieży astronomicznej. Weź ją ze sobą. – Wskazuje na mnie głową, a potem gwiżdże na palcach, na co podrywa się z kanapy trójka jego kumpli. Idą za nim, wywlekając za sobą Vrexa, którego dwóch z nich bierze pod ramiona. 

Pieprzony demon z siódmej klasy. 

Zostajemy sami. No, nie licząc całej reszty rozochoconych ucztą Ślizgonów (kątem oka dostrzegam stojącą przy wejściu do damskich dormitoriów Pansy, rzucającą mi nienawistne spojrzenia) i czających się w kącie Crabbe’a i Goyle’a, których Draco odsyła władczym gestem, lecz oni wymieniają ze sobą skonsternowane spojrzenia. 

Powinniśmy chyba 

– Powinni! – podłapuję, bo jakkolwiek nigdy za nimi nie przepadałam, tak teraz czuję, że Malfoy potrzebuje lojalnych mu ludzi, zważywszy na to, że Cain ma swoich. Tak na wszelki wypadek, gdyby ich interesy jednak się nie pokryły. Na co liczę. 

Draco wzrusza ramionami. Obrzuca mnie szarym spojrzeniem, jego blade policzki pokrywają się lekkim różem, gdy wyciąga dłoń. 

SAY, WHAT YOU WANT IT'S ON YOUR FACE 

Moje serce gubi rytm, ale on tylko chwyta za butelkę, którą wcześniej odstawił i pociąga kilka łyków. Proponuje alkohol mi, lecz kręcę głową. 

– No to chodźmy – rzuca od niechcenia, odstawiając butelkę i czeka 

Wciąż wyciąga rękę.  

Zerkam pospiesznie na jego twarz. 

Naprawdę? Wyjdziemy stąd, trzymając się za ręce? Tak jakbyśmyTak oficjalnie? 

Już mam się poddać nastrojowi, gdy wydaje mi się, że dostrzegam coś spod podwiniętego rękawa, lecz wtedy on, z niecierpliwym westchnieniem, sam sięga po moja dłoń. 

Nie będę czekał, Set. 

Jego palce zaciskają się mocno. Wciąż są gorące. Dostrzegam cwany uśmiech, zanim się odwraca, prowadząc mnie za sobą przez pokój wspólny. Bardzo staram się nie spojrzeć w stronę Pansy w obawie, że jej spojrzenie bazyliszka obróciłoby mnie w kamień. Vincent i Greg suną za nami jak dwa potężne cienie. 

Wspinamy się na wieżę bez słowa. Czasem tylko wymieniamy spojrzenia. Nie z Crabbem i Goylem, oczywiście. Ale gdy przyłapuję Malfoya na zerknięciach w moją stronę, trudno mi zapanować nad kącikami ust.  

Gdy wychodzimy na szczyt Draco pociąga mnie aż na blanki, skąd widok na pogrążoną w mroku okolicę zapiera dech. Przez chwilę się nim zachwycam, zaciskając dłonie na zimnym kamieniu balustrady. Widać stąd wiadukt, pięknie doświetlony blaskiem księżyca, ciepłe światła stacji migają spomiędzy drzew. Pamiętam jak pierwszy raz na niej wysiadłam, patrząc z drugiej strony z tym samym zachwytem na kontury zamku. Zaraz przed tym jak się poznaliśmy.  

Skupiam wzrok na chłopaku obok mnie. On nie podziwia widoków. Na jego twarzy gości cwaniacki uśmiech, który tak dobrze znam. Przyglądam się jego ewolucji od lat. Pamiętam go jeszcze z czasów, gdy górne jedynki były nieproporcjonalnie większe w porównaniu do reszty zębów. Ale niechby tylko ktoś spróbował mu to wtedy zasugerować. Teraz odsłania je w ten sam sposób, co kiedyś. Jakby nic się nie zmieniło. 

A zmieniło się wszystko. 

To już nie jest tamten zadziorny chłopak z bogatego domu, trochę zbyt arogancki i zbyt pewny siebie, jakby należał do niego cały świat. Nie dlatego, że zrozumiał, że tak nie jest. Przeciwnie. Wydaje mu się, że wystarczy tylko po niego sięgnąć. Żeby go zniszczyć. 

– Mogę? – pytam cicho, sięgając po jego rękę. 

WE'RE IN LOVE AND A HAZE 
I BET YOUR HEART IS MINE BY MIDNIGHT 

Podaje mi ją, lecz czuję, że się spina, gdy ja sięgam, by unieść wyżej rękaw jego szaty. Zerkam na jego twarz. Draco patrzy na mnie w napięciu, lecz nie jest w stanie zapanować nad zadowolonym z siebie uśmieszkiem, który wygina jego wargi, gdy ja wpatruję się w wytatuowany na jego przedramieniu mroczny znak. 

– Coś ty zrobił… 

Dopiero mój zbolały jęk kurczy ten dumny z siebie uśmiech, zamienia go w grymas niesmaku. Tyle razy go oglądałam. Wystarczyło, że ktoś się odgryzł albo przebił jego żart. Wskakujesz na wyższy level podłości, Draco, prawda? Tym razem dla mnie. 

Próbuje zabrać rękę, zaciągnąć rękaw, ale nie pozwalam. Wodzę palcem po tatuażu, jakbym sprawdzała, czy można go zetrzeć. Czy to nie jakiś głupi numer, który próbuje mi wyciąć. Ale kontury są zbyt świeże, wciąż zaczerwienione, wąż wygląda jak żywy, jego łuski połyskują w świetle księżyca. 

OUR, EMOTIONS MAKING WAVES 

– Proszę cię – korzystam, że jeszcze przez chwilę się odkrywa i opieram czoło o jego ramię – powiedz, że znalazłeś to gówno w gumie do żucia i wystarczy mocno wyszorować… 

Draco odsuwa się, wykrzywiając się w nieprzyjemnym grymasie. 

– Myślałem, że zrozumiesz, że… – zawiesza głos, wpatrując się we mnie. – Przecież Cain… 

– Cain jest skończonym idiotą! 

Mój krzyk, jego zajadły szept, zawieszone między nami jak gęsta mgła. 

– Masz pojęcie, co sobie zrobiłeś? 

Szare oczy patrzą niemal błagalnie, choć wciąż wściekle. 

– Myślisz, że miałem wybór? 

Otwieram usta, lecz nim udaje mi się coś odpowiedzieć, za naszymi plecami rozlega się hałas i oboje się odwracamy, by zobaczyć, jak Cain wprowadza na wieżę… 

– Renee! 

Najpierw mnie paraliżuje. Patrzę w osłupieniu jak mój własny brat obezwładnia moją przyjaciółkę, krzyżując jej ręce za plecami i popycha przed sobą, by zmusić, by pokonała ostatnie stopnie wiodące na szczyt wieży. Blask księżyca pada na jej udręczoną, spoconą twarz, gdy łapiemy kontakt wzrokowy i dostrzegam w jej oczach nadzieję. 

Którą zawiodę. 

– Całkiem ochujałeś! – Mój głos jest nienaturalnie piskliwy, gdy zaciskam pięści i zmierzam na brata, ale wystarcza jedno jego spojrzenie i Vrex – wciąż plujący krwią na boki – wraz z kumplem z łatwością mnie odciągają, majdającą w powietrzu nogami.  

– Niespodzianka! – woła Cain, prezentując Renee w pełnym parodii geście. Szczerzy zęby do Dracona, który stoi nieruchomo przy krenelażu. Na jego twarz pada cień, nie mogę nic z niej wyczytać, tymczasem Cain pogrąża się w szaleństwie. Wybucha śmiechem i dołącza do Dracona przy balustradzie, zostawiając Renee, która nie jest w stanie poruszyć się ze strachu 

– Wiesz, co zrobimy, nie? – Cain zerka na bladą twarz Malfoya, nie przestając się uśmiechać. Poraża mnie kontrast między nimi. Obaj wysocy, ale Cain wyższy, szerszy w barach. Ciemne, prawie czarne włosy i jasne, platynowe. Złote, roziskrzone oczy pełne ognia i szare, w blasku księżyca niemal srebrne, chłodne i oceniające. Uderza mnie myśl, że przez moje podobieństwo do Caina ten sam kontrast zachodzi między mną a Draconem. 

Podobieństwo kończy się na tym, że mi nie odwaliło. 

NO POINT IN FIGHTING FATE 

Ja i Renee patrzymy na siebie w przerażeniu, gdy Cain zdradza jaki ma pomysł: 

– Zrzucimy ją. Zrzucimy szlamę z wieży!  

Wpatruję się w Caina, jakbym zobaczyła go pierwszy raz w życiu. Przez głowę przetacza się huragan reakcji i wyzwisk, wybieram spośród nich to, co wydaje się w tym momencie najlepiej przemówić mu do rozumu. 

– Wyrzucą cię! Jeśli zrobisz coś takiego Nie tylko cię wyleją! Trafisz do Azkabanu! 

Cain śmieje się zimno. 

Azkaban stoi pusty, zapomniałaś? 

– W Hogwarcie nie będziesz mieć czego szukać… 

– A ty myślisz w skali od jeden do dziesięć jak bardzo zależy mi na ukończeniu tej budy?  

Patrzę na własnego brata w osłupieniu, nie mogąc znaleźć argumentu, który odwiódłby go od tego szaleństwa. Kiedy on… stał się po prostu zły? 

I wtedy odzywa się Draco. 

– Zamiast tak od razu z nią kończyć – mówi obojętnym tonem – raczej bym ją wykorzystał. – W jego ręku pojawia się różdżka. – No wiesz – uśmiecha się do Caina, unosząc znacząco jedną brew – jest parę zaklęć, które muszę przećwiczyć. Ty pewno też. 

Mina Caina jest nieodgadniona, lecz wkrótce jego twarz się rozpogadza. 

Sprytneprzyznaje, ściągając brwi, poklepuje go po ramieniu, po czym zwraca się do mnie:Twój chłopak to Ślizgon z krwi i kości!  

Chichocze i wraca po Renee. Próbuję się wyrwać, ale Vrex trzyma mocno, pociągając nosem nad moją głową nosem. 

– To co? Poćwiczymy? – Cain uśmiecha się szarmancko, oferując Renee ramię, zupełnie jakby zapraszał ją do tańca, lecz ona stoi jak sparaliżowana, niezdolna do ruchu, więc łapie ją za kark i prowadzi na blanki. – A może wolisz polecieć?! 

Przechyla Renee przez krenel, czym wydziera z mojej piersi krzyk 

Ona milczy, nie wyrywa się, jedynie patrzy w przepaść szeroko otwartymi oczami.  

– Nie!wrzeszczę, bo Cain najwyżej czeka, aż ktoś zacznie go błagać, żeby przestał. – Cain! Proszę cię! 

Zwraca na mnie żółte, chore spojrzenie.  

– Dobrze – mówi nadspodziewanie łagodnie i zabiera Renee znad prześwitu w blance. Puszcza ją, a ona osuwa się po zimnym murze na posadzkę. – Tak się wyrywasz, to zaczniesz pierwsza. 

Jego uśmiech przeraża. Zbliża się do mnie z szaleństwem w oczach. 

– Pierwszeństwo dla przyjaciół szlam! – woła, znajdując w moich szatach różdżkę. Unosi ją, trzymając w dwóch palcach i przyglądając się jej pod światło.Sosna, włókno z serca smoka, 12,3 cala, zaskakująco giętka – recytuje z pamięci; był ze mną, gdy ją kupowałam. – W sam raz do rzucania zaklęć niewybaczalnych! 

Patrzę na Dracona, szukając pomocy, lecz jego oczy są zimne jak lód. 

– Cruciatus, na początek, będzie więcej niż odpowiednie. – Cain oddaje mi różdżkę, wystawiając język spomiędzy zębów. 

– Oszalałeś – odpowiadam na to, kręcąc głową; opuszczam różdżkę, celując nią w posadzkę. 

– Mówisz? – Cain unosi brwi, wyjmując swoją. 

Tarnina, włókno z serca smoka, 13 cali, sztywna. Czarna, jakby zwęglona. Stworzona, by uderzać. Ja tmu towarzyszyłam, gdy go wybrała. 

Cain przygląda się jej z powagą, śmieje pod nosem. 

Yaxleyowie chyba mają słabość do smoków, nie? – Puszcza oko do Dracona, a ten odpowiada wymuszonym parsknięciem. – No dobrze. Zaczynajmy! – Celuje różdżką we mnie. – Ty pierwsza – przenosi różdżkę na Renee – albo od razu ją wykończę.  

Zwlekam jeszcze przez moment, mając nadzieję, że to się nie wydarzy, że nie będę zmuszona… Że nadejdzie jakiś ratunek. 

– No?! Na co czekasz! 

Gdy pomarańczowe światło depulso uderza tuż obok Renee, krusząc mur, podnoszę różdżkę drżącą ręką.  

Ale nie celuję w Renee. 

Expeli! 

Cain gwałtownie macha różdżką. Siła jego protego posyła mnie na posadzkę. 

Draco robi krok w moją stronę, ale Cain powstrzymuje go warknięciem. 

– Wiedziałem, że tego spróbujesz – syczy nade mną, podchodząc, by brutalnie ustawić mnie do pionu. – Spróbuj jeszcze raz, a następne, co będziesz mogła zrobić, to sprzątnąć prochy koleżanki. A teraz rusz się! 

Koniec tarniny dźga mnie w kark, więc posłusznie się prostuję. Czuję łzy, zbierające się w kącikach oczu. Przepraszam, szepczą bezgłośnie moje usta, gdy patrzę na rozmywające się kontury Renee. Takiej cichej, takiej niewinnej. Przepraszam, muszę to zrobić. Inaczej on… 

Moja ręka drży, tak jak mój głos. 

Crucio. 

Zaklęcie wybrzmiewa głucho, bez echa, lecz z dusznym uderzeniem, które zdaje się ciągnąć mnie za sobą. Tracę stabilność, jakby tąpnął świat. Zatyka mi uszy, widzę, że Renee otwiera usta, zanim upada na kamienną posadzkę, lecz w moich uszach dzwoni nienaturalna cisza. Nie słyszę jej krzyku. Nie zniosłabym go.  

'CAUSE FEELINGS DON'T LIE 

Cofam zaklęcie jak najszybciej. 

– Słabo – ocenia Cain, cmokając. Rozgląda się, nonszalancko podrygując różdżką. – Draco, pokaż jej jak to się robi. 

– Nie… – opieram ręce o kolana, drżąc, czując, że robi mi się niedobrze. – Nie, proszę… 

Głogowa różdżka unosi się niespiesznie. 

Cruciobrzmi pusto i zimno, a potem jest już tylko rozdzierający duszę krzyk. 

Renee krzyczy, przeraźliwie krzyczy, a ja błagam za nią, żeby przestali.  

– Lepiej! – Cain klaszcze w dłonie, gdy Draco kończy. – Teraz moja kolej. 

– NIE!Stoję niepewnie na nogach, osłaniając Renee, która leży za moimi plecami. Nawet nie wiem kiedy udało mi się przed nią wybiec. – Więcej nie… Proszę! Pokazałeś, co potrafisz 

Mój głos jest nienaturalnie piskliwy i jednocześnie ochrypły.  

– Niczego jeszcze nie pokazałem – prycha kpiąco Cain. – A teraz zejdź mi z drogi. 

– Odpuść! 

– Szlamie? – Żółte oczy zwężają się wściekle. – Nigdy. 

– Jesteś taki sam jak ojciec. 

– Na szczęście. 

– Ktoś ją usłyszy! – Sama podnoszę głos. – Na pewno ktoś już ją usłyszał. Zaraz tu przyjdzie i – ogarniam wzrokiem innych, Vrexa, pozostałych siódmoklasistów, Vincenta, Grega – wszyscy wylecicie! Myślicie, że Sami-Wiecie-Kto was ochroni?! Ma wyjebane na takich gówniarzy! Nie jesteście mu potrzebni! Będziecie skończeni! 

Moja słowa oddziałowujące chociaż na tyle, by wzbudzić pełne wątpliwości szepty. Podchwyca je przedłużający głoski głos: 

– Twoja siostra ma trochę racji. – Szare spojrzenie ściera się z żółtym. – Nie mogę wylecieć ze szkoły. On zlecił mi zadanie, które… wymaga mojej obecności tutaj. Jeszcze przez jakiś czas. 

Cain ściąga mocno czarne brwi. Jest rozsierdzony 

Silenco załatwi sprawę, Yax – podsuwa jeden z jego kumpli. Zerkam na niego. Płowe, krótkie włosy, szeroka szczęka. To chyba Paul. Cain przenosi na niego spojrzenie. Nie wydaje się zadowolony z tego rozwiązania, całe szczęście. Unosi palec do twarzy, drapie opuszczony kącik ust. 

– Nie, jeśli już ktoś tu leziemruczy z przekąsem po krótkim namyśle. – Poza tym… Ja chcę słyszeć, jak szlama wrzeszczy. – Zwraca na nią chorobliwie rozpalone oczy, a chwilowa ulga, którą odczułam, natychmiast mija. – Przeniesiemy się gdzieś, gdzie na pewno nikt jej nie usłyszy. – Znów uśmiecha się zwyrodniale. – Ale tobie podziękujemy za towarzystwo. Tarninowa różdżka mierzy między moje oczy. – Już się nam nie przydasz się nam wieczoru. Petryficus totalus! 

YOU COULD TELL ME WHATEVER 

Ręce przywierają do boków. Usta się zlepiają. Nogi prostują do pełnego wyprostu i łączą. Nie jestem w stanie poruszyć nawet gałkami ocznymi. Na wszystko opada niewidzialna kurtyna, przytępiając zmysły. Przez chwilę jeszcze słyszę śmiechy, echo rozmów, poleceń, widzę, jak zbierają z posadzki dziewczynę o jasnych jak słoma latem włosach, której podbródek obija się o pierś, a potem tracę równowagę, gwiazdy wirują nad moją głową, a ja nawet nie mogę zamknąć oczu w oczekiwaniu na uderzenie, lecz ono nie nadchodzi. Gwiazdy na granatowym tle nabierają ostrości. Przez chwilę jeszcze czuję zapach marcepanu. Powoli świat cichnie, zostaję sama z konstelacjami. Chyba widzę Małą Niedźwiedzicę. Renee jest jak mała niedźwiedzica. Skronie robią się mokre, myśli galopują, więżąc umysł. Próbuję niedowierzać obrazom, które mi podsuwa, ale jak skoro sama byłam ich świadkiem. 

Finite. 

Zaklęcie owiewa mnie jak tchnienie wiatru. Tak ciche, że nie jestem pewna, czy je słyszałam. Może sama złamałam zaklęcie? Czuję w palcach mrowienie. Jestem w stanie nimi poruszyć. Zgiąć i rozprostować. Powoli czucie wraca do dłoni, słuch się wyostrza, ale nie wiem, czy to, co słyszę, to szybkie kroki na schodach, czy zaczynający miarowo bębnić deszcz. Czekam, aż wróci mi czucie w nogach, aż krew zacznie żywiej krążyć po ciele. W końcu udaje mi się usiąść, choć robię to za szybko. Skronie pulsują, ale już jestem na czworakach. 

Wstanę. 

Wstaję. 

Ból głowy niemal rozsadza czaszkę. Zataczając się, zmierzam do schodów. Jak z nich nie spadnę, to będzie, kurwa, sukces.  

Powoli, powłócząc nogami, pokonuję stopień po stopniu. Nie wiem, ile to trwa. Długo. Za długo. Gdzie oni są? Gdzie poszli? Gdzie ja powinnam iść? 

Udaje mi się zejść z wieży, lecz nie wiem, co dalej. Mięśnie palą, jakby wybudzane z długiego, bolesnego skurczu. Trzymam się ściany, wciąż ledwo stoję na drżących nogach. 

Co teraz?! 

Pozwalam sobie na kilka sekund paniki. Traumatyczne dzieciństwo nauczyło mnie jak sobie z nią radzić i że rwanie włosów z głowy zwykle nie pomaga. Jeśli masz problem, pomoże tylko znalezienie sposobu, by go rozwiązać.  

Unoszę głowę, przesuwam dłoń po ścianie i zmuszam się do postawienia kolejnych kroków. Mięśnie protestują, nogi się plączą, ale zaczynam odczuwać stopniową ulgę. W połowie korytarza przyspieszam. Wkrótce udaje mi się zmusić do biegu, choć niezbyt skoordynowanego. Zatrzymuję się dopiero pod portretem damy, która ma do zrzucenia kilka kilogramów. Opieram dłonie o kolana, dysząc i zerkając na nią. Portret nie śpi, spogląda na mnie z ciekawością, ale wiem, że mnie nie wpuści tylko z tego powodu.  

– No dobra – mówię, prostując się. – Znam hasło! – zastrzegam, unosząc palec, a dama unosi brwi. – Renee coś wspominała… – Marszczę czoło. – To było coś, że… Farmazony! Nie? To może… Brednie! Bzdury! Gówno prawda! – Dama uśmiecha się drwiąco. – Wiem! Baniakurwaluki! Znaczy… Banialuki! 

Dama uśmiecha się szerzej i portret się odsuwa. 

– No! 

Przechodzę przez dziurę, zataczając się krok za nią. Pokój Gryfonów jest przytulny, lecz nie ma tu nikogo, kto mógłby mi pomóc. Nie szkodzi. To nie może być trudne. Wystarczy myśleć analogiczne. Rozglądam się, odnajdując schody wiodące do dormitoriów. U nas chłopcy śpią po lewej, więc wybieram schody z tej strony. Wspinam się, aż odnajduję tabliczkę z napisem: Szósty rok. Otwieram drzwi, stając twarzą w twarz z pięcioma łóżkami z kolumienkami, zaciągniętymi szkarłatnymi zasłonami.  

No to teraz do pięciu razy sztuka.  

Zaglądam ostrożnie za pierwsze zasłony. 

To ten łamaga Longbottom. 

Drugie. Tego nie znam. Znaczy kojarzę, ale zapomniałam jak się nazywa. 

Trzecie. Rudzielec. 

Ciepło, cieplej. 

Czwarte.  

Parzy. 

Harry. Harry Potter. 

Wchodzę za zasłonę, zaciągam ją za sobą. Kładę dłoń na jego ustach i… To wystarczy, by się obudził. Zielone oczy otwierają się najpierw sennie, potem szeroko, więc dociskam dłoń, jednocześnie kładąc palec na ustach. Zabieram rękę dopiero, gdy Potter kiwa głową na znak, że nie zamierza się drzeć. 

– Co tu robisz, Set?! 

– Ciszej, do cholery. 

– Przecież nie jesteś z Gryffindoru! 

– No co ty, bystrzachomruczę, poprawiając szatę, której zielona podszewka, jakby specjalnie, postanawia się pięknie zaprezentować. – Musisz mi pomóc – mówię pospiesznie, przysiadając na krawędzi łóżka. – Wyciągnij ten swój magiczny papier, na którym wszystko i wszystkich widać. 

Harry patrzy na mnie, mrugając szybko. Za szybko. 

– Nie wiem, o czym… 

– Wiesz. I ja też wiem, więc miejmy to z głowy. No, chyba że nie chcesz wiedzieć, gdzie znika Malfoy… 

Potter pozwala sobie jeszcze tylko na dwie sekundy podejrzliwości, po czym siada, sięga po okulary, a potem do szuflady, z której wyciąga czysty zwitek pergaminu. 

– Skąd wiesz o mapie? – pyta z niezadowoleniem, mrucząc coś cicho. Pergamin zapełnia się atramentowymi szlakami 

– Obiło mi się o uszy – odpowiadam wymijająco. 

– A hasło? Też ci się obiło o uszy?  

Nie odpowiadam, zaciskając usta w cienką kreskę i przyglądając się z ciekawością mapie.  

– Zdaje się, że muszę sobie z Renee uciąć pogawędkę, zanim wszyscy Ślizgoni dowiedzą się jak… 

– Nie jestem jak wszyscy Ślizgoni – ucinam ostro, mierząc się na nad mapą z zielonym spojrzeniem. 

SAY WE CAN'T BE TOGETHER 

– Zauważyłem – wzdycha Harry. – Żadnego jak dotąd nie wpuściłem do łóżka. Wraca do przyglądania się mapie. Jakieś przypuszczenia, gdzie może być? I może zdradzisz wreszcie, co takiego się stało, że wpadasz tu w środku nocy? 

Zerka na mnie zza szkieł okularów, a ja przełykam nerwowo ślinę. Muszę powiedzieć mu prawdę. 

Przynajmniej częściową. 

Sprawdźmy… lochy? I może… nie wiem… tajne wyjścia ze szkoły…  

– Co? Czemu Malfoy miałby włóczyć się po nocy poza zamkiem? 

– Nie wiem! On i… jeszcze kilku Ślizgonów… – Język mi się plącze pod czujnym spojrzeniem. – Och, Harry! Oni… mają Renee. Zrobią jej krzywdę, jeśli szybko ich nie znajdziemy! 

– Co? O czym ty mówisz? Renee? Dlaczego… 

– To nie czas na pytania, musimy się pospieszyć! – Ponaglam go, zaglądając przez ramię na mapę. – Odpowiem na wszystkie później, ale teraz skupmy się na tym, żeby ich znaleźć. 

RUN RUN RUN, HIDE HIDE HIDE 

Nie muszę go dłużej przekonywać. Potter przygląda się dokładnie mapie, przesuwając i rozkładając pergamin, aż w końcu… 

– Jest! – zauważam kropkę opatrzoną imieniem i nazwiskiem Draco Malfoy. Wskazuję ją palcem. – Gdzie to? 

– Błonia – odpowiada Harry, ściągając brwi. – Ale co ona tam robi? 

Kropka porusza się z miejsca na miejsce, zupełnie jakby Draco nerwowo się przechadzał w tę i z powrotem. Nagle kropka się zatrzymuje i po chwili przemieszcza szybko w stronę… 

– Wierzba bijąca. Idzie do tajnego przejścia? – mruczy Harry, mrużąc oczy. 

– Tajne przejście? Dokąd? 

– Prowadzi do Wrzeszczącej Chaty. 

– Jak do niego wejść? – pytam, widząc, że kropka Dracona znika za drzewem. – Wierzba nie jest zbyt pokojowo nastawiona. 

– Wystarczy nacisnąć narośl na pniu, żeby… 

– Ok! Dzięki! 

Uznaję, że więcej informacji mi nie potrzeba. Rozsuwam zasłony i nie zważając na zaspany okrzyk Rona Weasleya („Harry! Czy to była… dziewczyna?”), wybiegam z dormitorium, przemierzam szybkim krokiem pokój wspólny, wypadam na korytarz i dopiero tam czuję na ramieniu czyjąś dłoń. 

Jasne nieba! – syczę, chwytając się za serce. – Potter!  

– Myślałaś, że puszczę cię tam samą i pójdę dalej grzecznie spać, podczas gdy grupa Ślizgonów znęca się nad moją przyjaciółką 

FEELINGS DON'T LIE 

Chłopak rozkłada dłonie, patrząc na mnie z politowaniem.  

No tak. Gryfoni. Zawsze muszą się wykazać. 

Jakby tylko na potwierdzenie tej myśli na moją twarz opada miękka czarna tkanina. 

Cała się trzęsiesz – ocenia Potter, nie przerywając szybkiego marszu, a ja orientuję się, że trzymam w ręku jego szkolny płaszcz. 

– Nie włożę tego – protestuję, prychając i próbując mu go oddać, lecz on go nie przyjmuje. 

– Nie wygłupiaj się. Jesteś cała mokra – zerka na mnie podejrzliwie. – Nie zapytam dlaczego. 

Nie pytaj. Dużo się działo tego wieczoru. Ale głównie to deszcz, który spadł, gdy leżałam sparaliżowana na najwyższej wieży szkoły zaraz potem, gdy uraczyłam swoją jedyną przyjaciółkę zaklęciem niewybaczalnym. O czym nikt nie musi na razie wiedzieć. 

Przeszywa mnie dreszcz, gdy napotykam zielone spojrzenie. 

Potter nie jest głupi. Wie, że nie mówię mu wszystkiego. 

Potulnie wciągam na siebie jego płaszcz. 

Tego mi tylko brakowało. Barw Gryffindoru na sobie. 

Ale przynajmniej mi ciepło. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz