Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 2 sierpnia 2026

[217] Speak of the devil: I am the storm ~ Wilczy

 I 

 

I am the storm 

 

 

 

Makai, 1 czerwca, 3:05 

 

D 

emon skowyczy, przeszyty długim lśniącym ostrzem, teraz pokrytym posoką. Potępieńcze wycie cichnie, gdy klinga wychodzi z cielska ze zgrzytem, zawadzając o żebra. Bestia pada na pysk, brocząc krwią. Ciemna breja wypływa ciepłymi pulsami, bulgocząc jak smoła. Odnóżogony opadają bezwładnie, wstrząsane pośmiertnymi drgawkami. Stojący nad nim mężczyzna nawet się nie krzywi, strzepując z klingi krew i przyglądając się, jak demon zdycha.  

IMMORTAL TEMPTATION TAKES OVER MY MIND 

Ostatni – mówi cicho i dopiero wtedy pozwala sobie na lekki uśmiech, trącając nogą rogaty łeb, by odsłonić wypalony na karku znak węża pożerającego własny ogon.  

Przysiągł sobie, że nie spocznie, póki nie wybije ich co do jednego. Ścigał te pomioty po krańce piekieł. Przetrząsnął całe, nie spoczął, póki nie wytropił wszystkich. Nietrudno było odróżnić ich od całej reszty bezimiennej masy. Mieli jedną cechę wspólną i nie chodziło tylko o to, że byli paskudni. Wystarczyło liczyć ich kończyny, ogony, skrzydła, czy co tam nadprogramowo wyhodowali. Jeśli było ich więcej niż osiem – wiedział, że z jego krwi. 

– To nie wszyscy! klekocze głos za jego plecami. Grzechoczą dzwonki, gdy błazen wycofuje się, by nie stracić głowy. Sztych katany mija jego gardło zaledwie o cal, a on zanosi się histerycznym śmiechem. – Nie tak ostro, Vergilu! Co jeślibym się nie uchylił? Moja biedna głowa toczyłaby się u twoich stóp i jak wtedy – niebieskie i czerwone oko błyska wesoło – powiedziałbym ci, że jest – jego głos zniża się do lubieżnego szeptu – jeszcze jeden? 

Koniec ostrza tnie ze świstem powietrze i mierzy między różnobarwne oczy. 

Uwolniłem Makai od tego plugastwa. Zimne, niebieskie spojrzenie jest niewzruszone skomleniem błazna, który pada na kolana, parodiując błaganie o litość.Jeśli coś wiesz, błaźnie, to mów i zejdź mi z oczu. 

CONDEMNED FALLING WEAK ON MY KNEES 

– Masz rację, synu Spardy, rzadko się mylisz. – Błazen nachyla usłużnie kark. – Rzeczywiście, w Makai nie pozostał już ślad po chaosie, ale co zrobisz, jeśli ci zdradzę, że rozplenił się na Ziemi? 

Upiorny chichot brzmi jak klekot piekielnego ptactwa, a mężczyzna o białych włosach zdradza pierwsze oznaki irytacji, zaciskając mocniej usta. 

– Co ty pleciesz, Arkham.  

– Mówię prawdę! – Demoniczny błazen rozkłada szerokie ramiona, po czym składa wielkie dłonie o nienaturalnie długich palcach na sercu. – Chciałbym, byś udał się na zasłużony odpoczynek, ale kim bym był, gdybym to przed tobą ukrył! O nie, tobie bym nie skłamał! – zaperza się demon, gorliwie kręcąc głową, a dzwoneczki na jego scalonej z głową czapce błazna hałasują upierdliwie. – On jest na Ziemi. Myśli, że może się przed tobą ukryć. Ale nie może, prawda? 

Różnobarwne ślepia diabła zaglądają w poważną niczym wyciosaną z kamienia twarz mężczyzny, który nie ustępuje demonowi wzrostem, nawet gdy ten prostuje się z nadzieją, szeroko uśmiechnięty 

Zbyt szeroko. 

Czujne niebieskie oczy gaszą ten uśmiech jednym spojrzeniem spod ściągniętych gniewnie brwi. 

Jeśli chcesz mnie wysłać na Ziemię – głos Vergila krzesi w powietrzu iskry – to znaczy, że coś knujesz! 

Tym razem ostrze sięga celu, zupełnie jakby wcześniej wcale się nie starał. Tryska ciemna krew, gdy katana zagłębia się w ramieniu diabła, a on wyje, próbując powstrzymać je dłońmi, kalecząc się. 

– Jak to! Nie śmiałbym! W życiu! Ani tym, ani tamtym! – woła błazen; na raz przestaje się rzucać i znów wybucha rozedrganym śmiechem. – Jesteś bystry, synu Spardy, ale na twoje nieszczęście, ja naprawdę nie kłamię. 

Błazen po raz pierwszy poważnieje, a groteskowe rysy jego twarzy zdają się jakby bardziej ludzkie. Cisza, jaka zalega na dłuższą chwilę, ostatecznie przekonuje Vergila, który wycofuje broń. 

– Jeśli jest tak jak mówisz i któryś z potomków Argosaxa przedostał się na ziemię – mówi rzeczowym tonem, ocierając ostrze o postrzępione fioletowo-czarne ubranie stopione z ciałem demona – znam tam kogoś, kto zajmie się tym problemem. 

Błaznowi rzednie mina. Na moment, bo gdy odwraca się, by czmychnąć, znów chichocze jak wariat. 

 

 

Agencja Devil May Cry, 4 czerwca, 16:05 

 

C 

o jest, do kurwy nędzy, Dante?! 

Młody mężczyzna o włosach, których biały kolor nie ma żadnego związku z jego wiekiem, podryguje gwałtownie, odruchowo odpychając się od biurka nogami, które na nim trzymał, tak mocno, że oparciem krzesła uderza w ścianę. Gdyby po zdarzeniu miał wypełnić ankietę na temat tego, co wówczas bardziej go przestraszyło: rozhisteryzowany wrzask, prawie wywarzone kopniakiem drzwi, czy lufa Bad Blitz wycelowana w jego czoło i nieustannie zmniejszająca między nim dystans, to dopisałby odpowiedź czwartą – dostrzeżone kątem oka spadające i, co najgorsze, puste pudełko po pizzy. 

SUMMON THE STRENGTH OF MAYHEM 

– Nie tak się umawialiśmy!  

Zgrzyta odbezpieczony zamek rewolweru. Dante ziewa szeroko, gdy zimna stal opiera się o jego głowę. 

– Odłóż to, bo jeszcze komuś stanie się krzywda – ostrzega marudnym tonem. 

– Ja nie żartuję! 

Rozlega się huk wystrzału. 

– Ja pierdolę, przepraszam. – Dziewczyna, która pociągnęła za spust, zdaje się tym realnie przerażona. Po jej złości nie pozostał nawet ślad. – Naprawdę nie chciałam. 

– Nie chciałaś?! – Dante wynurza się spod biurka, pod które dał nurka w ostatniej chwili. – Jasny gwint, Izzy, weszłaś tu z odbezpieczoną bronią! Przystawiłaś mi ją do twarzy! – Stuka się palcem w czoło. – Coś mi mówi, że jednak bardzo chciałaś! – Wyrywa rewolwer z rąk zmieszanej dziewczyny, otwiera magazynek i wysypuje na blat wszystkie naboje. – Przestań z tym biegać po okolicy i straszyć ludzi! 

– A jaki tam z ciebie człowiek! – Na powrót denerwuje się dziewczyna, podpierając się jedną ręką pod biodro, a drugą celując w niego palcem. – Gdybym odstrzeliła ci łeb, odrósłby po pięciu minutach! 

INHERIT THE NIGHTMARE 

– Zwariowałaś?! – oburza się Dante, podnosząc z podłogi pudełko po pizzy, żeby wysypać okruszki i upewnić się, że na pewno nie zawieruszył się w nim żaden kawałek. – Potrzebowałbym przynajmniej kilku godzin – koryguje cicho. – Co nie daje ci prawa strzelać do mnie, kiedy ci się podoba! – znów podnosi głos. 

– Nie musiałabym tego robić, gdybyś dotrzymywał słowa!Izzy nachyla się nad biurkiem, czerwona ze złości. 

– Którego?Dante unosi brew, przetrząsając mniej i bardziej dostępne obszary swojej pamięci. 

– Tak dużo ich rzucasz na wiatr?! – piekli się dziewczyna, kopiąc ze złością w biurko. – Miałeś pilnować swojego interesu i nie wpierdalać się w mój! 

– Przecież nie wchodzę ci w drogę! – Dante unosi ramiona, utrzymując opuszczone sztywno ręce. 

– Nie?!Izzy się zapowietrza. – Potwory to moja działka! Tak uzgodniliśmy! Ty się trzymasz demonów! 

– A to jakaś różnica?! 

Ja pierdolę, trzymajcie mnie, kurwa mać. – Zaczyna zbierać rozsypane na biurku naboje. – Oddaj mi ten jebany pistolet.  

– W życiu. 

– Dawaj, kurwa. Jednak rozwalę ci ten durny łeb. 

SURROUNDED BY FATE CAN'T RUN AWAY 

– Dobra, już pamiętam! – Dante unosi dłonie; w jednej wciąż ściska rozbrojony rewolwer. – Obiecałem, że nie będę… Jak to było? Czekaj, spisaliśmy umowę, prawda? – Zaczyna przetrząsać biurko, wsuwając sobie colta za pas. Po krótkiej chwili z okrzykiem triumfu wydobywa z dna szuflady ubrudzoną sosem kartkę. – Gdzie to było… Nie będę, nie będęO, mam: Podczas polowań zobowiązuję się zachować szczególną ostrożność przy rozpoznaniu rodzaju istot demonicznych i nie podejmować czynności egzekucyjnych na gatunkach potworowatych, zwłaszcza zagrożonych, zwłaszcza w okresach godowych, a przypadki przejścia zgłaszaćJa pieprzę, naprawdę podpisałem coś takiego? – Dante marszczy brwi i odwraca kartkę, szukając swojego podpisu. – Naćpany byłem, czy co? 

Dziewczyna prycha nerwowo, przytupując nogą. 

– Co mnie to obchodzi, zgodziłeś się na warunki. Ustawa o uczciwej konkurencji wyraźnie mówi, że… 

– Czekaj, czekaj. – Mężczyzna podnosi dłoń, zatrzymując ją w pół słowa i wciąż śledząc wzrokiem treść umowy. – Brakuje pieczątki. 

– Co? 

– Popatrz. – Kładzie na blacie dokument i odwraca go w jej stronę. – Nie podbiłaś się. – Szeroki, cwany uśmiech rozciąga jego usta. – Umowa jest nieważna. – Na jej oczach podnosi i drze papier. 

Izzy zamiera. Nic nie mówi, pociągając nosem i patrząc w pustkę. A potem: 

– Ty chuju – mówi dziwnie spokojnym głosem. – Jesteś skończony. 

KEEP WALKING THE LINE, BETWEEN THE LIGHT 

Mierzy palcem, powoli na niego wskazując i kiwając głową jak w transie, po czym odwraca się, żeby odejść. Dziwna, mroczna i lepka aura roztacza się wokół niej. Dante zerka za okno, mając wrażenie, że nagle się zachmurzyło i ze zdziwieniem przygląda się zalanejońcem ulicy 

– Ta, i niby co zrobisz? – prycha za nią, ale nie tak pewnym tonem, jakby chciał, oblany przeczuciem, że jeśli pozwoli jej teraz wyjść, wydarzy się coś złego. 

– Co zrobię? 

Dziewczyna zawraca. 

– Obdzwonię wszystkie pizzerie w mieście. Powiem, że macie tu pluskwy, gnidy i mole ludojady, które wpierdolą żywcem każdego dostawcę, który postawi nogę na progu. Że pierzesz tu pieniądze i każdy banknot jest znakowany, a służby specjalne są już na twoim tropie. – Zatrzymuje się o metr od Dantego, dzieli ich tylko biurko. – Zdrowe odżywianie. Domowe posiłki. Bigos, schabowy i ogórkowa. Mówi ci to coś, Dante? – Patrzy twardo w jego zatrwożone, turkusowe oczy. – Tylko to ci zostanie.  

– Nie zrobisz tego… 

I podjebię do sanepidu każdą kawiarnię, w której sprzedają truskawkowe lody. Zamkną wszystko w pizdu! 

– NIE! 

 – A to – wychyla się przez biurko i wyciąga zza pasa sparaliżowanego ze strachu mężczyzny swój rewolwer – sobie zabiorę. Na przyszłość.  

Nieporadnie umieszcza naboje na powrót w magazynku i jest już przy drzwiach, gdy słyszy za sobą: 

– Dobrze! Przekieruję do ciebie każde zlecenie, które będzie miało związek z czymś mniej niż pełnowymiarowym demonem! – zgadza się Dante, a Izzy uśmiecha się szeroko, nie odwracając do niego.  

Nie można było tak od razu? 

– Podpiszesz? 

Dziewczyna zerka za siebie i widzi, że Dante pospiesznie zapisuje coś na nowej kartce 

– Jeszcze pieczątka. – Z upodobaniem, wystawiając przez zęby czubek języka, stawia stempel tuz przy swoim zamaszystym podpisie, na który składa się tylko imię. – Masz swoją? 

Izzy rzuca mu groźne spojrzenie, a potem przygryza kciuk i przykłada go do papieru, zostawiając na nim krwawy odcisk. 

– Spróbuj to zakwestionować – syczy przez zęby, składając na nim parafkę. Dante nic nie mówi. Wyciąga rękę, by uścisnąć jej dłoń na znak porozumienia. 

Dziewczyna już chwyta za klamkę, gdy on jednak rzuca od niechcenia: 

– Wiesz, że ostatnio miałem sporo reklamacji, prawda? – W jego głosie brzmią teraz nuty rozbawienia, on sam drapie się beztrosko po potylicy, mierzwiąc miękkie białe włosy. – Cieszę się, że się tym zajmiesz! Jeden koleś zgłaszał, że pod domem rozmnożyły mu się behemoty, ale… to już twoja działka, prawda? 

LED ASTRAY 

 Drzwi trzaskają, a Dante się śmieje. Przestaje, gdy za nimi znowu rozlega się huk wystrzału, a potem głośne bluzgi mieszane z przeprosinami. 



 

 

Zakład depotworyzacjiLast Leash”, 7 czerwca, 3:30 

 

T 

ej nocy coś nie daje jej spać, dręczy mocniej niż zwykle. Myśli drapią po głowie, wyścielając wnętrze czaszki lękami. Każda pozycja jest niewygodna, nieważne jak się ułoży, zapada tylko w krótkie, płytkie drzemki, z których wciąż wybija ją szybsze bicie serca. Kilkukrotnie ma wrażenie, że ktoś woła ją pełnym imieniem, ale obwinia o to półsen, w którym się znajduje, bo nikt się tak do niej nie zwraca, a kiedy w oddali toczy się grzmot, odrzuca cienką kołdrę i siada na łóżku całkowicie rozbudzona. 

To dlatego, myśli, patrząc za okno w pokoju pracowniczym znajdującym się na najwyższym piętrze dawnego zakładu przemysłowego, który wynajęła. Przekształciła go na własny użytek, a w jednym z pomieszczeń socjalnych urządziła swoją sypialnię. Miała z niej widok na panoramę miasta, o który nie podejrzewałaby dawną przetwórnię mięsa. Nad miastem przetacza się błyskawica, rozświetlając niebo. 

I AM THE STORM THAT IS APPROACHING 

To dlatego nie może spać. Na co dzień ma sporo wigoru, ale gdy nadciąga burza, te zasoby się podwajają. Zupełnie jakby czerpała energię bezpośrednio z wyładowań elektrycznych. Czuje się świetnie za każdym razem, gdy pioruny walą w ziemię w pobliżu i zwykle chętnie korzysta z darmowego zastrzyku energii, nie mogą usiedzieć w spokoju. Teraz też wyskakuje z łóżka i zaczyna się ubierać, z łatwością porzucając resztki snu, który i tak nie przynosił regeneracji. 

Wychodzi na korytarz i opuszcza część administracyjną, przechodząc na metalową klatkę schodową, która wiedzie w dół. Tutaj grzmoty słychać wyraźniej, a gdy schodzi niżej, mieszają się z warczeniem, prychaniem i rykami, które nie mają nic wspólnego z przechodzącą niedaleko burzą. 

– No już, spokojnie – mruczy pod nosem, zbiegając w dół.  

Zatrzymuje się przed masywnymi, stalowymi drzwiami i już kładzie na ich dłonie, gdy nagle gwałtownie się odwraca. Serce galopuje, wprowadzając ciało w tryb gotowości. 

Jest pewna, że ktoś dopiero co stał za jej plecami. 

Ale nikogo nie ma. 

Rozgląda się dookoła, zaglądają w wiodący na lewo korytarz. Jest pusty. Idzie w drugą stronę, aż dociera do bramy segmentowej i upewnia się, że jest zamknięta. Wpisuje kod w panelu obok, a ona unosi się ze zgrzytem. 

Uderza w nią zimny powiew wiatru. Zapina bluzę i otula się ramionami, wychodząc przed zakład. Rozgląda się po niewielkim parkingu. Jest opustoszały, nie licząc jej pick upa. Zrywające się raz po raz podmuchy toczą po nim pojedyncze śmieci. Ciemne chmury mruczą groźnie nad jej głową. Na ziemię spadają pierwsze, ciężkie krople deszczu. 

PROVOKING BLACK CLOUDS IN ISOLATION 

Izzy jeszcze przez kilka chwil stoi na zewnątrz, wpatrzona w ciemność między drzewami, czającą się na krańcach parkingu, a kiedy deszcz się wzmaga, pociąga nosem i szybkim krokiem wraca do środka.  

Kumulująca się w niej energia tej nocy jest mroczna i pełna spięć, które rozchodzą się po jej ciele jak wieszczące coś złego impulsy, podnosząc włoski na rękach i karku. 

Przyjdą po mnie, przebiega jej przez głowę, jakby ktoś z zewnątrz podrzucił tę myśl, a ona staje się zbyt plastyczna, zbyt pewna, by móc ją odrzucić. 

Ale nie budzi w niej przerażenia. Od dawna na nią czekała. 

Wiedziałam, że przyjdą. Ale nie wiedziałam kiedy. Czekanie jest najgorsze. Teraz przynajmniej będę mieć je z głowy.

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz