Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 28 czerwca 2026

[215] jedno małe omdlenie ~Miachar

 Nie mogłam powstrzymać się od zerkania w stronę zegara, którego wskazówki zdawały się prawie nie poruszać. Zdenerwowanie, które zaczęło rozprzestrzeniać się w moich żyłach, nie pomagało przy utrzymaniu tacy czy podczas odnoszenia naczyń do zlewu. To, że jeszcze byłam w stanie usłyszeć zamówienia gości i poprawnie wprowadzić je na kasie, stanowiło wynik doświadczenia i pamięci mięśniowej, myślami byłam już bowiem na boisku.

Wiedziałam, że nie zdołam dotrzeć na rozgrzewkę, zapowiedziałam to, ale i tak czułam wyrzuty sumienia, że pojawię się dopiero przed pierwszym gwizdkiem. Na dobrą sprawę powinnam się cieszyć, że w ogóle udało zamienić się zmianę na poranną, choć był piątek, i tym samym mieć szansę pojawić na trybunach podczas meczu. Finał lokalnej ligi to może nie był szczyt moich marzeń, ale dla pewnego chłopca by największym sukcesem w jego dotychczasowym życiu, plułabym sobie w brodę, gdybym całkowicie to olała.

Kiedy kolejny raz zerknęłam na zegar, mogłam wreszcie stwierdzić, że już bliżej do mojego wyjścia niż dalej. Westchnienie, jakie z siebie wypuściłam, nie uszło uwadze kolegi stojącego właśnie przy ekspresie.

– Spokojnie, zdążysz – rzucił w moją stronę.

– O ile nie będzie korków – zauważyłam.

– Nawet jeżeli nieco się spóźnisz, młody to zrozumie, ucieszy się, że w ogóle dotarłaś.

A to właśnie na szczęściu bratanka mi zależało. Tak postarałam się wszystko ułożyć, by móc pojawić się na jego meczu, by być z nim podczas tego wydarzenia i największego wyzwania, z jakim przyszło mu się do tej pory mierzyć.

Na chwilę przed tym, jak miałam zakończyć zmianę, z kuchni wychynął właściciel tego lubianego przeze mnie przybytku, spojrzał na mnie zaskoczony.

– Co ty tu jeszcze robisz, Nika? Czy mały Antoine nie gra czasem meczu?

– Tak, gra, zaczyna za pół godziny.

– To czemu tu jesteś? Idź już do niego, przekaż mu, że wszyscy tutaj trzymamy kciuki za niego i za jego drużynę.

Jeżeli za coś mogłam być wdzięczna, to za miejsce pracy, które pozwalało mi się realizować bez poczucia wypalenia, i współpracowników, którzy może nie byli rodziną, ale stanowili grupę wspierających się nawzajem ludzi. Wątpiłam, by gdziekolwiek indziej przychylnie patrzono na to, że czasami bratanek wpadał tu ze swoim ojcem na rogalika i kakao lub że ja wychodzę o innej porze, byle tylko móc spędzić z nim czas. Nie było większych problemów ze zmianą w grafiku, wyrozumiałość wszystkich wzruszała mnie za każdym jednym razem mimo upływu pięciu lat, jakie już spędziłam w tej kawiarni.

– Już idę, szefie, już idę – burknęłam, rozwiązując fartuch.

– A, i przekaż ekipie, że może jutro wpaść na ciastka i jakieś słodkie napoje, na koszt firmy.

– Szefie! – oburzyłam się tą łaskawością, dobrze wiedząc, że takie zamówienie dla ponad dwudziestki osób to jednak byłaby spora strata w kasie kawiarni. – Chcesz nas puścić z torbami? A co, jeżeli nie wygrają tego meczu?

– To tym bardziej zasłużą na jakąś nagrodę! Młodzi muszą wiedzieć, że nie tylko wygrana generuje jakąkolwiek nagrodę, włożony wysiłek jest czymś, co nie powinno przejść bez echa. 

Nie umiałam na szybko znaleźć jakiegoś argumentu, za pomocą którego wybiłabym mu skutecznie ten pomysł z głowy, zamiast tego, ponownie przez niego pospieszana, opuściłam lokal, a stojąc na chodniku, ruszyłam szybko przed siebie. Musiałam zdążyć na autobus, kolejny w kierunku stadionu jechał bowiem zbyt późno, bym zdążyła na pierwszy gwizdek. Liczyłam się z tym, że nie będzie w nim już miejsc siedzących, dobrze wiedziałam, jak to bywa o tej porze dnia, ale i tak westchnęłam, kiedy pojazd pojawił się przy przystanku i otworzył swoje drzwi. 

– Przepraszam, przepraszam – rzucałam cicho i dość nieśmiało, próbując zlokalizować sobie miejsce, gdzie mogłabym przystanąć i nikomu zbytnio nie wadzić. 

Oczywistym było dla mnie, że nie zajmę miejsca, zbyt podekscytowana i zdenerwowana tą małą walką z czasem, jaką sama sobie narzuciłam. Niby od małego stadionu miejskiego nie dzieliła mnie spora odległość, to i tak ciężko było stwierdzić, czy po drodze nie wydarzy się nic, co nie wydłuży tej jazdy.

Zazwyczaj na mecze bratanka przychodził jego tata, ale dzisiaj mój brat miał jakieś ważne spotkanie zarządu w swojej firmie, z którego to nie umiał się wykręcić. Jego żona natomiast nie patrzyła aż tak przychylnie na to, że jedyny syn jest zainteresowany piłką nożną – wolałaby pewnie jakiś inny, bardziej ekskluzywny sport – nie pojawiała się więc praktycznie nigdy. Było to dla mnie zastanawiające, ale nigdy nie komentowałam tego za głośno, już i tak mając z nią dość napięte stosunki. 

Ku mojemu zadowoleniu autobus wjechał w zatoczkę nieopodal stadionu praktycznie o czasie, co sprawiało, że nie musiałam puszczać się biegiem, by zdążyć na pierwszy gwizdek, wystarczył nieco szybszy krok, bym zjawiła się i jeszcze mogła przywitać, z kim chciałam.

Na ten moment poza zespołem i sztabem na stadionie spodziewałam się kilkorga rodziców, znanych mi z widzenia i wymienianego “dzień dobry”. To mój brat zwykł mieć z nimi więcej do czynienia, liczyłam, że tego popołudnia nie będę musiała wchodzić z kimkolwiek w dłuższe interakcje. Starałam się w ogóle nie rzucać w oczy, świadoma, że są tu też przedstawiciele przeciwnej drużyny i jej opiekunowie. 

Wystarczyło mi, że pierwszą osobą, która mnie dostrzegła i chciała zamienić choć słowo, nie był mój bratanek, tylko jego trener. Patrzył w moją stronę, kiedy po przejściu przez bramę szlam w stronę trybun, przecinając przy tym pasy bieżni. Miałam nadzieję, że nie wchodzę nikomu w drogę, nie zwróciłam od razu uwagi, że ktoś się do mnie zwraca.

– Cześć, Nika!

Głos był mi bardzo znajomy, bo przez lata nauki w liceum słyszałam go codziennie – Derek, z którym miałam większość lekcji i najczęściej wiedzieliśmy pulpit obok pulpitu, jako ścieżkę zawodową wybrał sport i został nauczycielem wychowania fizycznego, dorabiając sobie także jako trener juniorskich drużyn jedynego klubu w mieście. Nie widzieliśmy się, kiedy studiowałam w innym mieście, ale kiedy z dyplomem w ręce wróciłam w rodzinne strony, musiałam na niego wpaść, gdy po raz pierwszy odbierałam Antoine’a po treningu. To było zaskakujące, ale obserwując, jak nakazuje biegać dzieciakom po boisku tam i z powrotem, a potem uczy ich trików i ma przy tym mnóstwo frajdy, zrozumiałam, że lepiej chyba nie mógł wybrać

Uniosłam rękę, by lekko mu pomachać.

– Hej – odpowiedziałam. – Są dobrze przygotowani?

Oczywiście, że byłam tego ciekawa, w końcu tyle się od młodego nasłuchałam o przygotowaniach do meczu finałowego w tym sezonie. 

– Zrobiliśmy, co w naszej mocy. – Zmrużył oczy, patrząc pod słońce. – Tylko ciężko przewidzieć, jak przeciwnik się przygotował. 

– Życzę wam powodzenia i trzymam kciuki – rzuciłam, by przekazać swoje wsparcie, na co skinął mi głową.

– Dzięki. Gdybyś chciała się przywitać, zanim zajmiesz miejsce, to Antoine jest tam – wskazał mi ręką na grupę dzieci w zielonych strojach – i jeszcze się rozgrzewa. Nie zajmuj mu zbyt wiele czasu, okej?

Gdyby ktoś się nam przysłuchiwał, mógłby powiedzieć, że kolega zachował się wobec mnie nieco niegrzecznie, wyznaczając taką granicę, ale dobrze wiedziałam, co miał przez to na myśli. Chodziło o to, by zbytnio nie dekoncentrować zawodników, którzy myślami są już przy meczu i czekającym ich wyzwaniu. Dlatego też jedynie zbliżyłam się do barierki stojącej najbliżej grupki chłopców, zawołałam bratanka, a kiedy Antoine mnie dostrzegł i podszedł, przywitałam się z nim i także życzyłam powodzenia w grze.

– Pamiętaj, że dla mnie już i tak wygrałeś – powiedziałam, głaszcząc go po głowie. – Jesteś w finale lokalnych rozgrywek, to naprawdę coś wielkiego!

– Wiem, ciociu, wiem – odparł, a oczy mu błyszczały. – Ale będziesz na to patrzeć, tak?

Serce nieco mnie zabolało na myśl, że wątpił, bym była tu po to, by go oglądać. A jaki inny powód bym miała mieć?

– Oczywiście. Dajcie z siebie wszystko!

Kątem oka widziałam, że Derek podchodzi wygłosić ostatnie słowa motywujące, zeszłam mu z drogi i zajęłam miejsce na trybunie wśród innych rodziców i lokalnych kibiców, którzy nie przepuszczali okazji, by pokibicować naszym najmłodszym sportowcom.

Mecz zaczął się o czasie i od pierwszej minuty był dość wyrównany. Akcja przenosiła się z jednej połowy boiska na drugą, zawodnicy biegali tam i z powrotem, nie ustając w próbie strzelenia bramki, choć ta nie padła przez całą pierwszą połowę. Podczas przerwy Derek starał się przedstawić podopiecznym taktykę na drugą połowę spotkania, ale chłopcy zdawali się być nieco rozproszeni czymś, co wydarzyło się podczas dotychczasowej potyczki. Nie byłam w stanie ocenić, który jej moment tak ich teraz pochłaniał, niemniej trzymałam kciuki, by przez te kilkanaście minut zdołali na nowo przywołać wojowniczego – jak na ośmio-, dziewięciolatków przystało, nie większego od nich samych – ducha i pozostaną skupieni na tym, po co się tutaj stawili.

I chyba im się to udało, bo już pierwsza akcja po gwizdku rozpoczynającym drugą partię dała powód do szybszego bicia serca. Drużyna Antoine’a ruszyła do przodu szybko, wymieniając między sobą celne podania. Serce mi zadrżało, kiedy patrzyłam, jak bratanek ze swojego lewego skrzydła dośrodkowuje, a jeden z jego kolegów idealnie w czasie wyskakuje i główką posyła piłkę do bramki przeciwnika.

Tym samym padł gol na jeden do zera dla drużyny, za którą tak mocno trzymałam kciuki.

Cieszyłam się jak inni bliscy piłkarzy, to było przecież budujące, że ci najmłodsi z nas mają nie tylko talent, ale i determinację, by trenować i walczyć na boisku z każdym przeciwnikiem, nawet tym potencjalnie słabszym. Patrząc po tych zdyscyplinowanych chłopcach, sama czułam chęć mierzenia się ze światem jak równy z równym. Klaskałam i nawet zawołałam “brawo”, czym zwróciłam na siebie uwagę Dereka. Uśmiechnął się, po czym na nowo skupił na grze, a ja zastanowiłam się, jak zareaguje na propozycje mojego szefa, kiedy mu ją przedstawię.

To jednak dość szybko wypadło mi z głowy, gdy widziałam, jak ni stąd, ni zowąd Antoine nagle osuwa się na murawę, a koledzy, z którymi jeszcze chwilę emu cieszył się z bramki, otaczają go i spanikowani wywołują jego imię.

Niejasne było dla mnie, co takiego się właśnie wydarzyło. Jeszcze kilkanaście sekund temu Antoine stał obok kolegi i z czegoś się śmiał, a teraz leżał na murawie zasłonięty przez inne dzieci. Nie wiedziałam, co się dzieje, ale ciało zareagowało od razu, instynktownie – podniosłam się z miejsca i zbiegłam schodkami na dół, by znaleźć się przy ławce drużyny bratanka.

Derek także zjawił się przy tym gronie, za nim też medyk, jaki był oddelegowany do tego meczu. Wdarłam się na murawę, choć sędzia próbował mnie przed tym powstrzymać. Cofnęłam się w momencie, kiedy zobaczyłam, jak trener niesie chłopca w stronę ławki rezerwowej. Logicznym było schować go w cieniu i z dala od głównej akcji – mecz został bowiem przywrócony, kiedy lekarz rzucił krótkim: „to tylko omdlenie!”, a na miejsce bratanka wysłano innego zawodnika. Dla mnie ta diagnoza nie była wystarczająca.

– Co mu jest? – zapytałam, przedzierając się do ławki drużyny. – Antoine, słyszysz mnie?

Lekarz, nieco zaskoczony i niezadowolony z mojej obecności, spojrzał na trenera, który szybko mnie przedstawił:

– To ciocia Antoine’a, jest dzisiaj jego kibicem. Na ten moment uznajmy ją za jego opiekuna, dobrze?

Nie byłam pewna, czy to zgodne z prawem, ale nie miałam sił się nad tym zastanawiać – w tej chwili najważniejszy był Antoine i jego stan.

– To raczej nic poważnego – ocenił lekarz, kiedy chłopiec się ocknął, na co westchnęłam z ulgą. Skłonił młodego piłkarza do zmiany pozycji na półsiedzącą i podał mu izotonik, po czym przeszedł do małego wywiadu, by stwierdzić, co doprowadziło do tej całej sytuacji. – Zjadł dzisiaj cokolwiek czy z nerwów o tym zapomniał?

– Nie jestem pewna – odparłam nieco zawstydzona. – Nie mieszkam z nim, jestem tylko jego ciotką, nie wiem, czy brat i jego żona dali mu cokolwiek do jedzenia, przepraszam…

Nie powinnam czuć się winna, nie byłam opiekunem prawnym Antoine’a, przyszłam tylko wspierać go w tak ważne dla niego popołudnie, by wiedział, że jego marzenie nie jest czymś błahym, że ma we mnie wsparcie, ale że uwielbiałam tego malca, byłam na siebie zła, że w ogóle doszło do takiej sytuacji.

– Na pewno zjadł jednego żelka w drodze na boisko – odezwał się Derek ze wzrokiem wbitym w podopiecznego. – Wcześniej powiedział mi, że zjadł obiad w szkole, ale nie jestem w stanie powiedzieć, co to było i w jakiej ilości. 

– Najwidoczniej za mało – ocenił medyk. – To nic strasznego, po prostu stres i wysiłek fizyczny doprowadziły do omdlenia. Potrzebuje teraz wody, czegoś do zjedzenia i odpoczynku, wiec na boisko już dzisiaj nie wróci.

Zerknęłam na bratanka, który pociągnął nosem, ale nie zaczął się awanturować – rozumiał, dlaczego taka jest decyzja. Widziałam, że jest mu z tego powodu przykro, ale nie protestował.

– Przepraszam – wydusił z siebie, jakby naprawdę czymś zawinił.

Płaczliwy ton wyczuwalny w jego głosie rozczulił nawet medyka, który pogłaskał go po głowie i oznajmił:

– Nie masz za co. Musisz tylko pamiętać, by najpierw zadbać o siebie, by móc też zadbać o drużynę. Jasne?

Chłopiec skinął mu głową, a sędzia, zerkając w naszą stronę od czasu do czasu, chyba poczuł się uspokojony, widząc Antoine siedzącego pod wiatą i odpoczywającego. Ja nie byłam w stanie wrócić na swoje poprzednie miejsce. Poszłam jedynie po torbę, a Derek nakazał swoim podopiecznym przesunąć się tak, bym mogła usiąść obok bratanka. Nie wiedziałam, jak chciał to wyjaśnić zarządowi klubu, ale tym nie byłam w stanie się teraz martwić, nadal skupiona na Antoine, który siedział przy mnie i opierał głowę na moim ramieniu. 

– Nie strasz tak więcej, dobrze? – powiedziałam do niego cicho, by jego koledzy nie usłyszeli i nie mieli powodu się z niego naśmiewać. – I pamiętaj, by jeść także przed ważnymi wydarzeniami, okej? Czekaj, mam w torebce trochę czekolady i jabłko.

– Ale czekolada to gorzka, tak?

Nie znałam żadnego innego dziewięciolatka, który lubiłby tę wersję czekolady, pod tym względem za bardzo przypominał mnie.

– Tak, gorzką, tylko nie mów swojej mamie, bo znowu będzie na mnie narzekać.

– Tata na ciebie nie narzeka, tylko mówi, że jesteś lepszym dietetykiem od mamy i pod tym względem mam cię słuchać.

Rozumiałam podejście bratowej – jakże mogłabym dobrze radzić w sprawie żywności, skoro pracowałam w kawiarni serwującej przeróżne desery i napoje – ale też powinna wiedzieć już, znając mnie kilkanaście lat, że nie zrobiłabym nic, co zaszkodziłoby jej dziecku. Antoine był moim ulubionym człowiekiem pod słońcem, a jego szczęście najważniejsze. 

– To w takim razie zjemy sobie ją oboje – odparłam i poczęstowała go kostką. 

Nie schowałam przy tym tabliczki do torby, nie mogłam tego zrobić, nie mając pewności, że Antoine ma się już na pewno dobrze. Pozwoliłam mu zjeść tyle, ile chciał – czyli łącznie cztery kostki – dzięki czemu wróciły mu kolory na twarz, jak i wyglądał z powrotem na bardziej żywotnego.

– Dziękuję, ciociu. Że przyszłaś i się martwisz.

– Od tego jestem, młody. Nie ma sprawy.

– Czy teraz możemy już oglądać mecz?

Zaśmiałam się, zabrzmiało to bowiem, jakbym odciągnęła go od kibicowania kolegom. Nie miałam wcale takich intencji, wręcz dołączyłam do bratanka, kiedy ten głośno skandował lokalną piosenkę kibiców, klaskałam dla motywacji i cieszyłam się, kiedy wpadła jeszcze jedna bramka na naszą korzyść. Do końca spotkania nie wydarzyło się nic niepokojącego, ostatni gwizdek mógł więc rozlec się i oznajmić, że drużyna Antoine’a wygrała cały sezon lokalnych rozgrywek.

Z radości uściskałam chłopca, przybiłam też piątki z jego kolegami, uśmiechnęłam się również do Dereka, który wyglądał na zadowolonego i jakby z pleców spadł mu ciężar. Był jak ja świadkiem tego, do czego zdołał przygotować te dzieciaki, a te odwdzięczyły mu się pięknym zwycięstwem, przez które raczej nadal będzie piastował obecne stanowisko. Cieszyłam się jego sukcesem, jakby nie patrzeć był dobrym kolegą ze szkolnych czasów, naturalnym było życzyć mu wszystkiego najlepszego.

– Brawo, chłopcy, spisaliście się! – Derek, z szerokim uśmiechem na ustach, przybił piątkę z każdym ze swoich zawodników. – Jestem z was mega, mega dumny. Wykonaliście kawał świetnej roboty, ciężko trenowaliście, a to doprowadziło was do pucharu. W nagrodę gdzieś was zabiorę.

– Właściwie… – weszłam mu w słowo, nadal stojąc blisko drużyny – to mój szef zaprasza was wszystkich jutro do „Cafes y pasteles” na coś dobrego. Firma stawia.

– Na lody? – zapytał chłopiec stojący obok mojego bratanka.

– Na przykład na lody – przytaknęłam.

– A lemoniada też wchodzi w grę?

– A coś z ciastkami, proszę pani? Też będziemy mogli wziąć?

– A można tort czekoladowy?

Moja informacja sprawiła, że dzieci zaczęły przeganiać się w pomysłach na to, co sobie zamówią. W tym samym czasie Derek patrzył na mnie wyraźnie zszokowany.

– Chyba sobie żartujesz – wyrzucił z siebie, kiedy stanęłam przy nim, by w miarę możliwości ustalić szczegóły tego zaproszenia. – Przecież oni wam ogołocą kawiarnię z wszystkich dobroci i narobią wam strat!

– Tym się nie przejmuj, mój szef jest na to przygotowany – spróbowałam go pocieszyć, na co tylko pokręcił głową.

– Obyście tego nie żałowali.

– Hej, młodzi dzisiaj wygrali i rozsławili nasze miasto wśród najbliższej okolicy. Czy będziemy mieli lepszą reklamę na socjale niż drużynę piłkarską zadowoloną ze słodkiej nagrody?

Derek nie wyglądał na przekonanego, ale jeśli miał jakieś wątpliwości, to musiał je zachować dla siebie, bo ci z rodziców, którzy czekając na swoje dzieci, zdołali mnie usłyszeć, podchwycili ten pomysł i zaczęli go gorąco na to namawiać.

Kolega patrzył na mnie, jakby chciał przekazać, że wzięłam się za tworzenie potwora, ale nie dbałam o to teraz. Chciałam się cieszyć szczęściem Antoine’a i dziękować wszelkim siłom, że na boisku nie wydarzyło się nic gorszego niż jedno małe omdlenie. 


 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz