Mimo zakończenia emisji „We Are All Trying Here” nadal trzyma mnie mocno, a jednocześnie przemówił przeze mnie Lim Eun Seop.
Nic nie było dziwnego w siedzeniu przy otwartym oknie z kubkiem kawy, by patrzeć na powoli wyłaniające się na wschodzie słońce. To samo, co od milionów lat, które tylko przez ułamek czasu – jedno ludzkie życie – jest mi dane oglądać. Robiłam tak już wiele racy, niemniej nadal budziło to we mnie podziw nad tym, jak piękna jest natura.
Taki mały miły przerywnik w szarej egzystencji.
Kawa smakowała swoją goryczą, włosy opadały falami na plecy, a ja w samej tylko długiej koszulce tkwiłam na tym parapecie na czwartym piętrze i chłonęłam to, czego człowiek nie zdołał jeszcze stąd w pełni wyplenić, choć pewnie miał już na to plan.
Słyszałam, jak gdzieś pode mną toczą się rozmowy tych kilku osób, które już musiały gdzieś zmierzać – czy do pracy, czy na mszę, a może na tramwaj, byle tylko wsiąść w jedną linię, zająć wolne miejsce i przejechać całą trasę tam i z powrotem tylko po to, by ktoś inny w ogóle nie mógł sobie usiąść. Nie byłam w stanie rozróżnić słów, mogłam za to patrzeć na tę społeczną interakcję i próbować przypomnieć sobie, kiedy sama rozmawiałam w ten sposób ze swoimi sąsiadami. Nie miałam z nimi złych relacjach, co to, to nie, ale nie byłam też najlepszym rozmówcą. Czasami zazdrościłam innym tej umiejętności, zdawała się być naprawdę przydatna w codziennym życiu.
Pierwszy z osiedlowych sklepów właśnie się otwierał, toteż mogłam widzieć, jak starsze sąsiadki zmierzają do niego, wymieniając po drodze najświeższe plotki. Wątpiłam, bym dożyła takiego wieku jak one i miała w sobie taką chęć konwersacji, ale bardzo miło mi się patrzyło na takie obrazki.
Obserwowałam ze swojego miejsca to, co działo się w świecie pode mną, a kawa w kubku powoli się kończyła. Najlepiej byłoby nalać sobie drugą, ale ruszając się z miejsca, by zaparzyć świeżą w aeropressie, usłyszałam właśnie hałasy z pokoju współlokatorki. Lepiej było nie drażnić jej od samego rana czymkolwiek, a nauczona doświadczeniem wiedziałam, że po kawie bywa mniej złośliwa niż przed nią. Poza tym chwila pochodzenia po kuchni dobrze zrobi na mięśnie, niećwiczone w żaden sposób na nic mi się zdadzą.
Zagotowałam wodę, wsypałam kilka łyżek kawy do naczynia i zalałam ją wodą w temperaturze około dziewięćdziesięciu stopni tak, by ją zakryć. Zgodnie z poleceniami jakieś baristki na Instagramie zamieszałam tę miksturę, a kiedy nieco się uspokoiła, wlałam więcej wody, po czym nakryłam, by zaczęła się zaparzać. Minutę czy dwie później nacisnęłam tłok, by fusy wylądowały na spodzie, a w samej kawie były tylko woda, kolor i aromat, nie jakieś drobinki ziaren. Do kubka w miętowym kolorze przelałam napój i postawiłam naczynie na blacie stolika, nalałam także sobie, po czym wróciłam na poprzednie miejsce na parapecie, ale teraz już nie wyglądałam przez okno.
Kiedy się tu przeprowadziłyśmy, znajdując wreszcie kąt pasujący nam obu pod względem powierzchni i ceny – kiedy podzieliło się czynsz na dwie części, to wcale nie wychodziło aż tak dużo – myślałam, że ten ciemny korytarz jest niczym droga, na końcu której kryje się komnata niczym ze średniowiecznych zamków, ze swoimi tajemnicami i niespodziankami. Takie wyobrażenie dobrze mi zrobiło, napisałam bowiem na podstawie tego odczucia krótkie opowiadanie, które wygrało w pewnym literackim konkursie i ot tak, dzięki chwili działania wyobraźni i przyjemności z napisania czegoś, zyskałam tysiąc pięćset dolarów, które mogło pójść na rachunki, nie niszcząc przy tym moich wydatków. W rzeczywistości korytarz był ścieżką prowadzącą od drzwi wejściowych do drzwi niewielkiej łazienki, od której też odchodziło wejście do kuchni i pokoju naprzeciwko. Takie to było prozaicznie, nudne wręcz, a dla wielu ludzi na całym świecie codzienne.
Teraz mogłam, odwróciwszy się nieco na zajmowanym parapecie, patrzeć, jak tym właśnie korytarzem w moją stronę nadchodzi kuzynka. Już w pełni ubrana i nawet umalowana – po coś miała toaletkę w swoim pokoju i te dziwne lusterka i lampy – przybrała już postawę kogoś zdecydowanego do zmierzenia się ze światem. Jak dla mnie nie musiała się szykować jak na wojnę, przyjmując minę osoby zdeterminowanej, by do trupach dojść do celu, ale właśnie na tym polegała różnica między nami – ja przyjmowałam świat, jakim jest, Christine zaś robiła, co w jej mocy, by czynić go pod swoje dyktando i czasami bez skrupułów układała też życie innych, choć sobie tego nie życzyli.
Ja byłam przykładem tych jej eksperymentów, tylko że jako obiekt byłam nastawiona negatywnie do jej ingerencji, przez co nie raz, nie dwa między nami dochodziło do sprzeczek.
Nie chciałam, by zaczęła kolejną z nich, a wyglądała, jakby właśnie bardzo miała na to ochotę. Co by jej z tego przyszło? Nakręciłaby się, kortyzol by jej jeszcze bardziej podskoczył, a przecież nie powinna się za wiele stresować – chciałam, by miała się w dobrym zdrowiu.
– Cześć – powiedziałam, kiedy już znalazła się w kuchni. – Zrobiłam ci kawę. Dobrze spałaś?
Rzuciła mi spojrzenie, które mówiło wiele, ale nie były to dobre wieści. Może i miała już na twarzy makijaż, ale dało się poznać po niej zmęczenie i nie do końca spokojną noc. Jakby budziła się co jakiś czas, nie mogąc zasnąć głębiej. Znałam ten stan z autopsji, to dlatego pijałam sobie w niektóre wieczory jakieś ziółka, ale Christine miała inne podejście – wolała tabletki z melatoniną. Jak widać, nie zawsze pomagały, a zdenerwowanie, z którym się budziła, i ogóle zmęczenie mogły przyczynić się do spadku efektywności w pracy.
Chyba powinnam zadzwonić do naszej babci zapytać, co mogłoby pomóc w takiej sytuacji. Tylko musiałabym zrobić to tak, by kuzynka się nie dowiedziała i nie zorientowała, kiedy nagle poczęstowałabym ją jakimś naparem.
– Ty znowu się rano lenisz? – zapytała z wyrzutem, a ja nie byłam do końca pewna, dlaczego tak mnie atakuje. – Nie masz dzisiaj nic do roboty?
Naprawdę musiała z powodu niewyspania być nie w humorze, skoro od pierwszego zetknięcia wylewała na mnie jad. Spokojnie mogła sprawdzić na grafiku przypiętym magnesem do lodówki, jakie zajęcia mnie dzisiaj czekają, że też idę do pracy, ale tylko do jednej z dwóch i muszę się w niej stawić w południe, by do szóstej po południu być do dyspozycji. Nie miałam tak sztywnych godzin jak ona, ale to nie znaczyło, że w tej chwili oddaję się lenistwu i tak spędzę cały dzień. Po prostu wykorzystuję tę daną mi wolną chwilę na to, by nieco się zrelaksować.
– Zaczynam o dwunastej, jeszcze mam dość czasu, by tak sobie posiedzieć i popatrzeć przez okno na świat wokoło.
– To ci odpowiada, prawda? – zapytała zgryźliwie, całkowicie ignorując naczynie z czekającym na nią napojem. – I co jeszcze, może mi powiesz, że masz zamiar bujać się miedzy takimi dwiema pracami, aż nie dotrwasz do emerytury?
Przygryzłam wargę, byle tylko także nie zacząć na nią warczeć. Nie mogłam pozwolić sobie na przejecie od niej złych emocji, bo wtedy to poranne spotkanie w kuchni przerodzi się w kłótnię, a tego nie chciałam dla żadnej z nas.
– Nie wiem, może jeszcze po drodze wydarzy się coś innego.
Spakowała do torebki jakąś teczkę, po czym podniosła wzrok na mnie.
– I ile jeszcze razy masz zamiar sięgać po to, co się akurat wydarzy? Nie myślisz, by znaleźć tę jedną profesję i w niej siedzieć jak normalni ludzie? Co innego masz zamiar robić? Jaki masz cel, co?
Słońce wzeszło już na tyle, by razić swoimi promieniami w oczy tych, którzy podnieśli ku niemu oczy. Zmrużyłam swoje, przez sekundy widząc pod powiekami żółć z pomarańczą. Gdzieś nieopodal odezwały się jakieś ptaki, z dołu poniosło się szczekanie jakiegoś psa i próba odpalenia samochodu. Codzienne dźwięki miasta, które właśnie wstawało, by zmierzyć się z nowym dniem.
Skoro nie chciałam kłótni, powinnam się uspokoić. Kazałam sobie zachować spokój i nie brać zbyt wyraźnie głębokiego wdechu, bo to mogłoby kuzynkę jedynie jeszcze bardziej wkurzyć.
– A czy muszę mieć jakiś konkretny cel? – zapytałam, odkładając kubek na blat stolika tuż obok. Naczynie zdawało się gotowe do tego, by się zachwiać, nie spadło jednak, choć ta chwila niepewności mogła przyprowadzić o mały atak serca. – Czy nie wystarczy, że będę prowadzić proste życie? Takie, w którym dobrze pracuję, dobrze śpię i dobrze odpoczywam? Przecież to też pewnego rodzaju wysiłek, nie uważasz?
Mierzyła mnie wzrokiem kogoś, kto chętnie by mnie ochrzanił za wymądrzanie się, ale chyba dostrzegała, że mogę mieć rację. Nie skomentowała tego, ale po zaciśniętych wargach mogłam podejrzewać, że uzyskam od niej odpowiedź w swoim czasie.
– Możesz sobie myśleć, że taki status pozwoli ci przetrwać do wieku, kiedy będziesz mogła zgodnie z zasadami sobie odpocząć, ale wierz mi, niedługo odkryjesz, że ta piękna granica zostanie przesunięta, bo uświadomisz sobie, że będziesz musiała pracować znacznie dłużej, niż ci się wydawało. I to w czymś stabilniejszym niż obecne zatrudnienia, bo co z nich niby masz?
Nie miałam pojęcia, kto tak bardzo zaszedł jej ostatnio za skórę, ale musiał ją nieźle wkurzyć, kiedy odgrywała się tak na mnie i to od samego rana. Pilnowałam się, by nie zejść do tego poziomu, a jednocześnie nie być zupełnie pozbawiona emocji, to też mogło ją rozeźlić.
Była jedynym członkiem rodziny – która wcale nie była taka mała, jeżeli chodziło o jej stronę – który dokładnie znał moje grafiki, wiedział, kiedy jestem tylko na obsłudze konferencji i szkoleń, kiedy tylko w restauracji, a w jakie dni spieszę z jednej pracy do drugiej. W obu byłam zatrudniona jedynie na pół etatu, ale nie narzekałam, w obu miałam inny zakres obowiązków i mogłam realizować się na wielu płaszczyznach, nie tylko zamknięta w biurze z dyszącym w kark, pragnącym natychmiastowych wyników szefem jak w jej przypadku. Do tego znajduję też czas, by realizować swoją pasję, jaką jest pisanie opowiastek i startowanie z nimi w różnych konkursach. Mogłabym kolejny raz spróbować przedstawić jej zalety takiej pracy zarobkowej, ale za dobrze znałam wyraz jej twarzy – był ostrzeżeniem: „nie drażnij mnie, jeśli chcesz żyć”.
– Na razie tak jest mi dobrze, nie mam problemu z płaceniem swojej części czynszu i za zakupy, oszczędzam coś, nawet przesyłam rodzicom. Do tego żadna z tych prac mnie nie nudzi ani nie sprawia, że mam ochotę zniknąć. To chyba też ma znaczenie, by zajmować się czymś, co nie wysysa z ciebie sił i duszy, a daje stabilizację, czyż nie?
Widziałam po jej minie, że nie podoba jej się, że mam argumenty, bo nie przygotowała się w pełni do takiej wymiany zdań. Chciała się po postu na kimś wyżyć, a ja byłam pierwszą dostępną osobą, na którą mogła wylać swoje żale i pretensje, choć nie ja jej zawiniłam.
– Zastanów się, czy nadal to jest tym, czego chcesz – rzuciła tylko, nie zaszczycając mnie już spojrzeniem, po czym zabrała jeszcze marynarkę i wyszła.
Drzwi trzasnęły za nią głośno, a ja westchnęłam. Nie lubiłam, kiedy któraś z nas lub nawet obie szłyśmy do pracy po takiej wymianie zdań, bo to wywoływało u nas gniew, który przynajmniej ja przekładałam później na innych, ducha winnych ludzi. To dlatego wychyliłam się na parapecie nieco do przodu – w granicach rozsądku, nie uśmiechało mi się spaść z czwartego piętra, mimo wszystko życie było mi miłe – i krzyknęłam:
– Przyjemnego dnia, Christine! Do zobaczenia wieczorem!
Odwróciła się i spojrzała w stronę naszego okna. Nie odmachała, kiedy ja to zrobiłam, mogłam się założyć, że westchnęła jedynie przeciągle, całkowicie zirytowana moim zachowaniem, i ruszyła w stronę przystanku autobusowego. Patrzyłam za nią, mając cichą nadzieję, że wróci po zmianie do mieszkania i opieprzy mnie, ale zrobi to z uśmiechem na ustach, który powiększy się, kiedy zobaczy naszykowaną dla siebie kolację.
Zamiast niej ktoś inny zareagował na mój okrzyk. Przy jednym z samochodów stojących na parkingu naprzeciwko bloku stał mężczyzna i patrzył w moją stronę, a gdy złapał mój wzrok, jego twarz się wykrzywiła – ze swojej odległości nie mogłam do końca stwierdzić, jaki wyraz przybrałam, ale wyglądało to na kształt uśmiechu – i uniósł dłoń, by mi pomachać.
Nie zareagowałam na to. Atrakcyjny sąsiad z pierwszego piętra był mi praktycznie obcą osobą, nasze ścieżki przecinały się jedynie w drodze do kontenerów, by posegregować śmieci, lub w drzwiach klatki, kiedy spóźniona pędziłam na obsługiwanie konferencji i spotkań biznesowych. Nie byłam w stanie doliczyć się wymienionych uprzejmości, ale na tym kończyła się nasza konwersacja, dlatego zdziwiło mnie, że przywitał się ze mną w taki sposób.
Skinęłam mu głową, po czym zeszłam z parapetu i zamknęłam za sobą okno. Nie chciałam, by ktokolwiek zakłócał mi pozostałą część tego poranka. Do tego wypadało wreszcie zjeść jakieś śniadanie. Chistine wychodziła z domu, mając w żołądku zaledwie jedną szklankę wody pitą na czczo, bo przecież nie miała czasu na posiłek, a poza tym kawiarnia w jej biurowcu serwuje dobre kanapki już od siódmej rano, to i tak zdoła coś zjeść. Nie chodziłam za nią, by zweryfikować, czy faktycznie tak robi, czy może powoli zaczyna zjadać siebie od środka, ledwo co dociągając do pory lunchu.
Mimo że zamknęłam już okno i odeszłam od niego, by usiąść przy stole i wziąć się za posiłek i towarzyszącą mu lekturę powieści kryminalnej, na którą przyszła mi ochota, przed oczami ciągle miałam swojego sąsiada. Pomachał mi tak od niechcenia, nonszalancko wręcz, a jakoś nie mogłam odpędzić się od wrażenia, że to zachowanie nie było zbytnio sympatyczne. Jakby było grą, o której dopiero dawał mi znać, bym ją podjęła, zupełnie nie zdając sobie sprawy z jej zasad.
Nagle ogarnęło mnie uczucie niepokoju. Wróciłam do okna, byle tylko sprawdzić, czy mężczyzna nadal kręci się przy swoim samochodzie, ale już go nie było. Nie widziałam Christine, która w tych kilka minut powinna dotrzeć na przystanek autobusowy, ale co, jeśli tego nie zrobiła? Jeżeli on zaproponował jej podwózkę? Żadna z nas nie miała z nim bliższego kontaktu, co, jeżeli chciał to zmienić, bo miał taką zachciankę, za którą kryły się złe intencje?
Zdjęta niepokojem postanowiłam poszukać telefonu i zadzwonić do kuzynki z pytaniem, czy wszystko, jednak nie dane mi było to zrobić.
Ktoś właśnie zapukał do drzwi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz