– Kyo-san!
Rozpaczliwe zawodzenie i głośny tupot stóp stawiają ją na nogi. Ociera pięścią oczy i odwraca się do drzwi akurat w momencie, kiedy do kajuty wpada dwójka mężczyzn.
– Co jest!
– Ten pierdoła – Nishida dyszy, opiera jedną rękę o udo, drugą wskazuje Minamiego – wygadał się.
Hashire ściąga mocno brwi, podpierając się pod boki.
– Kretyn – wyrzuca z siebie, świadoma, że wyrzuca z siebie emocje, z którymi Minami ma niewiele wspólnego – wiedziałam, że to dla ciebie za trudne zadanie: trzymać gębę na kłódkę!
Taktycznie przemilcza, że sama również się nie upilnowała.
– No nie! Po pierwsze to mam dosyć na dziś bycia wyzywanym, po drugie… Twoja metoda i tak nie działa!
– A skąd możesz to wiedzieć!
– Odkąd wsiadłaś na statek nic się nie zmieniło, więc może powinniśmy zmienić taktykę. – Minami pociera w zamyśleniu czoło, wzdychając jak człowiek ciężko doświadczany życiem. – Myślałem… Byłem pewien… Że teraz… Gdy zostaliście sam na sam… No jeśli to nie odświeżyło mu pamięci…
Nishida dostrzega tężejącą minę Hashire i ciągnie Minamiego za rękaw rozpiętej koszuli, by zwrócić na siebie jego uwagę i móc mu przekazać, żeby się zamknął.
– Jeśli co nie od odświeżyło mu pamięci? – Hashire przytupuje nogą, lecz ani to, ani dyskretne sygnały Nishidy nie powstrzymują Minamiego.
– No że go… Albo on… – Minami dostrzega wreszcie niewypowiedzianą groźbę i wyraźnie traci wątek – …ciebie.
– Dupek! – Hashire bierze zamach i policzkuje Minamiego. – Coś ty se tam wymyślił pod tą łysą pustą kopułą?! Myślałeś, że to mój plan?! Przelecieć go albo dać się…
– A nie?
Drzwi do kajuty otwierają się i do środka zagląda Majima. Minę ma taką, jakby rozbolał go żołądek, ale wykrzywia usta w szyderczym uśmiechu.
– Wy dwaj – warczy, skupiając wzrok na Nishidzie i Minamim – macie mi coś do powiedzenia? – Jego nozdrza się rozszerzają. – Pieprzycie, że jesteście najwierniejszymi mi ludźmi, ale przemilczeliście, że zabrałem na pokład własną żonę?
Oboje milczą, zerkając na Hashire, jakby oczekiwali, że udzieli im jakieś wskazówki, ale ona milczy, opuściwszy głowę. Nie ma pojęcia, jak to rozegrać. Spaliła się i chyba nie ma sensu dłużej uważać, ale i przekonywać go nie ma zamiaru. Dlatego wychodzi bez słowa, odpychając go w drzwiach. Wraca do kajuty, którą dzieli z resztą załogi i ignorując prześmiewcze komentarze, rzuca się na hamak.
'Cause there ain't no other place to go
A oni…
Niech sami ustalą, co jest prawdą.
Kolejne dni są równie ciężkie jak te sprzed incydentu pod pokładem. Chociaż coś się zmieniło, lecz chyba nie w tę stronę, w którą chciała podążać. Coś w sposobie, w jaki Majima na nią a patrzy jest wyraźnie inne. Nie wie, co konkretnie i dlaczego to on zachowuje się, jakby był zły, skoro to ona czuje się odrzucona. A jednak nie ulega wątpliwości, że spojrzenia, jakie jej posyła, przesycone są kipiącym gniewem. Dlatego jest wdzięczna, gdy wreszcie dobijają do brzegu, choć ten brzeg pozostawia wiele do życzenia.
Kiedy pada hasło „LĄD” Hashire tak jak wszyscy podchodzi do burty, by przyjrzeć się wybrzuszeniu na horyzoncie. Mija kolejne pół dnia, można bardziej szczegółowo rozróżnić jego kształty i szybko staje się jasne, że są to kształty całkowicie nieprzyjazne. Przygląda im się z coraz większą rezerwą, coraz mocniej ściągając brwi. Co to w ogóle jest? Nie przypomina stałego lądu. Wygląda na dziwny twór, unoszący się na środku oceanu.
– Madlantis. – Majima opiera się o burtę obok niej, przekłada za nią ręce, przyglądając się celowi podróży z niesmakiem. – Mielizna, na której utknęło tyle tankowców i statków, że ktoś wreszcie postanowił przyłączyć je do wyspy i zagospodarować. Są jak narośl wokół jątrzącej się rany.
– Hm, uroczo. W sam raz, by tarabanić się tu przez pół świata. – Zerka na niego. – Po chuj tu przypłynęliśmy?
– Zamierzałem wziąć udział w turnieju, który tu organizują – zdradza niechętnie, splatając ze sobą dłonie. – Nagroda jest warta świeczki. Ale teraz – znów to samo, cień nienawiści w jego czarnym oku, zanim odwraca wzrok – sam nie wiem, czego chcę. – Jeszcze chwilę w milczeniu patrzy na groteskową, spowitą zielonkawym światłem i blaskiem tanich neonów wyspę, po czym uderza dłońmi o burtę. – Nie zabawimy tu długo – informuje, obdarzając ją kolejnym, przelotnym, urażonym spojrzeniem – ale może na tyle, żebym się dowiedział, dlaczego ktoś o twoich oczach próbował mnie zabić.
I need you like God needs the Devil, honey
Odchodzi, zostawiając Hashire otumanioną. Podąża za nim wzrokiem, obserwując, jak wchodzi do kapitańskiej kajuty, a potem jeszcze długą chwilę wpatruje się w zamknięte drzwi.
– Szefie! Właśnie dobili do brzegu!
Trzydziestokilkuletni mężczyzna w okularach o okrągłych szkłach i ciemnych, wygolonych po bokach włosach podnosi wzrok znad szklanki, z której sączy wysokoprocentowy trunek.
– Nareszcie! – woła, wznosząc szklankę. – Już się bałem, że zmienili kurs i przybyliśmy do tego przybytku zgnilizny nadaremno. – Uśmiecha się i dopija napój jednym haustem. – No to chodźmy! – Klaszcze w dłonie, wstając od baru. – Dość się naczekałem. Chodźmy się przywitać! – Zaśmiewa się wesoło. – Ale najpierw jeszcze jedna kolejka!
Majima, po zejściu na wątpliwy ląd, wydaje się wiedzieć, dokąd zmierza, choć Hashire, która towarzyszy mu wraz z garstką załogi, czuje się tak zagubiona, jak jeszcze nigdy w życiu. Wszystko tu wydaje się prowizoryczne i sprawia wrażenie jakby w każdej chwili mogło oderwać się od lądu i podryfować na środek oceanu. Mimo to Majima jest spokojny, przeciąga się beztrosko, wyciągając w górę ręce, aż słychać, jak strzelają mu stawy w dłoniach. Przez chwilę przeszukuje kieszenie, marszcząc brwi i Hashire jest pewna, że szuka papierosów, ale ich nie znajduje, więc po prostu rusza na przód, a ona kręci głową, podążając za nim. Nie pierwszy raz obserwuje to zachowanie i domyśla się, o czym świadczy.
Najwyraźniej zapomniał, że palił, choć jego ciało nie wyzbyło się nawyków.
Akurat o tym nie zamierzała mu przypominać.
Chociaż co mnie to obchodzi, za to, jak mnie traktuje powinien go dym z samego piekła pochłonąć.
Idzie za nim, tak uparcie i z taką złością wbijając wzrok w jego plecy, że ma nadzieje wywiercić w nich dziurę. Zanim to się udaje, ktoś podbiega i zatrzymuje się tuż przed Majimą.
– Kapitanie! – salutuje młody chłopak, unosząc do czoła dwa złączone palce. – Kazał pan raportować, co się dzieje na wyspie pod pana nieobecność!
– Pamiętam. Zostawiłem ci za to spory napiwek.
– Tak jest, sir! I właśnie przychodzę, bo mam informację, która dotyczy pana bezpośrednio!
– Czyżby? – Majima okazuje zainteresowanie, zatrzymując się.
– Tak! Ktoś rozpytuje o pana od dwóch dni!
– No? Kto taki? – Przytupuje niecierpliwie nogą. – Wykrztuś to z siebie, dzieciaku!
– Mówią, że… – chłopak zawiesza głos, jakby wahał się, czy dopowiedzieć resztę – że to Liumang, sir. Chińczycy.
Hashire wydaje z siebie głośny jęk, niedowierzając uszom i zwracając na siebie uwagę wszystkich.
– Serio? – pyta, dostrzegając utkwione w niej ciemne, wzburzone spojrzenie. – Na chwilę mnie brakło – warczy, wbijając wzrok w Majimę – a ty zdążyłeś zadrzeć z koreańską i chińską mafią?!
Majima obdarza ją zdegustowanym spojrzeniem.
– Korea? Gdzie, do cholery, masz Korę?
– A ten typ, który przyczepił się do mnie tylko dlatego, że za ciebie wyszłam?
– Nic o tym nie wiem – odburkuje Goro, choć zdaje się zaciekawiony. – I nawet nie wiem, czy rzeczywiście za mnie…
– Korea od dawna ma do nas problem, szefie – wtrąca Minami.
– Kapitanie – poprawia go odruchowo Majima. – Czego chcą?
Minami wzrusza ramionami.
– Władzy. Terytorium. Tego, co wszystkie gnojki. No i… Znieważyłeś publicznie ich przywódcę.
– A Chińczycy? – Hashire rozkłada rękę w geście pełnym uprzejmego zainteresowania, po czym uciska palcami nasadę nosa. – Co im zrobiłeś?
Majima już zamierza odkrzyknąć, że nic, ale coś siebie przypomina. Zamyka usta, a gdy się odzywa, mówi bardzo cicho:
– Okradłem ich szefa.
Hashire zamyka oczy.
– No? Co mu ukradłeś?
Majima milczy dłuższą chwilę, zanim wyjawia ledwo zrozumiałym szeptem:
– Klapki.
– Że co, proszę?
– I koszulę. Hawajską.
– Ja pierdolę – Hashire wzdycha boleśnie. – Będziemy się bić za koszulę i parę przepoconych sandał.
Someday soon, this dust's gonna settle
– Klapek – poprawia. – Nówki, nie śmigane.
– Nie wierzę.
Majima zbywa te wątpliwości ręką, nie dopytując, czy dotyczą stanu obuwia czy ogółu.
– Miejmy to z głowy. – Zwraca spojrzenie na chłopaka, który przybył go o wszystkim poinformować. – Gdzie ci cholerni Chińczycy?
– U nas. W Dunghill. Zabijają czas, popijając.
– Tym lepiej. Załatwmy to od razu.
Gestem rozkazuje mu iść naprzód i sam podąża za nim, a wraz z nim reszta załogi. Pochód zamyka niezadowolona, pełna złych przeczuć Hashire.
Gdy wchodzą do baru, zapada cisza. To ona pierwsza zwraca uwagę lidera Liumang, który wychyla się w tył na barowym stołku, sprawdzając, kto wszedł do środka. Rozpoznaje Majimę, uśmiecha się kątem ust. Zeskakuje z hokera i powolnym krokiem – a w ślad za nim jego ludzie – podchodzi, by się przywitać, wciąż drwiąco uśmiechnięty. Mówi coś po chińsku, a ludzie za jego plecami odpowiadają śmiechem.
– Naprawdę, nie muszę znać tego języka, żeby wiedzieć, że mnie obrażasz – warczy Majima.
– Proszę, proszę – rozkłada ręce Chińczyk – znów się spotykamy.
Majimy patrzy na niego spode łba, oceniając zagrożenie.
– Zaiste, przypadek – parska wściekle przez nos. – Tak ci żal tej koszuli? Oddać ci?
Chińczyk nie przestaje się uśmiechać, ale zza okularów błyskają ostrzegawczo ciemne oczy.
– Chciałem sprawdzić, jak leży. – Zakłada z tyłu ręce, mierząc Majimę od stóp do głów oceniającym spojrzeniem. – Chyba przyciasna, co? Piracka dieta niezbyt ci służy.
Czarne, pełne obłędu oko rozszerza się, tak jak uśmiech Majimy.
– Zginiesz za cholerną koszulę w kwiaty! – woła, wznosząc ręce i chichocząc; nie wiadomo kiedy dobył tanto; ostrze odbija światło neonów zza baru. – Zginiesz – powtarza bardziej serio, skupiając wzrok na twarzy przeciwnika i celując w nią sztychem. – Gotowy?
Chińczyk wyciąga zza pasa SIGa Sauera, jego ruchy są spokojne, opanowane, kącik ust uniesiony.
– To co? Sprawdzamy co jest szybsze? Kulka czy ostrz…
Jeszcze zanim kończy mówić, koniec tanto draska jego twarz. Lider Liumang otwiera szeroko oczy, zadziera podbródek i wycofuje się, by uniknąć głębszego cięcia, odruchowo unosi też nadgarstek, ale zaraz odzyskuje nad nim kontrolę. Celuje w Majimę, strzela, ale ten robi unik, śmiejąc się szaleńczo i już wirując w niedorzecznym piruecie, starając się znów go dosięgnąć.
– Panie Zhao! – Kilku ludzi Liumang wychodzi naprzód w obronie swojego przywódcy, gotowi przyjąć na siebie ciosy, zanim ten ponownie wyceluje i tak się dzieje. Ostrze tnie zajadle, kule szyją powietrze, ludzie kulą się lub rzucają do walki, a w tym wszystkim stoi nieruchomo Hashire, przekrzywia głowę i walczy z silnym deja vu.
Zhao? Tak go nazwali?
Skupia wzrok na herszcie chińskiej mafii, ściągając brwi, aż widok staje się coraz bardziej znajomy.
– Kurwa – dyszy, otwierając szeroko usta. – Stać! Stać, do kurwy nędzy!
Wyskakuje przed Majimę, rozkładając szeroko ręce. Tanto o milimetry mija jej twarz, gdy rozpędzony za jej plecami Majima wyrzuca w przód rękę. – STÓJ!
Krzyk i dźwięk odbezpieczanego zamka wybrzmiewają w ducie. Lufa zatrzymuje się kilka centymetrów od jej nosa. I tak mając przed sobą wylot SIGa, a obok lśniące ostrze, tkwi między konfliktem, zawieszona w czasie. Na karku czuje oddech Majimy, przed sobą widzi oczy, które zna. Zna je bardzo dobrze.
Come real quick and get inside my mind
– Tianyou? – pyta i dopiero wtedy mężczyzna przed nią w pełni ogniskuje wzrok na jej twarzy, marszcząc brwi. – Tian. To ja.
Lider Liumang nic nie mówi. Nie opuszcza broni. Ale gniew na jego twarzy ustępuje miejsca rosnącemu zaskoczeniu.
– Na wszystkie kurestwa świata – odzywa się wreszcie szeptem, podrywając broń, potrząsając rękami. – Shire? – Szept omiata jej twarz, gdy mężczyzna opuszcza broń i zagląda jej w twarz. – Co ty tu, do diabła, robisz?! Z jebanymi PIRATAMI! Na końcu pierdolonego świata! Z TYM DUPKIEM! – Stanowczym ruchem odsuwa ją za swoje plecy, chwyta broń obiema dłońmi, precyzyjnie celując w Majimę.
– Nie wygłupiaj się! – Hashire chwyta za SIGa, zmieniając naciskiem ewentualny tor lotu kuli. – Nie celuj, kurwa, w mojego męża.
– W twojego… – Zhao znów skupia wzrok na jej twarzy. – Że co?
Hashire wzrusza ramionami i przewraca oczami.
– Hej! Nie zachowuj się, jakby tak po prosty wyszło! – Majima trafnie odczytuje mowę jej ciała.
– Przecież nie uważasz mnie już za żonę, więc w czym problem? – odwarkuje Hashire, zerkając na niego przez ramię.
Tainyou Zhao, opuszcza broń, patrząc na nich z konsternacją.
– Ktoś mi wyjaśni, co tu się odpierdala? I czego jestem świadkiem?
Oboje, Majima i Hashire, posyłają mu zmęczone spojrzenie.
– Długa historia – mówią w tym samym czasie, po czym sztyletują się spojrzeniami.
– Tak czy nie, muszę ją usłyszeć. – Zhao wzrusza ramionami. – Powinienem. Co, Shire?
Łapie jej spojrzenie, które trwa nieco dłużej niż powinno, aż ona uśmiecha się, wreszcie naturalnie, a on, biorąc to za dobrą monetę, odwzajemnia uśmiech, a po krótkim wahaniu zamyka ją w krótkich, ale silnych objęciach. – Ja pierdolę – powtarza, kręcąc głową, trzymając dłonie na jej ramionach i zaglądając w twarz. – To naprawdę ty.
– No. Jak widać. – Hashire odpowiada weselszym uśmiechem, a tanto błyska zaciekle i niebezpiecznie blisko.
– Wy – jego koniec jest w nich wymierzony – daję wam pięć sekund, żeby wytłumaczyć, skąd się znacie.
Oboje, Zhao i Hashire, parskają śmiechem.
– Lepiej traktuj mnie serio, chłopcze z Liumang. – W mgnieniu oka Majima przystawia ostrze do szyi Tianyou, stając za nim, na co Zhao wcale nie przestaje chichotać.
Hashire wyciąga dłonie w uspokajającym geście, ale dostrzega uśmiechnięte spojrzenie. Zhao lekko kręci głową. Nie potrzebuje jej pomocy. Wykręcił rękę i przykłada lufę do odsłoniętego brzucha Majimy.
– Zimna, co? – śmieje się wesoło, lecz nagle raptownie poważnieje. – Zupełnie jak moja krew. – Odchyla gwałtownie głowę, uderzając Majimę w nos. Wykręca się zwinnie z jego objęć i już celuje mu w twarz. – Zacznę traktować cię serio, jeśli przestaniesz kraść mi ciuchy. – Spluwa w bok, na podłogę. – Ty też mnie nie lekceważ, Majima. Liumang zrobią, co im każę. – Pstryka palcami, a jego ludzie otaczają załogę; na każdego z marynarza przypada dwóch, trzech członków Liumang. – A ty nawet własnej żony nie umiesz zmusić do posłuszeństwa.
– Ej! Skąd niby możesz to wiedzieć?! – protestuje Hashire.
– Tak zakładam. Z tego co cię znam. – Zhao obdarza ją uśmiechem i krótkim spojrzeniem. – Jiro też nigdy się to nie udało.
Majima krzywi się na dźwięk tego imienia, bolesne ukłucie z tyłu głowy podpowiada niemiłe skojarzenia.
Czerwone światła. Niebieskie. Czerwone. Wycie.
– Jiro – powtarza; imię smakuje metalicznie.
– Mój ojciec. – Hashire łapie jego spojrzenie, zdaje się zaniepokojona.
– Co? Nie poznałeś jeszcze teścia? – drwi Zhao.
– Poznał. – Hashire nie odrywa spojrzenia od twarzy Majimy, dostrzegając jego poruszenie. – Pamiętasz, prawda?
Majima wciąż mierzy ostrzem w lidera Liumang, ale patrzy na Hashire. W jasne, szare oczy.
Były zimne jak stal, bezwzględne.
– Jiro prowadził interesy z ojcem Tianyou. Stąd się znamy – wyjaśnia, a on rozróżnia, że jej oczy są pełne ognia, pełne zależności.
To nie ona do mnie strzelała. To musiał być…
– Twój ojciec układał się z Liumang?
– Liumang nie ma z tym nic wspólnego – ucina oschle Zhao. – Sam zaszedłem tu gdzie jestem.
– Nasi ojcowie związani są z biznesem farmaceutycznym i prowadzili wspólne interesy, stąd znam Zhao od dzieciaka – wyjaśnia Hashire, studiując uważnie twarz Majimy. – Jiro jest właścicielem Mayaku.
– Mayaku… – Goro zaciska pięść, w której nie trzyma noża. Kolejne słowo, które brzmi paskudnie i równie paskudnie wierci mu się pod czaszką. – Ktoś strzelał? – Podnosi wyżej głowę, rozglądając się nieprzytomnym wzrokiem.
– Nikt nie strzelał, stary. – Zhao mruży oczy, celując do Majimy z coraz mniejszym przekonaniem. – Ale mogę zacząć, jak coś.
– Nikt nie będzie strzelać – obrusza się Hashire, obrzucając Zhao pełnym przygany spojrzeniem.
– Ktoś strzelał – upiera się Majima.
– Majima. – Hashire robi niepewny krok w jego stronę, delikatnie kładzie na jego policzkach dłonie, zwracając na siebie jego oczy. – Ktoś strzelał, tak. Do ciebie. Przypominasz sobie.
– Nie, to było przed chwilą. – Goro skupia wzrok na twarzy kobiety, ale ostrze wciąż trzyma w gotowości i wciąż zerka na SIGa.
– Tak ci się wydaje, ale…
Ale nie kończy, bo wtedy naprawdę pada strzał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz