Grass pojawił się w jednym z moich tekstów w zeszłym roku – Nadie sabrá. Kto chce, może tam zajrzeć, aczkolwiek nie trzeba znać tego bohatera, akcje obu tekstów są bowiem osobnymi, niezazębiającymi się historiami.
Z językiem, który chciał wydobyć się z ust, bym mógł się nieco schłodzić, uniosłem dłoń i przetarłem nią spocone czoło.
Jego wzrok upewnił mnie w tym, co sam podejrzewałem – ten jakże zwyczajny gest pozostawił na skórze czerwony ślad świeżej krwi.
Człowiek przede mną zbladł i wyglądało na to, że może stanąć ze mną w szranki w konkursie na to, który z nas szybciej zejdzie z tego świata.
Tylko że to on wymierzył w moją stronę broń, to on strzelił.
Z rany nadal ulatniał się dym od kuli, która utkwiła między warstwami skóry lub nawet głębiej w tkance między organami. Nie było opcji, bym sam sobie z tym poradził, tu potrzebna była pomoc chirurga. Dobrze, że jednego znałem i nawet miałem na szybkim wybieraniu, choć jemu się to pewnie nie spodoba. O ile nie zdecyduję się jednak zadzwonić po pogotowie, to rozwiązanie może być nieco pewniejsze.
– Ja pierdolę, przepraszam. – Mężczyzna, który pociągnął za spust, zdaje się tym realnie przerażony. Po jego złości nie pozostał nawet ślad. – Naprawdę nie chciałem!
A wcześniej, kiedy zaszedłem do niego, by wyjaśnić mu, że nie może straszyć klientów pozwami za to, że ci sugerują mu źle wykonane usługi, ani tym bardziej bić ich – również na oczach świadków – to wygrażał mi od najgorszych. Jak to jeden niepozorny strzał może wydobyć z człowieka taką potulność względem innej jednostki.
Spojrzałem w jego stronę, już w żaden sposób nie wyglądał na tego drobnego przedsiębiorcę, co to nie chce się również ustosunkować do nowych przepisów, tylko wszczyna burdy na targu, a ochroniarzy ma najwidoczniej za swoje tarcze do treningów strzelania. Powinienem sprawdzić w rejestrze, czy w ogóle jest w nim informacja o posiadaniu przez tego człowieka broni. Jeżeli nie, na listę jego występków mógłbym wpisać jeszcze jeden zarzut.
Kurde, a trzeba było iść do policji, miałbym awanse za podobne akcje i uznanie na dzielni, a nie tylko pełne politowania spojrzenia osób nie wiedzących do końca, czym się zawodowo zajmuję.
– Gdyby pan nie chciał, to byś tego nie zrobił – stęknąłem, próbując wstać, ale nieco uginały mi się kolana. – Naciśnięcie na spust to nie jest kwestia przypadku, nie uważa pan?
– Przepraszam, ja…
– No już, niech tu pan z łaski swojej podejdzie i da się zapiąć, muszę po karetkę zadzwonić.
– Sam pan to zrobi?
Patrzyłem na niego, oceniając, który z nas jest w gorszym stanie. Mnie może doskwierał cholerny ból i krwawienie, ale chyba więcej zostało mi w głowie niż jemu – nie tylko na gotowego zemdleć wyglądał, ale i na kogoś, kto podejmie złą decyzję, jeżeli nikt inny się nim w tej chwili nie zajmie.
– Tak, sam, dam radę, niech no pan już tylko nie ucieka, okej? Nie dam rady dłużej pana gonić.
Poczucie humoru trzymało się mnie jedynie dzięki adrenalinie, nie miałem wątpliwości, że kiedy do mojego ciała w pełni dotrze, co takiego się wydarzyło, spowije mnie mrok i cierpienie, a medyczna pomoc będzie więcej niż konieczna.
Kupiec niechętnie podszedł bliżej, nadal trzymając pistolet w ręce, co wciąż budziło we mnie niepokój. Skoro wystrzelił raz, kto mógł przewidzieć, że nie zrobi tego znowu? W tym wąskim zaułku między pawilonami nie było nikogo poza nami, gdzieś dało się słyszeć głosy innych ludzi, ale były za daleko, bym mógł ocenić, czy ktoś zdoła mnie usłyszeć.
– Każdego pan tak kulką traktuje? – zapytałem, wystukując przy tym numer alarmowy na swoim telefonie. – Tak profilaktycznie, by nikt nie chciał pana okraść ani podłożyć panu jakieś świni lub bomby?
Spróbowałem zażartować, ale zamiast ze zrozumieniem mojego poczucia humoru spotkałem się ze zjawiskiem tego, jak szybko do oczu innego człowieka mogą napłynąć łzy. Kupiec, nadal blady jak śmierć, upodobnił się za sprawą wilgotnych oczu do jakiegoś dziecka, do którego wreszcie dotarło, że jego głupi uczynek mógł mieć straszliwe w skutkach konsekwencje. Nie byłem kimś, kto lubił wchodzić w interakcje z drugim człowiekiem, nie bardzo wiedziałem, jak pocieszać innych, kiedy coś się działo. Raz mi wyszło okazanie wsparcia, ale to była chwila słabości, której starałem się zbytnio nie rozpamiętywać.
– Ja nie chciałem… – powtórzył mężczyzna, ale nie odpowiedziałem mu nic, bo po drugiej stronie słuchawki wreszcie usłyszałem głos dystrybutora.
– Dzień dobry, numer alarmowy XXX, proszę opisać, co się dzieje.
Bez zbędnej zwłoki przedstawiłem się nie tylko z imienia i nazwiska, ale podałem też swój numer identyfikacyjny urzędnika terenowego, w treściwych zdaniach przedstawiłem sytuację, jak też napomknąłem, że poza mną nie ma innych wyraźnie rannych, ale przyda się wsparcie psychologa dla mężczyzny, którego złapałem-nie-złapałem.
– Proszę też przekazać policjantom, by nie podchodzili do niego jak do wielkiego przestępcy, jest wyraźnie poruszony, do tego nadal trzyma broń. Nie chcemy ryzykować żadnego innego zdarzenia.
Gdybym mógł widzieć dystrybutora, pewnie zobaczyłbym, jak kiwa potakująco głową na każde z moich słów.
– Przyjąłem, patrol już do panów jedzie. Będę na linii, póki nie dotrze na miejsce. Proszę mi powiedzieć, jak się pan czuje? Krwawienie z rany ustało? Czy kula przeszła na wylot?
Prowadziłem rozmową jak większość swoich, nie lubiłem korzystać z funkcji głośnika i chyba tym razem dobrze na tym wyszedłem – gdyby przedsiębiorca słyszał tę wymianę zdań, mógłby mi w którymś momencie zemdleć, a nie miałem wątpliwości, że w tych okolicznościach ledwie mi idzie zajęciem się samym sobą. Lepiej było nie zaczynać tematów, które stałyby się zapalnikiem do jakichś krzyków czy prób autodestrukcyjnych, mężczyzna bowiem wyglądał na takiego, co to może się pokusić o jakieś samobójcze zapędy.
Odpowiedziałem dyspozytorowi spokojnie i cicho, po czym rozpocząłem rozmowę z siedzącym obok mężczyzną, byle i jego myśli odgonić od tego, co się wydarzyło.
– Długo pan prowadzi ten swój biznes? – zapytałem, poprawiając się nieco, a właściwie dźwigając, by stabilniej oprzeć o ścianę wątpliwej jakości. – Kojarzę, że zanim zostałem urzędnikiem przed siedmioma laty, to już widziałem szyld podobny do pańskiego, tylko nieco bliżej centrum miasta.
– A bo w istocie miałem, miałem – odpowiedział i odłożył pistolet na betonowe podłoże ścieżki. – Póki mi się dobrze wiodło, to prowadziłem kramik tuż przy budynku poczty, ale wie pan, jak to bywa. Przychodzi inna władza lub właściciel, czynsz podnosi niemiłosiernie, a człowiek to jednak musi zarabiać, by żyć.
– I zawsze sprzedawał pan do samo? – dopytywałem nie tyle z ciekawości, ile po to, by nie pochylać się za bardzo nad bólem, który właśnie odczuwałem.
Niby miałem na sobie płaszcz i sweter, co stanowiło pewnego rodzaju barierę, nie zmieniało to jednak faktu, że zostałem postrzelony, kula nadal tkwiła w moim ciele – może nawet bliżej narządów wewnętrznych, niż byłem w stanie to ocenić – a ja wciąż traciłem krew. Robiłem, co przyszło mi do głowy, byle tylko nie stracić przytomności. Chłód ściany nieco mi w tym pomagał.
Że też zostałem ranny w takich okolicznościach i to nie z rąk jakiegoś poważnego, budzącego postrach bandziora, tylko drobnego przedsiębiorcy gotowego na wszystko, byle tylko chronić interes.
Boże, nie będę miał śmiałości, by opowiadać o tym kolegom w pracy, wyśmieją mnie jak nic. Pewnie także Nari uśmiechnie się pod nosem i z mojego image’u mrocznego gościa niewiele pozostanie.
– No tak, bo to właściwie spuścizna po ojcu, który nie chciał być taki jak dziadek. Wie pan, dziadek to w fabryce robił, przeszło cztery dekady dzień w dzień, w piątek, świątek czy niedziela, jak zaszła potrzeba, to szedł i robił, byle tylko produkcja leciała, towar trafiał za granicę, a właściciel zbijał kokosy, kiedy im niewiele ponad najniższą dawali. Ale tacy to byli wtedy ludzie, cieszyli się, że w ogóle mają gdzie robić i za co jedzenie do gara włożyć. Teraz to wszystko na wyciągnięcie ręki jest, sam pan dobrze wie. Ale ojciec nie chciał tak pod cudze dyktando robić, żyły wypruwać i guzik z tego mieć. Dlatego postanowił otworzyć kiosk z takim towarem, mnie się to już za dzieciaka spodobało i tak to przeszło. No. A ja to chciałem swoim synom zostawić, ale teraz to nie wiem, co z tego będzie. Wystąpi pan o odszkodowanie?
Kiedy tak słuchałem jego opowieści, myślałem, że może pomogłem mu na chwilę uwolnić się od rzeczywistości i tego, co się między nami wydarzyło, ale wychodziło na to, że nadal miał świadomość swojego czynu, jak i konsekwencji, które mogą za tym iść.
Chciałem się poprawić, ale zamiast tego ciało przeżyła mi nowa fala bólu. Myślałem, że jeszcze chwila, a tu zemdleję i niewiele zostanie z ratunku, choć dyspozytor nadal był po drugiej stronie i słuchał tego samego. Odezwał się nawet, gdy ja nie miałem siły myśleć nad odpowiedzią:
– Przepraszam, przerwę panom, ale czy słyszą panowie dźwięki karetki? Panie Grass, czy nadal jest pan przytomny? Czy rana nadal krwawi?
Od momentu, kiedy zdołałem usiąść na twardym podłożu, przycisnąłem do rany połę swojego płaszcza, ale czułem, że materiał nasiąkł już dość dobrze. Mnie za to z każdą chwilą było bliżej do śmierci.
– Jestem przytomny i nadal krwawię.
– Dam im znać, by się pospieszyli.
W istocie dało się już usłyszeć odległy dźwięk syren, ale nieco bliżej przebił się dość znajomy głos.
– Grass? Gdzie jesteś?
Powstrzymałem się przed wyrzuceniem z siebie krótkiego przekleństwa, a mentalnie zacząłem szykować na małe przesłuchanie z jej strony. Nie miałem bowiem wątpliwości, kto taki właśnie mnie szuka i woła, podążając za jadącym gdzieś właśnie radiowozem. Moja zawodowa partnerka była świetna w naszym fachu, szczerze ją podziwiałem za podejście do cierpiących i nieustępliwość wobec przestępców, jak i czułem przed nią lekki respekt. Wiedziałem, że nie miała łatwego życia, a to uczyniło ją twardą, jak czasami też przerażającą. Niekiedy nie byłem pewien, czy zdołam w porę dostrzec, co takiego zrobi.
– Jestem tutaj! – odkrzyknąłem, ile tylko miałem sił, ale wyszło to naprawdę marnie.
Zatrzymany przeze mnie mężczyzna krzyknął o wiele głośniej.
– Jesteśmy tutaj!
Gae Nari wpadła do zaułka z bronią przytwierdzoną do pasa. Po jej minie widziałem, że szuka mnie już jakiś czas i jest gotowa na danie mi niezłej reprymendy. Szybko otaksowała otoczenie wzrokiem i pojęła, co takiego się dzieje lub przynajmniej domyśliła, o co może chodzić. Walczyła ze sobą, by nie zacząć mnie opieprzać, kiedy do nas podchodziła. Wyglądała tylko na nieco zdyszaną po biegu, ale nic jej raczej nie było, czyli na razie dzień mijał bez większych przygód przynajmniej u niej. Mimowolnie się uśmiechnąłem.
– Cześć – wyrzuciłem z siebie, po czym syknąłem, czym zwróciłem na siebie uwagę dyspozytora.
– Panie Grass?
Nari znalazła się obok, zaczęła przyciskać do mojej rany także swoje ręce i szybko przedstawiła się zarówno pracownikowi numeru alarmowego, jak i zatrzymanemu przeze mnie mężczyźnie, który poza jednym postrzeleniem zdawał się być porządnym człowiekiem, co to nie uchyla się od odpowiedzialności. To dobrze, kiedy go zakują, a on się przyzna do użycia wobec mnie broni palnej, nie będę sam musiał się zbytnio tłumaczyć.
W tej chwili marzyłem już, by sobie zasnąć i obudzić się w świecie, w którym nic mnie nie boli.
– Grass, zostań jeszcze z nami – Nari nie miała oporów, by znienacka sprzedać mi solidnego liścia.
Oprzytomniałem w jednej sekundzie.
– Przecież nadal jestem – wydobyło się z moich ust, a z tej samej strony, z której nadeszła kobieta, rozległy się także kroki innych ludzi.
Mrugnąłem raz czy dwa, a nagle w zaułku było o wiele więcej osób, przedstawicieli różnych służb, którzy zajęli się sprawą. W tym mną, opatrując, na ile było to możliwe, po czym ładując mnie do karetki. Urzędniczka Gae nadal była w pobliżu, dodając mi tym samym otuchy – oczywiście nikomu nie przyznałbym się do tego, jak się bałem, póki się w porę nie zjawiła. Nawet takiemu pozornie nieczułemu gościowi jak ja nie uśmiechało się odchodzić na wieki w zupełnej samotności.
Ratownik ładujący mnie do pojazdu poinformował moją koleżankę, do którego szpitala mnie zabierają i że bez zbędnej zwłoki przystąpią do operacji, by wyciągnąć ciało obce tkwiące w moim wnętrzu. Nari oznajmiła mu, że zajedzie na miejsce własnym samochodem, po czym zwróciła się do mnie tonem kogoś, kogo zupełnie nie dziwi to, co się wydarzyło:
– Tylko mi nie mów, że mam ci przynieść jakiś kosz z owocami, bo tego ode mnie nie dostaniesz. Inni z urzędu ci przyniosą.
– Wcale nie oczekuję od ciebie czegoś takiego – burknąłem i skrzywiłem się nieco, kiedy ratownicy poprawiali mnie na noszach już we wnętrzu karetki. – Powiem, by dali ci znać, jak już wyjmą ze mnie tę kulę.
– Niespotykane, że tak długo jesteś przytomny i całkiem skoncentrowany – zauważyła, ale nie miała już jak usłyszeć wyjaśnienia tych, pod których pieczę trafiłem, bo bez słowa zamknięto drzwi.
Karetka ze mną na pokładzie ruszyła przed siebie, a mnie kolejny raz w życiu przeszło przez głowę, że choć dość prawy ze mnie człowiek, to któregoś dnia zginę marną śmiercią i nawet ktoś taki jak Gae Nari nie zdoła dotrzeć do mnie na czas.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz