Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 09.06): — To zły pomysł. — No cóż, te dobre skończyły się już dawno. Klucze: codziennie, nieszczęśliwy, wydobywać, rumień

Namierz cel:

wtorek, 10 lutego 2026

[206] butakhaeyo ~Miachar

  Poniższy tekst pokazuje wpływ niektórych koreańskich pisarzy na moją własną twórczość.


– 부탁해요 –


To naprawdę mogło być najgorsze, co mi się w życiu przytrafiło, a że ceniłam swoją egzystencję, walczyłam za pomocą ucieczki, byle tylko mieć przed sobą kolejne dni.

Pędząc przed siebie, nie mogłam oprzeć się wrażeniu déjà vu. To nie była moja pierwsza ucieczka mająca na celu przedłużenie mojego istnienia – musiałam ratować się nią, kiedy wierzyciele ojca, uzależnionego od hazardu i cholernie zadłużonego, zdemolowali nam mieszkanie i roznieśli na strzępy sklep mamy, byle tylko nas nastraszyć. Spakowana w jedną walizkę, z na szybko wyrobionym paszportem musiałam pędzić do terminalu, a w samolocie modlić się do czegokolwiek, by maszyna się nie rozbiła, a ja z mamą mogła spróbować zacząć wszystko od nowa. To miało być tylko na chwilę, póki ojciec nie rozwiąże swoich problemów, a zamieniło się w kilka lat z dala od niego i od ojczyzny. Mama chciała wrócić już po pięciu miesiącach, ale wtedy wybuchła ogólnoświatowa pandemia wstrzymująca wszystko, a później… Później, jak się okazało, nie miałybyśmy do czego i do kogo wrócić.

Nie odwiedziłam grobu ojca ani razu. Moja stopa nie stanęła więcej na ojczystej ziemi. Jedynie dzięki matce mogłam kultywować to, w czym się wychowałam i starać się zapamiętać jak najwięcej, by w przyszłości możliwie przekazać to kolejnemu pokoleniu.

Teraz tez nie mogłam przewidzieć, jak to wszystko się skończy. Nie miałam pojęcia, gdzie zmierzać, by na dobre zgubić mężczyznę za moimi plecami. Płuca już na dobre mnie paliły, do tego oczy miałam pełne łez, przez co ledwie widziałam, co jest przede mną, i już za moment mogłam z czymś lub z kimś się zderzyć. 

 Nawet gdybym biegła, skręcając co rusz, nie miałam pewności, że osobnik za mną nie zna tej okolicy lepiej i nie da się zgubić. Nie podobało mi się, że to właśnie mnie obrał sobie na cel. Jakby moje życie nie było już wyjątkowo i upierdliwie nieznośne, to jeszcze teraz jakiś typ musiał kroczyć za mną niczym cień, chcąc nie wiadomo czego. 

Niby rozpoznałam budynek, obok której przebiegłam, ale to niewiele mi dało – nie byłam w stanie ot tak stwierdzić, gdzie najlepiej teraz się udać, by zyskać pewność, że będzie tam znacznie więcej ludzi i w tłumie uda mi się go zgubić. Nie mogłam wejść do żadnego z mijanych butików, bo już na pierwszy rzut oka wyglądałam na osobę, której nie stać na zakup chociażby najtańszej z prezentowanej klienteli rzeczy. Do tego nie wyglądałam najlepiej, a to dlatego, że uznałam umycie włosów za coś, co mogę przerzucić na kolejny dzień, kiedy w motelu będzie mniej gości. Jakby ich obecność przeszkadzała w odkręceniu wody i użycia odrobinę tego szamponu w maleńkiej butelce, który znajdował się w łazience wielkości schowka na miotły. Tylko na wynajęcie niewielkiego pokoiku z taką właśnie komórką mogłam się w obecnej sytuacji pokusić, teraz docierało do mnie, że najwidoczniej uciekłam z jednych problemów w nowe, może nawet większe.

– Na litość boską… – ledwie wydyszałam, chwytając się za bok. Nie podobało mi się, że łapię kolkę, ale nie byłam biegaczem, ciało nie przywykło do takiej nagłej aktywności fizycznej. – Cholera jasna.

Za bardzo przypominało mi to wszystkie ucieczki, przez jakie już przeszłam, za każdym razem walcząc nie tylko o oddech, ale i kolejny zachód słońca, noc i nowy dzień wraz z moim istnieniem. Dlaczego nadal nie mogłam mieć tego za pewnik? Większość swoich lat spędziłam właśnie na uciekaniu, miałam już tego serdecznie dość.

Ale nie byłabym w stanie zmierzyć się z osobą, która mnie śledziła, goniła, upatrzyła sobie na ofiarę. Nie potrafiłam się bić, nie byłam w stanie krzyczeć do zdartego gardła w chwilach zagrożenia, nie umiałam prosić o pomoc, kiedy ktoś pojawił się w zasięgu mojego wzroku.

Zawsze sama, nawet kiedy Śmierć coraz chętniej wychodziła mi na spotkanie.

Nieważne, gdzie skręciłam, nadal słyszałam te same kroki za sobą. Nie miałam odwagi odwrócić się, by sprawdzić, jak daleko ode mnie jest tamten mężczyzna, prułam przed siebie, znajdując się w części miasta, której jeszcze nie poznałam. A brak znajomości sprawiał, że mój potencjalny koniec był jeszcze bliższy niż dotychczas.

– Dopadnę cię – usłyszałam, a słowa te zamieniły krew w moich żyłach w lód.

Czy naprawdę nie było dla mnie ratunku? Czy miałam zginąć tu, na obcej ziemi, pozbawiona wszystkiego, co dobre w życiu?

W takim wypadku o wiele lepiej byłoby dla mnie, gdybym się nigdy nie urodziła. 

Za sprawą decyzji o zmianie kierunku trafiłam w miejsce, gdzie jeszcze chyba moja noga nigdy nie stanęła, a niespodziewanie wraz z tym pojawił się malutki cień nadziei, że to jeszcze nie pora na ostatni oddech. 

Wszystko wyglądało w miarę normalnie, dość wąska ścieżka między zabudowaniami jak w jakichś starych europejskich miastach, ale wtedy coś się zmieniło. Wyglądało to nieco abstrakcyjnie, aż przeszły mnie ciarki, ale wzrok nie mylił. Niespodziewanie w tej ciemnej uliczce rozbłysła latarnia, zaraz za nią natomiast rozjaśniła się lampa nad niewielkim drewnianym budynkiem, który pasował do betonowej zabudowy jak pięść do nosa. Nie było mnie tu wcześniej, nie zapuściłam się aż tak daleko w te okolice, nie wiedziałam, co się tu znajduje, ale nad wejściem poza światłem było też zadaszenie – na tyle szerokie, bym zdołała się pod nim skryć i uniknąć deszczu, który właśnie zaczął padać. Stałabym się widoczna dla tego, który mnie śledził, chciałam jednak liczyć, że ktoś, kto jest w środku domku, zdoła mnie dostrzec i zorientować się, że być może grozi mi niebezpieczeństwo.

To mogło być głupie z mojej strony, ale dopadłam do schodka i uderzyłam pięścią w drzwi. Zastukałam jeden raz, potem kolejny i kolejny, mocniej, by ktoś po drugiej stronie mnie usłyszał, a w gardle czułam coraz bardziej narastającą panikę.

Taka to bowiem była ta moja egzystencja, ukryta w jednym tylko dławiącym stale uczuciu.

Czy ktoś pokaże mi wreszcie drogę, jak raz na dobre wykaraskać się z tego kręgu? Będę bardzo wdzięczna, wręcz dozgonnie, o ile za moment nie wyzionę ducha w tej boga duchu winnej uliczce.

Siła wyższa przez moment mi sprzyjała, usłyszałam hałas po drugiej stronie drzwi, gdzie także zapaliło się to ciepłe światło, ktoś zamajaczył, a jego kroki zlewały się w małą kakofonię wraz z krokami tego, który pragnął dyszeć mi dalej w kark.

Kucnęłam na tym progu napięta cała – i mięśnie, i nerwy były niczym jedna struna, której pociągnięcie może skończyć się rozerwaniem. Nie znosiłam podobnego stanu, bo dopadał mnie zdecydowanie za często, błagalnie wpatrzyłam się więc w drzwi i liczyłam, że już za moment ktoś zakończy moją agonię.

Te rozsunęły się na bok, a w nich stanęła dość wysoka z mojej perspektywy postać, do tego o wyraźnie szerokich barkach, postawna, więc raczej nie mogła to być kobieta.

– O rany, a co tu się dzieje? – odezwała się ta osoba i nie mogłam mieć wątpliwości, że mój wybawca jest mężczyzną. 

Chciałam mu odpowiedzieć, ale nie tyle nie wiedziałam, jak to powiedzieć po angielsku, ile w ogóle nie znajdowałam w głowie żadnych słów do powiedzenia o swoim beznadziejnym położeniu. 

Ale mężczyzna chyba nie potrzebował ich, by zorientować się w sytuacji, sam usłyszał kroki tego, kto mnie śledził. Rozsunął drzwi jeszcze bardziej, ukazując mi powoli wnętrze domu, i odezwał się: 

– Wejdź, proszę. Tu zło, którego się obawiasz, cię nie dosięgnie.

Patrzyłam na niego ze swoich klęczek, ale nie poruszyłam się ani o krok. Zmarszczył nos, a przynajmniej tak mi się wydawało, chyba nie spodziewał się całkowitego braku reakcji z mojej strony.

– Proszę pani…?

– Andwaeyo, shiroyo – zaczęłam dukać, cała w nerwach nie panowałam nad sobą, jak i nad myślami, a przy tym nad językiem, przez całą tą sytuację nawet nie spostrzegłam się, że mówię do niego w swoim ojczystym języku. – Gundae… – musiałam wziąć potężny wdech, zanim rzuciłam mu szybko, że może jednak skorzystam, bo potrzebuję pilnie pomocy.

Nie wiedziałam, czy mnie słyszy, teraz to on był niczym zastygły w marmuru. Gdzieś poniosły się czyjeś kroki, a ja zadrżałam, zaś z oczu popłynęły wstrzymywane łzy.

Butakhaeyo… – dodałam, zanim znowu przykucnęłam, bo w jedną sekundę na moje barki spadł ciężar, z którym nie byłam w stanie sama sobie poradzić.

– To, że mówisz innym językiem, wcale nie znaczy, że cię nie rozumiem.

Nieznajomy patrzył na mnie z odległości kilku kroków i ani myślał się poruszyć. Nie wchodził w moją przestrzeń osobistą, po prostu obserwował z zaciekawieniem. Nie byłam pewna, jak wiele z drapieżnika w nim dostrzegam, na pierwszy rzut oka nic, więc w swojej naiwności chciałam sięgnąć po to, co oferował, choć nadal nie znałam ceny takiej decyzji. 

Ledwie co trzymałam się na tych klęczkach, panika coraz bardziej chwytała mnie za gardło. Nie tak miał wyglądać ten dzień, wychodziło na to, że moim życiem musi rządzić ucieczka przed kolejnymi zagrożeniami, kiedy ja chciałam po prostu choć raz porządnie odpocząć. Tylko tyle, ale dla losu to mogło być aż tyle. 

Nieznajomy nadal stał obok między progiem do wnętrza domu a chodnikiem, na tym wąskim stopniu, na którym sama ledwie co się mieściłam. Choć lampka nad naszymi głowami wciąż świeciła jasno, wydawało mi się, że mężczyzna jest cieniem, ubrany na ciemno nie kojarzył mi się z czymś bezpiecznym, ale w tej chwili gotowa byłam na wszystko, byle tylko nie dopadł mnie ktoś śledzący przez kilka dzielnic.

Starałam się stworzyć w głowie jakiś zrozumiały komunikat, ale słowa, które do mnie napływały, wciąż pochodziły z mojego ojczystego języka. Potrzebowałam skupić się, by wyrazić siebie w sposób wystarczający do nawiązania kontaktu z człowiekiem, który mógł być skory okazać mi choć odrobinę serca.

Proszę… – zdołałam wydukać wreszcie w języku, który jego mózg przetworzy. – Proszę, niech mi pan pomoże. 

Brzmiałam cicho, za cicho, by usłyszał mnie ktoś daleko ode mnie, ale nieznajomy był bliżej niż na wyciągnięcie ręki.

– Och. – Kucnął, by znaleźć się wzrokiem na tym samym poziomie co ja. – Czyli jednak możemy się zrozumieć. Pomogę, cokolwiek ci grozi, tylko wejdźmy do środka, dobrze? Ten, kto cię goni, jest już chyba blisko.

Dudnienie kroków zdawało się oddalać, co mnie nie uspokoiło, bo nie dostrzegłam, by ktokolwiek przebiegał obok, tym właśnie wąskim zaułkiem z jedną działającą latarnią.

– Dasz radę sama wstać?

Nie wyciągnął ręki w moją stronę, by w ten sposób dać mi oparcie, użyłam więc ściany za swoimi plecami, by ponownie stanąć w pionie.

Choć myślałam na początku, że drzwi powinny otwierać się do środka, teraz dotarło do mnie, że na dobrą sprawę są rozsuwane. Nigdy w tym kraju nie spotkałam się z takimi, za to doskonale pamiętałam je ze swojej ojczyzny, a ich wspomnienie nagle chwyciło moje serce w imadło. Poczułam gulę w gardle, przez którą jeszcze trudniej było mi wydobyć z siebie słowa, a do tego tęsknota zapłonęła ogniem w moich żyłach. 

– Wejdź, proszę – powiedział mężczyzna i rozsunął je szerzej, a ja musiałam zmrużyć oczy, zaatakowana zbyt ciepłym światłem.

Było jak słońce, które do siebie wabi. Zbyt dobrze znałam mit o Dedalu i Ikarze – co mogło dziwić, skoro wychowałam się na innym kontynencie, ale lubiłam historię, choć ta częściej bywała sroga i smutna – by nie wiedzieć, jak zbytnia chciwość może się skończyć. Mogłam się tu ogrzać i schronić, póki niebezpieczeństwo nie minie, ale nakazałam sobie wyjść czym prędzej, by nie nadużywać gościnności właściciela. 

– Gamsa… Dziękuję – odezwałam się, wchodząc do środka.

Czułam za sobą obecność nieznajomego, słyszałam, jak na nowo zasuwa za nami drzwi, a sekundy później dźwięk kroków – ciężkich, pośpiesznych – dopadł do moich uszu z taką intensywnością, jakbym znalazła się tuż obok tego pościgu. Zaskoczona pisnęłam, kucnęłam i przycisnęłam dłonie do uszu, byle tylko odgrodzić się od niechcianych odgłosów. Myślałam, że jestem w samym centrum zdarzenia, a przecież weszłam do tego drewnianego domu, by znaleźć coś, co mnie od niego osłoni. 

Czyżby tylko mi się wydawało, że znalazłam schronienie? A co, jeśli ten mężczyzna był w zmowie z tym, który mnie śledził? 

Serce podeszło mi do gardła, a myśl, że oto za moment spotka mnie sama Śmierć, zmroziła mi krew w żyłach.

– Wszystko w porządku? – To pytanie przebiło się do mojej świadomości, choć w głowie przewijał się obraz tego, jak umieram.

Spojrzałam na gospodarza, który przykucnął obok, jakby wiedział, że wolę znaleźć się na linii jego wzroku niż patrzeć na niego z dołu niczym jakiś włóczęga czy pies. Ale przecież byłam dla niego nikim, mógł mnie potraktować źle, nie byłabym tym zdziwiona.

Wyciągnął rękę, jakby chciał dotykiem sprawdzić, że nie mam żadnych obrażeń. Może nie miał na myśli nic, co mogłoby wprowadzić mnie w uczucie dyskomfortu, ale nie byłam w pełni sił i rozumu, odsunęłam się gwałtownie, upadając tym samym na tyłek. Mężczyzna jedynie westchnął, po czym uśmiechnął się niemrawo.

– Pewnie, że nie, głupio pytam. Zaczekaj tutaj lub bliżej kominka, zrobię herbatę.

Odszedł, nim zdążyłam zaprotestować. Nie czułam się na tyle dobrze, by pójść za nim i sprawdzić, czy czasem nie dosypuje mi czegoś do napoju, nie chciałam też ruszać się na wypadek, gdyby ktoś dojrzał mój ruch zza małego okna domku i wparował tu, by wyciągnąć mnie stąd za włosy. Choć kominek kusił, by się przy nim ogrzać, wątpiłam, by jego ciepło zdołało dotrzeć do moich zamrożonych żył i pomóc mojemu sercu znowu być żywym organem.

Tkwiłam wiec na tej podłodze i rozglądałam się powoli wokół, by mieć choćby mgliste wrażenie o tym, gdzie się znalazłam. Z zewnątrz widziałam drewniany domek, który nie pasował wyglądem do reszty zabudowań w tej uliczce, nie miał żadnego szyldu, a tylko tą jedną lampę nad wejściem. Teraz mogłam się przekonać, jak wiele książek kryje się w środku, choć trudno było mi stwierdzić, czy to mała filia biblioteki, księgarnia, czy może antykwariat. Najbardziej pasował mi na ostatni z nich, a to za sprawą zapachu starych druków i unoszącego się kurzu, który jednak nie świdrował w nosie, domagając się potężnego kichnięcia mogącego zatrząść tym przybytkiem w jego posadach. 

Spróbowałam przeczytać tytuły książek na regale najbliżej mnie, ale widok rozmazywał mi się przed oczami. Mrugnęłam kilka razy nieco szybciej, by pozbyć się łez, ale nadal wydawało mi się, że wzrok splata mi figle i wszystko, co przede mną, pozostaje takie jakieś zamglone. Nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić, do tego nie wiedziałam, gdzie zniknął gospodarz tego miejsca, nie miałam pewności, czy poszedł parzyć herbatę, jak zapowiedział, czy może po narzędzie, za pomocą którego już za moment pozbawi mnie życia.

Przez chwilę myślałam, że może wreszcie napotkałam dla siebie jakiś ratunek, ale zbyt wiele razy los pokazywał mi, że nie ma dla mnie litości, że bardziej wierzyłam w tej chwili w czarne scenariusze.

Poruszyłam się nieznacznie i musiałam szturchnąć jakąś wieżę z książek, której wcześniej nie zauważyłam, bo wokół poniósł się mały rumor, a nieopodal moich stóp znalazł się jakiś wolumin. Może nie czekało mnie tu nic dobrego, ale nie chciałam wprowadzać chaosu do tego wnętrza, sięgnęłam więc po niego, by dać z powrotem na miejsce, na którym wydawało mi się, że był wcześniej. Wyciągnęłam rękę, by zorientować się, że tom otworzył się podczas upadku i mam przed sobą czyste strony.

Zdziwiło mnie to. Myślałam, że trafiłam do przybytku książkami stojącego, a wychodziło na to, że i jakieś notesy gotowe na zapisanie się tu znajdują. Ciekawe, od jak dawna ten konkretny czekał na to, aż ktoś zapisze w nim choć jedno słowo.

Nachyliłam się nad nim, licząc, że wzrok nieco mi się wytęży, ale nie sądziłam, że na białej dotąd kartce zaczną pokazywać się słowa. A właściwie jedno zdanie, które brzmiało jak przepowiednia, choć ja w nie już nie wierzyłam. Praktycznie wiarę, nadzieję i miłość odbierały mi kolejne dni i ucieczki, więc wyrazy złożone w sentencję, nawet jeśli zapisane ładną kaligrafią, nie zrobiły na mnie odpowiednio mocnego wrażenia. 

„Kolejny zachód słońca przyniesie że sobą noc, po której zacznie się dla ciebie dzień zmian”.

Zabrzmiało to pięknie, ale ja nie dostrzegałam powodu, by w nie uwierzyć. To przecież niedorzeczne, by nagle zaufać słowom pojawiającym się na pustej kartce w jakieś nieznanej książce – Harry Potter i Komnata Tajemnic nauczyły czegoś cały świat – choć w swoim beznadziejnym położeniu zaprzątniecie głowy jakąś głupotką było niczym oddech wytchnienia, zanim Śmierć ponownie wyciągnie ręce w stronę mojej szyi. Z tego, co było mi wiadomo, zachód miał miejsce jeszcze przed moim rzuceniem się do ucieczki, więc raczej nie chodziło o obecny wieczór, a następnego wątpiłam, że dożyję. Wydźwięk zdania zawierał w sobie coś pocieszającego, ale na dobrą sprawę zmiany niekoniecznie mogły wyjść na plus. 

Zamknęłam notes z westchnieniem, odłożyłam go na kupkę, sprawiając, że wieża wyglądała jak przed moim wtargnięciem, po czym na kolanach dotarłam do drzwi, którymi tutaj weszłam. Lepiej było nie nadużywać gościny, nie czekać na to, co się tu wydarzy przez moją nieostrożność, wyjściem, które wybierałam, było to stąd z powrotem do zaułka, gdzie czekało wszystko.

Spróbowałam pociągnąć za uchwyt tak, jak zawsze wydawało mi się, że otwiera się przesuwane drzwi – chyba tylko raz kiedykolwiek to zrobiłam, będąc na wycieczce w jakimś starym hanoku jako kilkulatka – tylko że drzwi nie dało się otworzyć na nowo. Szarpnęłam za coś podobnego do klamki kolejny raz, ale niczego to nie zmieniło, mechanizm zamka nie zadziałał, nie wydarzyło się to, czego bym się spodziewała po takim swoim ruchu ze swojej strony.

– Co to ma być? – mruknęłam, a sekundę po tym po plecach przeszedł mnie dreszcz. 

Byłam zamknięta w tym dziwnym domu pełnym ciepła, zapachu cynamonu i unoszącego się kurzu. Gdzieś musiało palić się drewno w kominku, tego dźwięku nie dało się z niczym pomylić, ale choć wydawało się, że wszystko tutaj pełne jest przytulności i zachęca do pozostania dłużej, ja czułam tylko rozprzestrzeniający się po moim ciele chłód. Mięśnie mi tężały, krew zdawała się zamarzać.

– Co ty mi zrobiłeś? – zapytałam pustkę wokół siebie, bo poza mną w korytarzu nie było nikogo. 

Odpowiedziała mi jedynie cisza, a do mnie dotarło, że proszenie kogokolwiek o pomoc nigdy nie przyniosło mi niczego dobrego. Dlaczego sądziłam, że tym razem może być inaczej?

Byłam głupia niczym jakaś gęś. Czy nie docierało do mnie jeszcze, że w swoim życiu pakuję się z jednych problemów w większe, choć najczęściej nie jest to moja wina, że jedynie taki los jest mi pisany? 

Ponownie usiadłam na podłodze, ale teraz zrobiłam to celowo, bo nie dałabym rady trzymać się dłużej na nogach, po czym zaszlochałam. Nie pozwalałam sobie na coś takiego, póki nie czułam się już naprawdę zmęczona swoją egzystencją, wydarzenia ostatniej godziny sprawiły, że otoczyły mnie bezradność i beznadzieja. W takich chwilach płacz mógł być ratunkiem dla rozjaśnienia sobie w głowie.

– Saekki-ya… – wymruczałam pod nosem, bo naprawdę nie w smak mi było, że znalazłam się w tak obcym dla mnie miejscu, idąc niczym Alicja za białym królikiem.

Czy los mnie jeszcze nie nauczył, by nie ufać zupełnie nikomu?

To, że mówisz w innym języku, nie znaczy, że nie wiem, kiedy mnie obrażasz. To akurat łatwo da się poznać – doszło zza moich pleców, prawie podskoczyłam w swoim siadzie na podłodze.

Nie usłyszałam, że wrócił. Gdyby tak było, nie nazwałabym go sukinsynem w żadnych języku tego świata, a jedynie przeszłoby mi to przez myśl. 

Zarumieniłam się w swoim zażenowaniu, próbowałam wstać, ale teraz to nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Runęłabym jak długa, gdyby mężczyzna mnie nie przytrzymał. Skinęłam głową w ramach podziękowania, bo gdybym teraz otworzyła usta, bardzo możliwe, że poniósłby się z nich jedynie krzyk. Odsunęłam się po tym kontakcie fizycznym i na nowo zajęłam miejsce na podłodze.

– Znasz angielski, prawda? – zapytał, podając mi kubek z parującą zawartością, na co także mu skinęłam. Tak  i w odpowiedzi na pytanie, jak i w podzięce za herbatę, z którą jednak do mnie wrócił. – Ale nie używasz go do komunikacji, zgadza się?

– Jest mi… Jest mi ciężko – dukałam – powiedzieć w nim to, co chcę. 

– Ale zdołasz się dogadać tak, by czegoś się dowiedzieć lub gdzieś dotrzeć, mam rację? – dopytał, na co jeszcze raz skinęłam głową.

Powoli zaczynałam czuć się jak te pieski z kiwającymi głowami, które wozi się na desce rozdzielczej samochodu. Tylko takie pieski nigdy nie muszą przed niczym uciekać.

– Spokojnie, będziesz mogła wyjść, kiedy dom uzna, że poza nim nic ci nie grozi.

– Dom… Dom tak uzna? – powtórzyłam, bo nie byłam pewna, czy czasem się nie przesłyszałam. 

– Zgadza się. To on decyduje, komu chce pomóc, ja tu tylko robię za takiego zarządcę.

To wyjaśnienie jeszcze bardziej namąciło mi w głowie.

– Zarządcę?

– Tak, zajmuję się tym miejscem i goszczę tych, których dom chce ochronić. Jesteś może głodna? Poza herbatą mogę zrobić ci coś do jedzenia.

W tej sytuacji nie byłam w stanie myśleć o swoich podstawowych potrzebach innych niż to, by przeżyć.

– Nie – odparłam dość obcesowo, ale nie miałam sił i nastawienia do bawienia się w konwenanse. – Dziękuję.

Zamiast tego przysunęłam się z kubkiem do najbliższej ściany, o którą mogłam się oprzeć i zamknęłam oczy. Ciepły napój rozgrzewał mi dłonie, a po uniesieniu do ust, także i moje wnętrze. To była zwykła czarna herbata z dodatkiem bergamotki, bez cukru czy mleka, taka, jaką najbardziej lubiłam. Skąd ten mężczyzna o tym wiedział, nie miałam pojęcia, ale skoro dom grał tu pierwsze skrzypce, mogłam zakładać, że ten dziwny budynek coś o mnie wie, choć byłam tu po raz pierwszy.

Rozgrzewałam się w tym miejscu bardziej niż gdziekolwiek indziej na całym świcie i było to na tyle przyjemne, że w którymś momencie musiałam odpłynąć lub po prostu zasnąć. Moje oczy zamknęły się, a kiedy otworzyłam je ponownie jakiś nieokreślony czas później, przestrzeń wokół mnie zbytnio się nie zmieniła, za to herbata w kubku zdołała ostygnąć, a wręcz zrobić się zimna. Mimo to wypiłam ją do dna, bo przecież ktoś ją dla mnie zrobił, byłoby z mojej strony niemiło, gdybym pozostawiła kubek wraz z zawartością.

Nie dostrzegłam nigdzie mężczyzny, ale w jakiś sposób dom musiał dać mu do zrozumienia, że już się ocknęłam, bo nie minęła minuta, a on pojawił się w zasięgu mojego wzroku. Uśmiechnął się na mój widok i podszedł o kilka kroków, ale przystanął parę metrów ode mnie. 

– Zagrożenie już minęło – oznajmił a ja nie do końca wiedziałam, co takiego miał przez to na myśl.

– Drzwi nie chciały się otworzyć – powiedziałam, wstając, a dopiero po sekundzie dotarło do mnie, że przecież od tej próby już nieco minęło, a do tego nadal trzymam w dłoni kubek.

Oddałam mu go, czując rumieniec zażenowania na twarzy. Przejął go ode mnie bez słowa.

– Spróbuj teraz. I mam nadzieję, że do zobaczenia, choć może później niż niedługo.

Nie tylko ten dom stanowił tajemnicę, jego zarządca także nie był łatwy do rozczytania, zwłaszcza kiedy używał słów. Nie pochylałam się jednak nad tym za wiele, podeszłam na nieco słabych nogach do odrzwi i dotknęłam dłonią metalu. Skoro zagrożenie miało już być daleko, to dom raczej pozwoli mi wyjść.

– Do widzenia – wymamrotałam, po czym pociągnęłam za uchwyt w drzwiach.

Tym razem poruszyły się bez problemu, a kiedy przechodziłam przez próg, do moich uszu doszedł przyjemny szum kojarzący się z morzem, choć od najbliższego byliśmy o wiele setek mil. Stanęłam w zaułku, który miałam za dobre miejsce na śmierć ostatniej nocy, a który teraz pełen był oślepiającego światła. Wyszłam z ciepła domu wprost w promienie wschodzącego słońca, musiałam zmrużyć oczy, bo inaczej ciężko byłoby mi cokolwiek zobaczyć.

Odwróciłam się, by zasunąć za sobą drzwi, ku mojemu zdziwieniu te nie tylko były zamknięte, ale… Ale cały dom, nadal drewniany i zdecydowanie niepasujący do otoczenia, był ciemny, zdawał się od dawna niezamieszkany. 

Przeszły mnie ciarki. Nie miałam pojęcia, co takiego się tu wydarzyło, bo było to niczym sen, który przyśnił się komuś innemu. Obmacałam swoje ciało, próbując znaleźć jakieś siniaki albo zadrapania, ranę  na głowie tłumaczącą majaki, ale jedyne, co potwierdziłam, to zawartość swojej malej torebki typu nerka, z której nic nie zniknęło, dowód, portfel z pieniędzmi, paszport, klucze, chusteczki i zabłąkany cukierek miętowy były wciąż na swoim miejscu. Tak jak wtedy, kiedy wieczorem wychodziłam z motelu na krótki spacer.

Potrząsnęłam głową. To nie było takie proste zrozumieć, co mi się przytrafiło, byłam też na to zbyt zmęczona. Zmusiłam się do ruchu i znalezienia najbliższego przystanku autobusowego, by zorientować się, gdzie jestem i wrócić do siebie, ale coś i tak ciążyło mi na ramionach.

Jakby przeczucie, że tamta książka może jednak nie była tylko wymysłem mojej wyobraźni, a sam dom uratował mi poniekąd życie. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz