Coś z tego wydarzyło się naprawdę.
Przez sekundę byłam jak martwa i ani trochę nie zdawałam sobie z tego sprawy.
Gdyby koleżanka się nie odezwała, po prostu zaczęłabym robić swoje przez narzucone nam przez pewne okoliczności warunki:
– Ale ty masz sine usta!
Sine? Przecież spędziłam ostatnie półtorej godziny tego wiosennego, przyjemnego popołudnia na wypełnianiu ankiety i rozmowach z innymi współpracownikami. Nie zdołałam wejść do miejsc, w których panował chłód lub przenikające zimno, bo jeszcze nie było to konieczne, jak więc mogły się takie stać?
Wydawało mi się, że na sekundę staje mi serca, a po karku, jak przy przeczuciu przeziębienia, przeszło mnie ciepło, a tuż po nim dreszcz.
Spróbowałam się uśmiechnąć.
– Nie są, nie przesadzajmy, przecież nie jestem chora ani też żadnym duchem.
Przebłyski rozbawienia na jej twarzy i jeszcze dwóch koleżanek stojących obok, słuchających mnie i wraz ze mną czekających na rozbudzenie urządzeń, kazały mi podejrzewać, że uwierzyły w moją odpowiedź i że mogę się nieco rozluźnić.
– Możemy ruszać! – poniósł się głos kierowniczki zmiany, a ja wstrzymałam oddech, kiedy koleżanki mijały mnie, by zająć stanowiska i przygotować się do pracy.
Wypuściłam je, kiedy chłód z karku zniknął i sama mogłam wziąć się za wypełnienie swoich obowiązków. Część zmiany już minęła na obijaniu się, bo nie było jak działać, ale teraz już trzeba było się spiąć i robić, co do mnie jako pracownika należało.
Starałam się zapomnieć o tym, co powiedziała koleżanka. Nawet specjalnie – ale tak, by nikt mi się nagle nie zaczął mocniej przyglądać – ugryzłam się w wargę z nadzieję, że to pozwoli ustom nabrać nieco koloru. Nie mogłam wyglądać jak ktoś, kogo od grobu dzieli zaledwie krok.
Nawet jeżeli było to bardzo bliskie prawdy.
Ze względu na nie do końca przewidzianą przerwę – wpierw poinformowano nas, że prądu dla naszego lokalu nie będzie do piątej, a tu się już zrobiło prawie wpół do siódmej po południu – z godzin, które powinnam przepracować tego dnia, nie zostało za wiele, postanowiłam oddać się swoim obowiązkom nad wyraz sumiennie i zrobić, co w mojej mocy, by zamówienia wychodziły szybko, a goście byli zadowoleni.
Słuchałam więc nie tylko tego, co wołali między sobą pracownicy, by usprawnić przebieg kolejnych zamówień, ale też posłusznie wypełniłam polecenie kierowniczki, która w pewnym momencie nakazała mi udać się do pomieszczeń na zapleczu celem uzupełnienia zapasów na kuchni. Załadowałam z mroźni i chłodni, co było potrzebne – wreszcie czując chłód, który naprawdę mógł odbić się na moim wyglądzie – po czym wróciłam, by umieścić każdy z produktów w dedykowanym dla niego miejscu. Działałam wręcz automatycznie, bo czynności te były mi znajome, ciało działało samo z siebie, pamięć mięśniowa miała się dobrze.
Choć tak się starałam zachowywać normalnie, to z jakiegoś powodu przykułam jego spojrzenie. Napotkałam je całkowitym przypadkiem, ładując mrożone produkty do lodówki. Stał kilka metrów ode mnie i choć powinien właśnie zająć się najważniejszymi zajęciami na swoim stanowisku, porzucił frytki, olej i pilnowanie czasu, zamiast tego przeszywał mnie wzrokiem.
W pierwszym odruchu pomyślałam, że może coś mu nie pasuje w moim wyglądzie – nie byłam kimś, kto dbałby o roboczą koszulkę do tego stopnia, by ją krochmalić, uważałam, że samo pranie i prasowanie zdają egzamin, podczas kontroli też nikt się mnie o to nie czepiał – ale po co miałby się nad tym pochylać? Jeżeli więc nie moja aparycja, to co innego kazało mu wbijać we mnie spojrzenie z intensywnością, której się nie spodziewałam?
Także przez moment przeszywałam go spojrzeniem, ale niczego to nie dało, wyraz jego twarzy w ogóle się nie zmienił, w którejś sekundzie po prostu znowu odwrócił się twarzą do swojego stanowiska i zajął pracą, a ja zostałam tak bez słowa i całkowicie zdezorientowana. Musiałam się jednak szybko ogarnąć, by nic w tym naszym trybiku nie przestało nagle działać.
Tyle że ta jakby niepozorna sytuacja zagnieździła się w mojej głowie mocniej od tamtej wzmianki o moich sinych ustach. Nie rozumiałam, co mogło stać u podstaw tego, jak zachował się kolega.
Do końca swojej zmiany pracowałam, jakby nic się podczas niej nie wydarzyło, kiedy na karku narosło mi napięcie – i wyjątkowo wcale nie wzięło się od nadmiaru kofeiny, która płynęła swobodnie moimi żyłami. Przeprowadziłam jeszcze rozmowy z kończącymi o tej samej porze dziewczynami, pożegnałam się z nimi i poszłam jeszcze po shake’a z kawą, by skorzystać z pracowniczej zniżki. To nie mogło pomóc mi w zaśnięciu po powrocie do domu, ale chciałam wierzyć, że odrobina cukru pozwoli mi odegnać uczucie, jakie rozpychało mi klatkę piersiową.
Tylko dlaczego myślałam, że cokolwiek mi pomoże, a nie brałam pod uwagę, że dzień jeszcze się nie skończył i ma prawo mnie zaskoczyć?
Kolega stał bowiem niedaleko stojaka na rowery, przy którym zaparkowałam i swój, ewidentnie na kogoś czekał i znowu przewiercił mnie wzrokiem, gdy nasze spojrzenia się spotkały.
– Wszystko w porządku? – zapytałam go, nie mając pojęcia, co się dzieje i jak inaczej powinnam zareagować.
– Twoje piękno nigdy, przenigdy mnie nie przerażało – powiedział, po czym wyminął mnie i zniknął w ciemności.
Patrzyłam za nim przez dłuższą chwilę, nie rozumiejąc, dlaczego w ogóle się do mnie odezwał. Jako pracownik zatrudniony na niepełny etat nie miałam z nic do czynienia za często. Ale przede wszystkim ignorował mnie przez większość wspólnych zmian, a jeżeli musiał coś do mnie powiedzieć, bo na przykład wchodził na moje miejsce, bym zeszła na przerwę, brzmiał na opryskliwego. Dlaczego akurat dzisiaj musiał zwrócić na mnie uwagę?
– Lepiej się do mnie nie zbliżaj – rzuciłam w ciemność, która go pochłonęła.
Mogło udawać mi się ukrywać swoją naturę, ale jak długo? Jeżeli ktoś zbliży się do mnie za bardzo, wiedziałam, jaki będzie koniec.
Fatalny.
I wtedy ktoś naprawdę się mnie przestraszy. Wręcz na śmierć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz