Apel wojskowy:

Nowy temat (czas do 29.03): Lepiej mieć wroga, od którego dostaniesz w twarz, niż przyjaciela, który wbije ci nóż w plecy. Klucze: omen, dwuznaczny, elementarnie, wywoływać

Namierz cel:

niedziela, 28 czerwca 2026

[215] (not only) quidditch lovers ~ Wilczy

 I znów będzie długo! Kurde, wyślijcie mnie na urlop! Ale mam nadzieję, że przynajmniej zaspokoję głód quidditcha ;D
___________________________________________________________



GRYFONI 

1993 

 

 

Dzień jest wyjątkowo pogodny jak na tę porę roku. Słońce przyjemnie rozgrzewa skórę i cała drużyna, wychodząc na boisko, mruży oczy 

– No. – Oliver Wood osłania oczy przed promieniami słońca, spoglądając na rząd Gryfonów stojących na środku murawy, każdy z miotłą w ręku. – Dużo ich przyszło. 

– I po co ci to, Oliverze? – pyta Fred, ziewając szeroko. – Wiadomo, że nie zmienisz składu. 

– Nie bądź taki pewny siebie! – Oliver celuje rączką miotły w twarz Freda. – Jeśli przyjdzie ktoś mniej pyskaty, a równie dobrze radzący sobie z pałką, wymienię cię w pierwszej kolejności. 

– Radzisz sobie z pałką, Fred? – podchwytuje George, zrównując z nim krok. – Dobrze ci idzie? 

– Tak dobrze jak tobie, wiadomo. 

Szczerzą do siebie zęby, a kroczące za nimi ścigające kręcą z politowaniem głowami. 

– Dzień dobry rekruci! – woła dziarsko Wood, zatrzymując się przed uczniami z Gryffindoru. – Cieszę się, że stawiliście się tak licznie! Proszę, by każdy się teraz przedstawił i… 

– Przecież nas znasz, no bez jaj! – woła zniecierpliwionym tonem jakiś chłopak z siódmej klasy. – Śpimy razem w jednym dormitorium! 

Cicho, Timothy. Mów jak się nazywasz i o jaką pozycję się ubiegasz. 

Timothy patrzy na niego jak na kogoś, kogo ma się wielką ochotę zamordować. 

– Timothy Brandwymawia swoje imię i nazwisko przez zaciśnięte zęby. – Chcę grać na pozycji obrońcy. 

– Ok, więc ściga… Na jakiej, przepraszam? 

– Obrońcy – powtarza mściwie Timothy. 

– Och. – Wood jest zakłopotany. – Zawsze zgłaszałeś się na ścigającego. 

– Tak i nigdy nie miałem szczęścia. 

Jego głos w uszach Olivera dudni po stadionie, jakby dobywał się z czeluści piekieł, które właśnie otwarły się pod nim oczyma jego wyobraźni 

– Daj spokój, Tim. – Oliver chichocze nerwowo. – Nie masz predyspozycji na obrońcę. Może pałkarz albo… 

– Ależ, kapitanie! – Fred chwyta go za ramię, zaglądając z udawanym niedowierzaniem w jego twarz. – Nie demotywuj kolegi. Przecież sam mówiłeś, że… 

– …każdy zasługuje na szansę – kończy George, wieszając się drugiego jego ramienia. – A nuż jest lepszy od ciebie? Drużyna zasługuje tylko na najlepszych. 

Oliver lekko zielenieje na twarzy i niemrawo kiwa głową. 

– D-Dobrze, niech będzie… Kto następny? – Jego wzrok pada na złotowłosą dziewczynę, którą odsłania odchodzący na bok (i uśmiechający się z satysfakcją) Timothy. – Znowu ty? Serio? 

DON'T WANNA LIVE AS AN UNTOLD STORY 

Gryfonka strząsa z twarzy grzywkę i ściąga łopatki, mocniej zaciskając dłoń na rączce miotły. 

– Chcę się zgłosić na… 

Szukającego akurat naprawdę nie zamierzamy zmieniać – przerywa jej Wood, smętnie zerkając w notes. 

– Daj spokój, Oliverze. – Zza jego pleców wychodzi czarnowłosy chłopak w okularach. – Nie zgadzam się na specjalne traktowanie. Jeśli Wilson chce się ze mną zmierzyć – rzuca dziewczynie spojrzenie, w którym czai się uśmiech i wyzwanie – nie ma sprawy. 

Wood robi sceptyczną minę, obrzucając jasnowłosą dziewczynę oceniającym spojrzeniem. 

– Jesteś tego pewna? 

Po co robicie tę rekrutację, skoro zamiast sprawdzać, czy ktoś ma talent, na wstępie ich zniechęcacie? 

Timothy zaczyna klaskać, a bliźniacy dołączają, wykrzykując spontaniczne hasła w stylu: „No właśnie!”, „Brawo”, „Wilson na kapitana”! 

Renee wzrusza ramionami, stropiona tymi reakcjami. 

– Po prostu… szanujmy swój czas, tak – dodaje ciszej, patrząc w bok, ale czuje na sobie zielone spojrzenie, więc zerka pospiesznie na twarz Pottera i dostrzega, że chłopak z całych sił stara się nie roześmiać. Gdy szybko odwraca wzrok, na jej twarz też wkrada się uśmiech. 

– No dobra, ale żeby nie było, że nie ostrzegałem. – Oliver zapisuje coś w dobytym z kieszeń sportowej szaty kajecie. – Nie przychodź do mnie z płaczem jak Potter z tobą skończy. 

RATHER GO OUT IN A BLAZE OF GLORY 

Rzuca surowe spojrzenie Renee, gdy ona hardo unosi głowę i odchodzi, by stanąć obok Timothy’ego. 

– Czują się zbyt pewnie, co? – zagaduje ją Tim, a Renee drga, przerażona faktem, że odzywa się do niej siódmoklasista. – Myślą, że są nie do ruszenia. Tch. 

Renee chrząka wymijająco i obserwuje dalszą część rekrutacji. W końcu Oliver zarządza egzaminy i konfrontuje ze sobą kandydatów. Na szukającego oprócz Wilson zgłosił się czwartoklasista Garry, wysoki i chudy jak tyczka, i przysadzisty szóstoklasista Edmund, na którego Wood patrzy tylko ze skrajną dezaprobatą, ale zrugany przez drużynę i kandydatów nie śmie wygłosić na głoś żadnej uwagi więcej. 

Gdy wypuszczono znicza, Renee i Garry z dużą przewagą zwyciężyli Edmunda w pojedynku jeden na jednego. Potem stoczyli walkę między sobą i choć Renee nie łudziła się, że znajdzie się dla niej miejsce w drużynie, bo wystarczyła obserwacja obu chłopców, by stwierdzić, że każdemu daleko do umiejętności Pottera, sprawiła jej dużą przyjemność sama możliwość zmierzenia się z nimi i finalnie z samym Harrym. 

Gwizdek Olivera rozbrzmiał głośno, gdy zacisnęła dłoń na malutkiej, chłodnej piłeczce, zgarniając sprzed nosa Garry’ego, który mimo posiadania lepszej miotły, został z tyłu w pogoni za zniczem. 

– Harry, teraz ty! – woła Oliver i w tym samym momencie Harry odbija się stopami od ziemi, wzbijając się w powietrze jak pocisk. 

– Powodzenia! – woła, mijając Wilson i mknąc na drugi koniec boiska. Dziewczyna wykrzywia usta, patrząc za nim. Ma ochotę odkrzyknąć w odpowiedzi, żeby się… coś brzydkiego. Ale się powstrzymuje. 

I CAN'T HEAR YOU 

Renee nie decyduje się na taktykę, którą w meczach przeciwko Harryemu obiera większość szukających. Nie zamierza siedzieć mu na ogonie i korzystać z jego zdolności. Samodzielnie dostrzeże znicza. 

Nie daje się nabrać, kiedy tuż przed nią Potter przyspiesza, a potem pikuje ostro w dół. Jest pewna, że to zwód. Prycha jedynie, gdy Harry podrywa miotłę tuż nad ziemią i mknie teraz równolegle do murawy, niemal dotykając trawy podeszwami butów. Jej oczy czujnie omiatają przestrzeń i kiedy Harry traci czas na zagrywki, ona dostrzega złoty błysk zawieszony w powietrzu. 

Wysoko nad Potterem.  

Nie może nie skorzystać z okazji. Pochyla się na swojej Komecie, próbując ją zakląć siłą myśli, żeby dała z siebie wszystko. Nie odrywa przy tym wzroku od znicza, więc nie zauważa, że daleko w dole Harry dostrzega jej ruch. I nie zakłada, że to zmyłka, mknie już w jej stronę, bacznie obszukując niebo i nieco koryguje lot miotły, gdy sam namierza złotą, roztrzepotaną piłeczkę. Jego Nimbus przyspiesza, pokazując na co stać miotłę tej klasy.  

Harry łapie znicza tuż przed dłonią Renee, która nie dając za wygraną, nie zwalnia, przez co mimo wysiłków Harry’ego, by tego uniknąć, wpada na niego z całym impetem. 

I DON'T FEAR YOU 

Spada z miotły, mimo rozpaczliwych prób, by utrzymać się na Komecie. Opuszki jej palców smagają rączkę w przelocie i Renee leci w dół. Pęd powietrza rozwiewa jej złoty warkocz, rozpuszczone włosy tańczą wokół twarzy, gdy wyciąga przed siebie ręce, a ciśnienie odbiera jej dech. Przez myśl przelatuje jej, że to koniec, że przez własną upartość skończy tak marnie, ale wtedy, jakieś pięć stóp nad ziemią wpada w nią szkarłatno-złoty kłąb. Zwinne ręce przechwytują ją i wciągają na miotłę. Lądują niezgrabnie w trawie, Potter drze murawę podeszwami, by wyhamować, obejmuje ją mocno i oboje koziołkują, lądując na boisku na plecach. Dyszą, wciągając zachłannie powietrze, podczas gdy reszta drużyny biegnie ku nim przez boisko, pokrzykując dziko. 

– Nic ci nie jest? – pyta Harry, gdy Renee zrywa się do siadu, oglądając ze strachem na resztę Gryfonów. – Poczekaj, nie tak szybko, mogłaś sobie coś… 

– Nic mi nie jest! – Renee odpycha Harry’ego, który próbuje ją zatrzymać i oddala się szybko, nie czekając na drużynę. Zaciska dłonie w pięści, po drodze zgarnia z murawy swoją miotłę i jak najprędzej opuszcza stadion quidditcha. 

Porażka smakuje gorzko. Zwłaszcza oprószona poczuciem, że niewiele brakowało, a zwyciężyłaby słynnego Harry’ego Pottera. 

 

 

 

 

 

 

 

 

ŚLIZGONI 

1993 

 

Próbuję się skupić na wypracowaniu z eliksirów, korzystając z uroków sobotniego poranka, podczas którego w pokoju Slytherinu jest ciszej niż w dni powszednie, bo większość uczniów odsypia zajęcia. Ale sielanka nie trwa długo. Z korytarza wiodącego do dormitorium chłopców słychać rosnący tumult i wkrótce do pokoju wspólnego wlewa się szmaragdowa fala, skandując, gwiżdżąc i wyśpiewując niedorzeczne piosenki o rywalizacji między domami w quidditchu. Kręcę z politowaniem głową, obserwując własnego brata, który, wyrzucając pięść w górę, rymuje o tym jak to Gryfoni są skończeni. Próbuję zachować obojętność, gdy spomiędzy ubranych w sportowej szaty Ślizgonów, wyłania się szczupły blondyn. On nie śpiewa ani nie wrzeszczy, zachowuje tę swoją zimną, arystokratyczną powagę, choć usta rozciąga w zwykłym drwiącym uśmiechu. 

DON'T WANNA LIVE AS AN UNSUNG MELODY 

Nasze spojrzenia się krzyżują. Wracam do wypracowania. Hałas powoli się oddala, wraz ze zgrają miłośników mioteł, tłuczków, zniczy i kafli. 

– Dzisiaj rekrutacja – słyszę nad sobą chłodny głos i wzdrygam się, bo sądziłam, że wszyscy wyszli i zostałam sama. 

– No i? 

Nie podnoszę wzroku, skupiając się na rozdziale z Tysiąca magicznych ziół i grzybów, dopóki blada dłoń nie unosi okładki i powoli zamyka książkę. Dopiero wtedy podnoszę oczy, patrząc na Malfoya spode łba. 

– Myślałem, że lubisz quidditcha. 

Może lubię, może nie. Licho wie – wymrukuję pod nosem, próbując uparcie skupić się na wypracowaniu, ale zwój pergaminu zaczyna się oddalać. Wzdycham ciężko, odkładając pióro. 

– Czego chcesz – warczę, zakładając ręce na piersi i przyglądając się, jak Draco zwija pergamin w rolkę. 

– Widziałem, jak latasz – odpowiada zagadkowo, poświęcając całą uwagę temu, by wyrównać rulon. 

– Kiedy? 

– Kiedyś. – Chłopak wzrusza ramionami i skupia wzrok na mojej twarzy. – Jesteś całkiem niezła. 

Bo wiem jak ruszyć w przód i jak wycofać miotłę? 

To już więcej niż wie połowa drużyny. 

Pozwalam sobie na krótkie parsknięcie pod nosem. 

– Przecież zależy ci na zwycięstwie Slytherinu. – Ciemne brwi zbliżają się do siebie w konsternacji. – Nie opuściłaś żadnego meczu. 

– Bo może wolę oglądać niż… 

– Na ostatnim meczu prawie przeskoczyłaś przez trybuny, gdy nie uznali nam gola. Taka pasja jest niespotykana u biernego kibica. 

Zapowietrzam się, za wszelką cenę próbując nie przyznać mu racji, nawet gdy brakuje mi kolejnych argumentów. 

Gdybyś z taką uwagą, z jaką studiujesz trybuny, szukał znicza, nie przegralibyśmy z Gryfonami. 

Szare oczy zwężają się, gdy zaciska usta. 

Dobrze, nie to nie, jak tam sobie chcesz – rzuca wściekle, opierając dłoń na stole i nachylając się do mnie. – Następnym razem nie skanduj tak głośno mojego nazwiska, żeby mnie nie rozpraszać. 

Odwraca się napięcie i odchodzi, rzucając mi jeszcze pełne złości spojrzenie, gdy wspina się do wyjścia po spiralnych schodach. 

Próbuję puścić to zajście w niepamięć i wrócić do pracy domowej, ale teraz, gdy krąży we mnie złość, nie jestem w stanie się skupić. 

I'D RATHER LISTEN TO THE SILENCE TELLING ME 

Cholera jasna.   

Rezygnuję, odsuwam książkę i wstaję od stołu. Kieruję gniewne kroki do dormitorium, w którym zapada cisza, gdy tylko wchodzę. Obrzucam zdegustowanym spojrzeniem Pansy i jej kumpele, otwieram kopnięciem kufer, wyciągam swoją Wichurę i prędko opuszczam pokój. Gdy tylko drzwi się zamykają, rozlega się za nimi wybuch śmiechu. 

 

Pojawiam się na boisku z miotłą na ramieniu. Flint milknie, gdy staję w szeregu, wśród nowych rekrutów i rzuca spojrzenie mojemu bratu, który robi minę i wzrusza ramionami. Zerkam na Malfoya. Ten z kolei uśmiecha się zwycięsko, jakby dopiął swego. Zaczesane do tyłu jasne włosy kontrastują z zieloną szatą.  

Jest to całkiem przyjemny kontrast. 

– Mówię do ciebie, Yaxley. 

I CAN'T HEAR YOU 

– Hm? – Przenoszę wzrok na Marcusa. 

– Pytałem, na jaką pozycję się zgłaszasz. 

– Nie wiem. A na jakiej się sprawdzę? – Robię minę identyczną jak Cain i też wzruszam ramionami. – Wymyśl coś, Flint. 

– Podejrzewam, na jakiej będzie ci dobrze – Marcus posyła mi niewesoły, krzywy uśmiech – ale sprawdzimy wszystkie. 

Wsuwa do ust gwizdek i dmie w niego głośno. 

Przechodzę po kolei przez wszystkie pozycje. 

Nie bronię ani jednego gola. 

Trafiam cztery na dziesięć rzutów. 

– Nie żywię wielkich nadziei, ale… – Flint wypuszcza znicza. – Spróbuj. 

Śledzę lot maleńkiej piłeczki na tle nieba, lecz gubię ją wzrokiem, gdy pada na mnie cień. 

– Niech zgadnę – osłaniam oczy, by spojrzeć na twarz Draco, który zawisł przede mną na miotle – będziesz mi przeszkadzał? 

Nonszalancki uśmiech wystarcza mi za odpowiedź. 

– Czyli nic nowego – kwituję beznamiętnie i wznoszę się górę. 

I WON'T FEAR YOU 

Sprawiam wiele radości Malfoyowi, który zwycięża mnie dwa razy, popisując się widowiskowym schwytaniem znicza. Ścigając się z nim ramię w ramię, czuję przyjemny wyrzut adrenaliny i jest taki moment, że po prostu chce mi się śmiać. Nieważne, że przegrywam. Latanie to wolność, a wolność to szczęście. 

Ląduję, ryjąc piętami murawę. Draco pojawia się tuż obok. Lądowanie wychodzi mu o wiele zgrabniej. Unosi brwi, uśmiechając się. Znicz wciąż trzepocze w jego dłoni. Trudno o jaśniejszy komunikat: szukającej ze mnie nie będzie. 

Może spróbuj z tym. 

Flint podchodzi do mnie, żeby wręczyć mi pałkę. Przyglądam się jej, ważąc w dłoni i ściągając brwi. Ciemne drewno, metalowe okucia. Podoba mi się. Staję pewniej na nogach, podrzucam ją i łapię w powietrzu, biorąc zamach i wybijając tłuczka, którego bez ostrzeżenia posyła w moją stronę Cain. 

I'LL LIVE NOW CAUSE THE BAD DIE LAST 

– No proszę. – Flint marszczy brwi. – Może jednak coś z ciebie będzie. – Ukazuje w uśmiechu rząd krzywych zębów, zerkając w stronę mojego brata. – Gryffindor ma Weasleyów. My możemy mieć Yaxleyów. 

– Moja krew! – krzyczy z połowy boiska Cain. On też się szczerzy, klaskając i wznosząc dłonie w moją stronę. 

Pięć sekund później odwracam się w ostatniej chwili, by wybić drugiego tłuczka, którego posyła w moją stronę. 

DODGING BULLETS WITH YOUR BROKEN PAST 

 

 

1995 

 

Zanosi się na deszcz. Wiatr szarpie zielonymi szatami i ponosi w dal wrzask trybun. Trudno powiedzieć, czy wita nas zachwyt czy niesmak widowni, ale łatwo to przewidzieć. Zwykle sprzyja nam tylko jedna czwarta kibiców, więc są skutecznie zagłuszani przez sympatyzującą z Gryfonami resztę. Dzisiaj nie słychać nikogo. Przynajmniej za to mogę być wdzięczna wietrznej pogodzie. 

I CAN'T HEAR YOU 

Stawiam kilka chwiejnych kroków i zataczam się na Malfoya, który mimo silnej wichury kroczy stabilnie przez boisko. Przytrzymuje mnie, patrząc spod powiek i ściągniętych brwi. Jego usta też są zaciśnięte. Pierwszy raz widzę u niego przed meczem takie skupienie.  

Zawziął się. Wreszcie. 

Popycha mnie lekko, a ja ruszam dalej, z trudem krocząc pod wiatr.  

Zatrzymujemy się w półokręgu na środku boiska. Drużyna Gryfonów już na nas czeka. Włosy Pottera żyją na wietrze własnym życiem. Przez chwilę przypomina mi chłopca z pewnej bajki, którą czytałam jako mała dziewczynka i parskam śmiechem, natychmiast porwanym przez wiatr. 

Pani Hooch zaprasza do siebie kapitanów obu drużyn. Ponieważ Montague nie wydobrzał po ostatniej kontuzji, na stanowisku kapitana zastępuje go Cain, a na pozycji ścigającego Urquhart, chłopak z szóstej klasy o bladych, skośnych oczach i antracytowych włosach, które mimo silnych podmuchów, pozostają nienagannie ułożone, sięgając linii silnie zarysowanej szczęki. To zadziwiające, bo wiatr jest dziś bezlitosny nie oszczędza nawet Malfoya, targając jasnymi jak białe złoto włosami. 

Pani Hooch dmie w gwizdek, a kapitanowie podają sobie ręce. Cain uśmiecha się drapieżnie do Angeliny, zamieniając uścisk w pełen parodii gest, udając, że zamierza ucałować jej dłoń. Dziewczyna zabiera rękę, patrząc na niego z odrazą. 

 
I DON'T FEAR YOU 

Kolejny gwizdek informuje nas, że mecz się zaczyna. Wszyscy dosiadają mioteł i wzbijają się w powietrze. 

– Celuj najpierw w tę sukę! Cain zjawia się przy mnie i odsłania zęby w gniewnym grymasie, patrząc za Angeliną. – I nie powstrzymuj się dzisiaj! 

Wzruszyłabym ramionami, gdybym nie bała się, że spadnę z miotły na tym wietrze, jeśli tylko się puszczę, więc jedynie prycham, a on odlatuje, by wybić tłuczka, który mknie ku Warringtonowi.  

Przetrząsam przestrzeń wzrokiem w poszukiwaniu drugiego tłuczka. W tym celu warto obserwować pałkarzy przeciwnej drużyny. Jeden z nich ściga się z Cainem, drugi właśnie wybija śmiercionośny pocisk w stronę naszego szukającego, który próbuje wykiwać Pottera, udając, że dostrzegł znicza. Startuję w jego stronę. Odkąd dałam się namówić Malfoyowi, by porzucić starą dobrą Wichurę i przyjąć jednego z Nimbusów 2001, dostrzegam znaczącą różnicę w prędkości, którą jestem w stanie osiągnąć. Zaciskam ręce na lśniącej, czarnej rączce miotły i pochylam się, mknąc jak pocisk. 

Docieram w ostatniej chwili. Biorę zamach i wybijam tłuczka, niemal zawadzając o Malfoya. Jakby zwolnił czas, widzę, jak pałka go muska, podrywa do tańca blond włosy, jak rozszerzają się szare oczy, a Draco odchyla głowę, upewniając się, że ode mnie nie oberwie. 

I WANNA TASTE LOVE AND PAIN 

Nie mogę powstrzymać szerokiego uśmiechu, gdy wymieniamy spojrzenia na ułamek sekundy przed tym, nim każde mknie w swoją stronę. Oczy Malfoya wciąż są szeroko otwarte, nie zdążył pozbyć się wyrazu strachu, choć ściągnął gniewnie brwi. Na pewno dorwie mnie po meczu, wypytując, co to była za akcja. No nic. Powiem mu, że miałam to wyliczone na milimetry. 

Nie próbując nawet tłumić chichotu, ruszam w stronę czarnej kuli, ku której mknie jeden z bliźniaków. Przyspieszam, żeby go ubiec. Mijam pędzących w drugą stronę ścigających i zwalniam, gwałtownie tuż przy tłuczku. Decyzję trzeba podejmować szybko. Mogę pozwolić sobie na jeden rzut okiem na rozłożenie graczy na boisku. Najpierw szukający: Potter niespiesznie kołuje w górze, Malfoy zajęty jest przeszkadzaniem Gryfonom w skutecznych podaniach. Potem kafel. Jest w posiadaniu Gryffindoru. Namierzam mknącą ku bramkom Kaite Bell, dźwigającą pod pachą czerwoną piłkę. Szacuję, gdzie znajdzie się za chwilę. Na jej miejscu wybrałabym boczną pętlę. Bletchley zawsze poświęca najwięcej uwagi środkowej, a ona ma najbliżej do prawej. 

Całość trwa nie więcej niż dwie sekundy, podczas których wciąż lecę za tłuczkiem i kątem oka szacuję, za ile zjawi się przy mnie jakiś Weasley. Nie żeby było mi bardzo przykro, gdybym tak przypadkiem trafiła w twarz kogoś z Gryffindoru. Biorę zamach i uderzam, kierując tłuczka w miejsce, w którym jego droga powinna skrzyżować się z torem lotu Bell. Zawisam w powietrzu, obserwując efekt. Tłuczek uderza w ogon jej miotły, na skutek czego ta zawraca o sto osiemdziesiąt stopni, wyrywając z gardeł kibiców pełen żałości ryk, gdy Urquhart korzysta z okazji i przejmuje kafla, by w następnej chwili minąć mnie w pełnym pędzie 

Tym razem to nie wiatr, to podmuch za nim i resztą drużyny pikującej na pętle Gryfonów rozwiewa mi włosy. Zdaję sobie sprawę, że znów słyszę widownię. Wichura ucichła, a chmury, choć wciąż uparcie zasnuwają niebo, zdają się mniej złowieszcze.  

Podniesiona na duchu udaną akcją i zmianą pogody dostrzegam szybującego pode mną tłuczka, lecz w tej samej chwili, gdy startuję, okazuje się, że zbyt długo nie zmieniałam pozycji, stając się łatwym celem dla pałkarza Gryffindoru. Dostrzegam czerń w polu widzenia i unikam najgorszego. Kula nie trafia mnie w głowę, ale boleśnie tłucze lewe ramię, posyłając mnie kilka metrów w bok, na co Ślizgoni wyją gniewnie z trybun. 

WANNA FEEL PRIDE AND SHAME 

Treningi nauczyły mnie, jak sobie radzić w takich sytuacjach. Od razu wracam do gry. Czerpię energię z gniewu i bólu, przerzucając pałkę do drugiej ręki. Robię wypad na Alicję Spinnet, wywijając młynka pałką, a ona przyzwyczajona, że po Ślizgonach należy spodziewać się najgorszegotraci rytm i zmienia tor lotu, przez co nie chwyta upuszczonego do niej kafla, którego przejęła wcześniej Johnson, zapewne po tym jak Weasleyowi jakimś cudem udało się wybronić gola. Mimo że nie widziałam całej akcji, łatwo mi ją przewidzieć. Pewno dlatego, że na treningach Urquhart nie zdobywał pętli jedynie na skutek skutecznej interwencji obrońcy. 

 
I DON'T WANNA TAKE MY TIME 

Ból w ramieniu przypomina, by nie marnować więcej czasu na przyglądanie się grze. Natychmiast skupiam się na tłuczkach i wypatruję oba. Jednego ściga Cain, ramię w ramię z którymś z bliźniaków, drugi mknie prosto na mnie. Tym razem jestem gotowa. Mam czas, by ocenić sytuację. By przybrać książkową pozycję, zaciskając kolana na miotle i łapiąc pałkę oburącz. Lewe ramię pulsuje nieprzyjemnie, ale adrenalina robi swoje. Na pewno odczuję skutki tego uderzenia dopiero po wszystkim. Teraz wybijam tłuczka z taką siłą, że kiedy sięga Pottera, widzę wybuch drobinek krwi, które otaczają jego głowę jak upiorna aureola. 

Kurwa, trafiłam. 

Nie mogąc powstrzymać upiornego rechotu, który uwalnia się z mojej piersi, mknę w spiralach w dół, po czym podrywam miotłę, zrównując się z Georgem. 

– Dzięki, stary!  

DON'T WANNA WASTE ONE LINE 

To on posłał w moją stronę tłuczka, którego udało mi się tak szczęśliwie wybić. Rudzielec rzuca mi wściekłe spojrzenie, podczas gdy oboje zbliżamy się w stronę zamieszania, które wybucha pod nami. 

Pani Hooch przerywa mecz, lądując obok rozciągniętego na trawie Pottera. Miał szczęście, że tłuczek dosięgnął go, gdy był tuż przy murawie, inaczej skończyłoby się czymś jeszcze mniej przyjemnym niż przeoranie trawy plecami. 

Krążę nad zrozpaczoną grupką Gryfonów, która zebrała się przy swoim szukającym i nie powiem, że nie mam satysfakcji. Wyeliminowałam ich najlepszego gracza. Nawet jeśli na chwilę, to dodaje skrzydeł. 

– Dobra robota. 

Obok mnie zatrzymuje się Lytsch Urquhart, oceniając spojrzeniem efekt mijego uderzenia. Ja sama nie mogę przestać szczerzyć zębów. Nie życzę źle Potterowi, ale mecz to mecz, a on jest najlepszym zawodnikiem Gryfonów, natomiast moim zadaniem jest posłać go na ławę. Lytsch zachowuje dystans, którego mi brakuje. Nie ponoszą go emocje. Korzysta z chwili przerwy, by przekazać mi techniczne uwagi: 

Grasz dzisiaj bardzo poprawnie. Postaraj się nie robić tak długich przerw w powietrzu. Powinnaś być w ciągłym ruchu. 

Przestaję miotać się z jednej strony w drugą, zawisając, by mu się przyjrzeć i zdecydować, czy wziąć te rady do serca. 

Ciemnoszare włosy są schludnie zaczesane na czas meczu i jestem niemal pewna, że musiał użyć jakiegoś zaklęcia, by nie rozwiewał ich pęd powietrza. Blade jak dwa księżyce oczy wpatrują się we mnie beznamiętnie, ale z jastrzębią bystrością przenoszą się tam, gdzie dostrzegą natężenie ruchu. 

– OK – odpowiadam, gdy oboje śledzimy poczynania Pottera, który awanturuje się, twierdząc, że może dalej grać, mimo że łuku brwiowego wciąż spływa mu świeża krew. 

Stanowczy gwizdek oznajmia wreszcie, że musi zejść z boiska. 

Zataczam kilka triumfalnych kółek nad głowami Gryfonów, gdy Potter zostaje usadzony w kącku medycznym, a w zamian za niego na boisko wchodzi Wilson. 

I WANNA LIVE BETTER DAYS 

Nie musisz dziękować! – krzyczę, mijając Malfoya. Wciąż oddając się dziwnej euforii, robię spiralę i mijam go dodając: – Wykorzystaj to! 

Odwracam się, by zobaczyć, jak obnaża zęby w czymś pomiędzy uśmiechem a grymasem. 

Zanim pani Hooch wznawia mecz udaje mi się zerknąć na tablicę wyników. Jest remis. Dwadzieścia do dwudziestu. A Potter jest wyeliminowany. Czuję realne szanse na wygraną. Jeśli tylko Malfoy tego nie spierdoli… 

Albo ja. Bo gdy tylko mecz zostaje wznowiony i ustawiam się do tłuczka, mam idealną szansę posłać go w stronę Wilson, która startuje za Malfoyem i… 

Nie robię tego. 

Odsyłam tłuczek do Freda, ale odległość jest zbyt duża, by mu zagrozić. Piłka zwalnia, a Fred zmienia jej tor, by posłać ją wprost w Urquharta, który właśnie rzuca kaflem. 

Trafia. 

Ale chwila zawieszenia w powietrzu sprawia, że dosięga go tłuczek. Nawet z tej odległości widzę, jak jego noga wygina się pod dziwnym kątem, a on sam składa dłonie, prosząc o czas i mknie w stronę murawy. 

Wszystkie sześć zielonych smug leci ku niemu. 

– Możesz grać? 

– Złamana? 

– Medyk! 

Przekrzykujemy się jeden przez drugiego, dopóki Lytsch nie unosi ręki. 

– Przeciwna drużyna jest osłabiona – mówi, patrząc na Caina. – Jeszcze ani razu od początku roku nie byliśmy tak blisko zwycięstwa. – Przenosi wzrok na Malfoya. – Jak szybko złapiesz znicza? 

Nie „czy” tylko „jak szybko”. Draco szacuje przez chwilę swoje szanse. 

Dajcie mi dziesięć minut. 

Lytsch kiwa głową. 

Zrób to – syczy, zerkając na Caina. Jego twarz wykrzywia grymas bólu, który znika, gdy Cain wymrukuje: 

Drętwota. – Wskazuje na jego nogę i podrywa różdżkę zaraz po wypowiedzeniu zaklęcia.  

Lytsch przez kilka sekund tkwi bez ruchu, a potem bierze oddech i jego twarz się wygładza. 

– W porządku. Wygrajmy – mówi. Jego lewa noga jest całkowicie sztywna, gdy odlatuje, zająć pozycję. 

Pani Hooch wznawia grę, gdy Cain daje jej znak. Wyrzuty sumienia sprawiają, że się gubię i przegapiam kilka dobrych okazji, by wybić tłuczka w przeciwnika. 

– Co ty wyprawiasz?! – krzyczy po mnie Cain. – Wal w tę szlamę! 

Popierając słowa czynem odbija tłuczka w stronę Renee, która uparcie ściga się z Draconem. Ratuje ją jeden z Weasleyów, odsyłając tłuczka w naszą stronę. Ma dobry wymach. Piłka zamierza się rozbić o moją twarz. Robię unik i słyszę za sobą ciężki, przeciągły jęk. 

NEVER LOOK BACK AND SAY 

Odwracam się w porę, żeby zobaczyć, jak Warrington, trzymając się za brzuch, stacza się z miotły.  

Mknie ku niemu Cain, a ja… 

– No bez jaj…! – krzyczę, wybijając drugiego tłuczka, którego nasyła na nas drugi z bliźniaków.  

Cain znika z boiska na niedługą chwilę, ale Weasleyowie wykorzystują ją co do sekundy. Robię, co mogę, żeby się rozdwoić i wybijam tłuczka za tłuczkiem, ale brak mi precyzji. Nie mogę dobrze wycelować, bo kątem oka dostrzegam nowe zagrożenie. Aż wreszcie dzieje się to, czego obawiam się najbardziej. Czarna kula mknie wprost na Malfoya, który jej nie dostrzega, zajęty spychaniem Wilson w trybuny. A ona wie, co się święci. Nagle wyhamowuje. Wie, że Malfoy też się zatrzyma. Nie przepuści okazji, żeby sobie podrwić. Ustawiony idealnie na linii lotu śmiercionośnego pocisku. 

Jestem już w połowie drogi, niemal zrównuję się tłuczkiem, już biorę zamach, dosięgnę. Ale… Z tej pozycji mogę wybić go tylko w stronę Renee. Muszę inaczej się ustawić, muszę… 

Pałka Caina przelatuje z tnącym powietrze świstem tuż przed moim nosem. 

Całe życie staje mi przed oczami 

Ciężkie drewno rozbija się o tłuczka z taką siłą, że gdyby to była moja głowa, byłabym martwa. Teraz ja pędziłabym ku ziemi, mój własny brat posłałby mnie do piachu. Dosłownie. 

IT COULD HAVE BEEN ME 

Już to wystarczyłoby, żebym chciała go zabić w odwecie. Choć i tak wolałabym dostać po łbie niż to, co dzieje się zamiast tego. 

Wpadamy na siebie z łoskotem. 

Pęd, z którym lecę, spycha Caina z toru lotu. Rączka nimbusa zawadza o swojego bliźniaka, klinując się. Słyszę stłumione stęknięcie i muszę objąć brata rękami, żeby nie przelecieć w przód. Wypadam ze swojej miotły, ale udaje mi się utrzymać na jego nimbusie, choć impet sprawia, że Cain robi beczkę. Zielona peleryna opada mi na oczy, na cudowne kilka sekund ukrywając mnie przed światem. Kilka sekund szarpaniny, podczas których próbuję wyprzeć rzeczywistość. 

Nie. To się nie dzieje naprawdę. Nie przegramy, znowu, z tak durnego powodu. 

NOW, WRAPPED IN YOUR REGRET 

Szamoczemy się ze sobą i swoimi szatami, Cain próbuje odzyskać panowanie nad miotłą, a dla mnie przez jeden bardzo mroczny moment mecz przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Kogo obchodzą miotły i tłuczki, gdy pojawia się wspaniała sposobność, by udusić własnego brata. 

Ty idioto! Mogłeś mnie zabić! – wydzieram się, dając upust złości, gdy udaje mi się wystawić głowę spod peleryny Caina. – Nie widziałeś, że lecę?! 

– Spóźniłabyś się i Malfoy leżałby teraz w skrzydle szpitalnym! 

– Nieprawda, zdążyłabym! 

Zawahałaś się. Nie mogłem czekać! 

– Jeśli przegramy, to przez ciebie! 

– Przez mnie?! – Cain zerka przez ramię, widzę błysk szaleństwa w jego żółtych oczach. – A kto lituje się nad tą szlamą?! 

– Proszę państwa, jeśli jeszcze tego nie robicie, warto skupić uwagę na tym, co wyprawia rodzeństwo ze Slytherinu! Zdaję się, że zapomnieli o tym, grają w jednej drużynie i walczą teraz przeciwko sobie! – dobiega mnie z głośników głos komentatora. – Dobrze, tak trzymaj Yaxley! Zrzuć ją z tej miotły! Dalej, Yaxley, dołóż mu! Jakie nakłanianie do przemocy, pani profesor?! Na żartach się pani nie zna?! 

Ta publiczna drwina nieco mnie otrzeźwia. A przynajmniej przekierowuje mój gniew. Już nie mam ochoty udusić Caina. Teraz moim celem jest Lee Jordan. I wszyscy, jebani, Gryfoni. 

– Jeśli jeszcze raz wejdziesz mi w drogę… – syczę przez zęby. 

– Zamknij się i skup! – odwarkuje Cain, odzyskując wreszcie kontrolę nad nimbusem i wystrzeliwując w przód. 

– Moja miotła! – protestuję, oglądając się na nią, posłusznie zawieszoną w powietrzu. 

– Zaraz po nią wrócimy! 

Odwracam się więc i wychylam zza szerokich pleców Caina, próbując zrozumieć jego plan.  

– Och, dobra – zgadzam się, gdy pojmuję, co chce zrobić i, ignorując mrowienie, przerzucam pałkę do lewej ręki. Tej, która ma moc. Co z jakiegoś powodu bardzo nie podobało się Corbanowi, ale dzisiaj mogłabym mu podziękować, że zabraniał mi być leworęczną, bo oburęczność w meczu bardzo się przydaje. – Zróbmy to! 

Mocniej zaciskam palce na szatach brata; szóstka na jego plecach zdaje się bardziej demoniczna, niż kiedykolwiek. Wiem, że Cain uśmiecha się nieładnie. Tak samo jak ja. 

Fred Weasley jest po prawej stronie boiska. George po lewej. Albo na odwrót. Jesteśmy przy bramkach Gryffindoru. Zniżamy tor lotu, by znaleźć się na tej samej wysokości, co Lytsch, w którego wycelowane są oba tłuczki. Najpierw wybija George. Potem Fred. Albo na odwrót. 

– W górę, Lyt! – krzyczy Cain, a Urquhart, o nic nie pytając, podrywa się na kilka metrów, tracąc dogodną pozycję do strzału. 

Zajmujemy jego miejsce, tłuczki mkną wprost na nas. 

– Głowa! – woła Cain, a ja się pochylam, żeby mógł wziąć zamach i rąbnąć w tłuczka, posyłając go wprost w obrońcę Gryffindoru, który zgina się w pół, lecz utrzymuje na pozycji. 

– Teraz! 

Już leży na rączce, gdy, nie czekając na komendę, wyginam się, by uderzyć tłuczka nadlatującego z lewej. 

Ramię przeszywa taki ból, że przygryzam wargi do krwi, zaciskając zęby. Ale trafiam Rona prosto w twarz, pozbawiając go przytomności, co jest świetnym środkiem przeciwbólowym. 

Z szerokimi uśmiechami przyglądamy się, jak spada, gubiąc za sobą kropelki krwi. 

WHAT A WASTE OF BLOOD AND SWEAT, OOH 

Bliźniacy pikują na ratunek bratu. 

Urquhart ma czystą pozycję do strzału, co niespiesznie wykorzystuje. 

Wśród głośnego wycia, jakim Ślizgoni nagradzają tę akcję, a nawet nieśmiałych oklaskach z sektora Ravenclawu, ledwo słyszę komentarze o ludzkiej maszynie tłuczącej i dywagacje, czy to na pewno legalne, grać na jednej miotle. Przeskakuję zręcznie na swoją, gdy Cain mnie do niej podwozi. 

– Wykończmy ich! – krzyczę, a potem wyję razem z wiatrem i Ślizgonami, dając upust emocjom i mknąc w rundzie honorowej dookoła boiska wraz z resztą drużyny, podczas gdy Gryfoni zbierają swoich zawodników i morale z ziemi. 

Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie. 

DON'T WANNA WAKE UP ON MONDAY MORNING 

– Długo jeszcze będziesz się z nią bawił? – słyszę, gdy czekamy na wznowienie meczu i oglądam się za siebie 

Urquhart zatrzymał się przy Malfoyu, wlepiając beznamiętne spojrzenie w miotającą się między zawodnikami Renee. Wygląda na to, że Potter ze swoim rozciętym łukiem brwiowym przybiegł sprawdzić, jak ma się jego kumpel i świeżo zasklepiona rana znów się otworzyła, przez co zaczął się na niego wykrwawiać, a ich koleżanka próbuje pomagać pani Pomfrey, która nie może się zdecydować, który krwotok tamować najpierw. 

THE THOUGHT OF WORK IS GETTING MY SKIN CRAWLING 

– Dziesięć minut już minęło.  

Urquhart przenosi spojrzenie na Malfoya, na jego twarzy próżno szukać emocji. W jego głosie nie słychać wyrzutu. Brzmi rzeczowo, jakby ustalał fakty. Mimo to Draco zaciska ręce na miotle, aż bieleją mu kłykcie i rzuca mu wściekłe spojrzenie. 

– Grają nieczysto! – skarży się, obnażając zęby we wściekłym grymasie. 

– Tak jak i my. – Lytsch wzrusza ramionami. 

– Może gdybyś nie skupił na sobie uwagi obu naszych pałkarzy, złapałbym teraz znicza – syczy przez zęby Draco. – Nie umiesz strzelić póki obrońca nie leży na ziemi?! 

Urquhart nie odpowiada na ten atak, znosząc go ze stoickim spokojem. Wygląda na rozczarowanego, ale nie zaskoczonego taką reakcją.  

I CAN'T FEAR YOU 

Malfoy prycha w odpowiedzi na milczenie i podlatuje do mnie, a kiedy to robi, zderza się barkiem z Lytschem, zawadzając kolanem o jego kolano. Przez twarz Urquharta przebiega skurcz bólu, a on sam pochyla się na miotle, łapiąc ją oburącz. Ciemnoszare włosy w końcu sypią się na twarz. Unosi wzrok, jakby wyczuł, że uważnie mu się przyglądam. Pobladł, a na czoło wstąpiły kropelki potu.  

Drętwota przestała działać. 

Masz się trzymać blisko mnie – rzuca w tym samym czasie Malfoy, obrzucając mnie władczym spojrzeniem.  

– Nie jesteś tu od tego, żeby wydawać rozkazy – przypominam mu, mierząc go nieprzychylnym wzrokiem. 

I DON'T HEAR YOU 

– Masz się trzymać blisko Malfoyaprzykazuje mi Cain, zjawiając się u jego boku. – Ja się zajmę resztą. 

Marszczę ze złością nos, ale nic nie mówię. Kapitana muszę posłuchać.  

Draco szczerzy do mnie zęby zza jego pleców. Nieważne jak bardzo mu do twarzy w szacie do quidditcha i z przeklętymi, rozwianymi włosami. W tym momencie go nie znoszę. Prycham i odlatuję na drugi koniec boiska. Chłopaki i ich rozbujane ego. Myślą, że dziewczyna nie może mieć swojego pomysłu na grę? 

Co tam, Set? – słyszę za sobą i odwracam się, by zobaczyć, że Renee jest już w górze i woła do mnie, rozgrzewając miotłę. – Drużyna daje w kość? 

– Nie bardziej niż zwykle. – Wzruszam ramionami. 

– Chcesz zmienić barwy? 

– Dzięki! W zielonym wyglądam lepiej. 

No nie wiem. – Zatrzymuje się w powietrzu w niedalekiej odległości. – Według mnie czerwony bardziej by ci pasował. 

Śmieję się gorzko. 

Tylko nie powtarzaj tego za głośno. I bez tego mam przerąbane u większości Ślizgonów. Dlatego… zawieszam głos, zastanawiając się w jakie słowa ująć to ostrzeżenie. – Wybacz, ale nie będę się dłużej powstrzymywać. 

– Spoko. Rób swoje. Ja i tak ledwo nadążam za Malfoyem – wzdycha, obserwując kończące się w dole zmagania Gryfonów z kontuzjami. Jeśli macie wygrać, niech nie zgarnie całej chwały. 

Zerkam na nią, sprawdzając, czy na pewno nie ma mi za złe tego, co jej oznajmiłam, ale ona uśmiecha się do mnie, choć dostrzegam, że jest bardzo zestresowana. Twarz ma niemal tak bladą jak Urquhart i zaciska mocno dłonie na rączce miotły, żeby nikt nie dostrzegł ich drżenia. 

– Potter nie mógł ci pożyć swojej? – Wskazuję podbródkiem jej Kometę. –Zamierza zamiatać Błyskawicą trybuny? 

To przynajmniej na chwilę poprawia jej humor, bo śmieje się z tej wizji. 

– Co ty. Pewno zaraz bym się na niej gdzieś rozbiła. Musiałabym się z nią najpierw oswoić, a… 

Dalsze słowa toną w gwizdku, którym pani Hooch oznajmia koniec przerwy w meczu. 

– Nie poddawaj się jeszcze! – wołam do Wilson i wracam do drużyny, która już czeka w półokręgu na środku boiska 

Zatrzymuję się obok Lytscha, który trzyma w ręku grafitową, prostą różdżkę i szepcze jakieś zaklęcie, skupiając strumień na kolanie. Po jego twarzy poznaję, że nie odnosi zamierzonych skutków. 

– Hm. – Ściągam brwi, wahając się przez moment. – Mogę spróbować? 

I WANNA TASTE LOVE AND PAIN 

Nie czekam na odpowiedź, nie ma czasu na kurtuazje, zaraz wznawiamy grę. Dobywam różdżki, dotykam końcem jego kolana, na moment zamykam oczy, próbując się skupić. Kiedy koniec różdżki rozżarza się błękitnym światłem, kreślę znak thaw. Lubię starożytne runy i przykładam się do zajęć, ale jeszcze nigdy nie próbowałam użyć na kimś runy ukojenia, więc nie wiem, czy zadziała. Świetlisty znak przez chwilę widnieje na jego nagolenniku, a potem jakby się zapada. Niestety nie dowiaduję się, czy to odnosi efekt, bo rozlega się drugi gwizdek i wracamy do gry. 

– Do mnie, Yaxley! – woła Draco, startując gwałtownie. 

– Nie jestem twoją miotłą, Malfoy 

Wzbijamy się pionowo w górę, lecąc naprzeciw siebie 

Nad trybunami Malfoy wyhamowuje, a ja z niezadowoleniem lecę za nim, wymachując pałką i rozglądając się gniewnie za nadlatującym tłuczkiem. Ból w ramieniu odzywa się cicho, tłumiony emocjami, ale złowieszcze prądy, które przechodzą mnie co jakiś czas, nie wróżą niczego dobrego. 

Ale jeszcze nie teraz. Póki trwa mecz, nie rozlecę się. 

Draco rozgląda się za zniczem, ja za tłuczkiem. Co jakiś czas pod nami w różnych kierunkach przelatuje Renee. Wygląda na to, że zamierza trzymać się blisko, w razie gdyby Malfoy pierwszy dostrzegł znicza, ale nie zbyt blisko. Ścigający przetaczają się jak fale burz w trzech osobach raz w jedną, raz w drugą stronę. Już dawno straciłam rachubę w wyniku, więc sprawdzam go teraz. Siedemdziesiąt do czterdziestu. Dla nas. 

WANNA FEEL PRIDE 

Fred i George Weasleyowie się wściekli. Wygląda na to, że Cain osobiście ich uraził, bo uwzięli się właśnie na niego. Odgania się od tłuczków, zmuszony do defensywy, piruetów i ucieczek, a ja uganiam się za Malfoyem, przez co reszta drużyny jest pozostawiona sama sobie i jeśli tylko tłuczki nie ścigają Caina, dosięgają kogoś z naszych. W tym momencie meczu Weasleyowie nas zdominowali, na co mogę jedynie zgrzytać zębami. 

AND SHAME 

– To się wszystkim zajął – narzekam, wybijając kulę, która zabłąkała się w naszym pobliżu. Ramię przeszywa mi prąd, mocniejszy niż do tej pory. 

– Kurwa – klnę pod nosem, przekładając pałkę do prawej ręki. Zaciskam i prostu palce lewej. 

– Co jest? – Draco rzuca mi zdenerwowane spojrzenie, szybko wracając do przeszukiwania wzorkiem boiska. 

– Nic – odburkuję, wstrząsając lewą dłonią, jakbym w ten sposób mogła pozbyć się nieprzyjemnego mrowienia. – W tym tempie zaraz stracimy całą przewagę! – wołam, patrząc z góry jak Bletchley zmuszony do uniku przed tłuczkiem opuszcza pętlę, a Spinnet przerzuca przez nią kafla. 

– Nie oddalaj się! – napomina mnie Draco. – Jak jesteś w pobliżu mogę w spokoju się rozglądać, a nie… 

Tak, tylko że Quidditch to gra zespołowa. Tak jakbyś nie wiedział. 

– Wiem. Ale to ja zdobędę dla nas sto pięćdziesiąt punktów, więc już przestań i daj się skupić! 

Przestaję marudzić, bo zależy mi, żeby złapał tego cholernego znicza, a mecz już się zakończył. Może i prowadzimy, ale okupujemy to cierpieniem. Warrington wciąż zwija się z powodu mdłości po uderzeniu, mój bark daje o sobie znać coraz bardziej, a Urquhart ma przetrącone kolano i nie wiadomo ile jeszcze wytrzyma każde z nas. 

Odszukuję go wzrokiem, by zobaczyć, jak McLaggen, wystawiony za Rona Weasleya, broni jego strzał. Lytsch się nie poddaje, choć nie może liczyć na Warringtona ani nawet na mnie i Caina, robi serię fantastycznych zwodów, dzięki którym przejmuje kafla rzucanego do Johnson, podaje do Adriana Puceya, a ten mknie na pętle, lecz zostaje zablokowany przez ścigające Gryffindoru, które przytrzymują go na tyle długo, by odnalazł go tłuczek. 

Wydaję z siebie pełen niezadowolenia ryk i już zamierzam porzucić swoją pozycję, ale Draco czyta mi w myślach. 

I DON'T WANNA TAKE MY TIME 

– Ani się waż! – ostrzega mnie warknięciem, robiąc zwinny unik przed lecącą wprost na niego Johnson 

– Leć ze mną – słyszę nagle spokojny głos tuż obok.  

Oglądam się i widzę, że Urquhart zrównał ze mną lot. 

– Nie słyszałeś, co powiedział Yaxley? – oburza się Draco, gdy ja ochoczo przytakuję skinięciem głowy; Lytsch ma w sobie naturalną charyzmę, za którą ma się ochotę podążać bardziej niż za despotycznymi rozkazami. – Set ma pilnować, żeby nikt mi nie przeszkadzał! 

– Spokojnie, Draco, zaraz ją oddam. – Blade oczy zatrzymują się na twarzy Malfoya. – Myślisz, że wytrzymasz chwilę sam? – Ani z twarzy ani tonu głosu Urquharta nie da się wyczytać, jak wiele ironii tkwi w tym pytaniu, ale następne zdanie nieco tę kwestię naświetla. – Zwykle wystarczą do tego dwie ręce. Czasem wręcz jedna. 

DON'T WANNA WASTE ONE LINE 

Nie czeka na odpowiedź, nurkuje, a ja podążam za nim, oglądając się jedynie, by zobaczyć reakcję Malfoya. Jego twarz wykrzywia nienawiść. To pewne, że jego ojciec o tym usłyszy. 

Tymczasem Lytsch robi zgrabną pętlę dookoła mnie i znów leci obok. 

– Musisz przejąć jeden z tłuczków. Nie po to, by nim atakować, ale trzymać przy sobie i nie pozwolić, żeby odzyskał go któryś z Weasleyów – wykłada mi swoją strategię, jednocześnie kierując nas w stronę jednego z bliźniaków. 

– No nie wiem. Nigdy nie próbowałam czegoś takiego. 

Poradzisz sobie. Obserwowałem jak grasz – rzuca na mnie krótkie spojrzenie. – Wyeliminujesz jeden tłuczek z gry, to nam pomoże. Jednocześnie będziesz go mieć przy sobie i czekać na odpowiedni moment – gdy Draco dostrzeże znicza.  

Zgadzam się na ten plan, przytakując. 

Zajmę się Georgem. 

Przyspiesza tak nagle, że ledwo nadążam za jego błyskawicznym manewrem. Zawadza o ogon miotły pałkarza Gryffindoru, wydzierając z jego gardła pełen protestu okrzyk, a ja wykorzystuję szansę. Podprowadzam tłuczka i wybijając go na niewielkie odległości, staram się prowadzić go przed sobą. 

– Krótkie, lekkie uderzenia, pamiętaj. – Lytsch jeszcze na chwilę zrównuje ze mną lot, rzucając mi ostatnie przeciągłe spojrzenie. – A teraz wracaj do Dracona. 

NEVER LOOK BACK  

Zawraca narowiście, robiąc w powietrzu szeroki łuk. 

Prowadzenie tłuczka nie jest łatwe. Piłka żyje własnym życiem, próbuje skręcać i wybierać własną drogę. Okiełznanie go wymaga ciągłej czujności i wyczucia siły, ale okazuje się możliwe. Draco nie komentuje tego ani słowem, mamrocząc coś pod nosem, choć każdy przyznałby, że to niezły pomysł. 

AND SAY 

– Pospiesz się! – warczę na niego, skupiając się, by utrzymać tłuczka blisko i rozglądając się w obawie przed Weasleyami, których na pewno będę mieć na karku, gdy tylko zorientują się, co jest grane. 

Dzieje się coś, co jeszcze nigdy nie miało miejsca: Draco pierwszy raz robi coś, co mu kazałam. 

– Jest! – woła triumfalnie i rzuca się w pogoń za złotym błyskiem, bezbłędnie klucząc między zawodnikami, a ja próbuję za nim nadążyć, jednocześnie nie zgubić tłuczka i chcąc nie chcąc podziwiam ten powietrzny taniec, który prowadzi Malfoy ze swojego Nimbusa. Chłopak jak się postara, to potrafi naprawdę dobrze latać. 

Ale to nie zniechęca Wilson do walki. Dzielnie próbuje się z nim zmierzyć, gdy tylko dostrzega, co się dzieje, a dostrzega niemal natychmiast i już siedzi Draconowi na ogonie. 

 Zamierzam wybić tłuczka dalej, w ich stronę, ale wtedy widzę, że naciera na mnie jeden z bliźniaków. Próbuję podjąć prędką decyzję, czy uderzyć najpierw w niego i spróbować go wyeliminować, czy może wybić i się z nim ścigać, kiedy… 

– Hej! Weasley! 

Zza moich pleców wylatuje Cain, któremu najwyraźniej puściły hamulce, bo bez zbędnych wstępów rozbija pięść o twarz Freda. Albo Georga. Któregoś z nich. 

IT COULD HAVE BEEN ME 

– Leć! – wrzeszczy na mnie; kiedy odwraca twarz w moją stronę, widzę, że ma podbite oko, co absolutnie nie maskuje żądzy mordu w jego spojrzeniu. – Wygraj ten mecz, Seth! – Rozpędza się w stronę drugiego z bliźniaków, zataczając pałką jak lassem. 

Nie tracę dłużej czasu. Wystrzeliwuje do przodu, posyłając tłuczka nad szukających i po chwili znajduję się w idealnej pozycji. Pode mną mknie Malfoy, zaraz za nim Renee. Wystarczy, że uderzę z góry i poślę tłuczka prosto w nią, a przestanie przeszkadzać, raz po raz próbować sięgać witek Nimbusa, by go spowolnić. 

Wystarczy podnieść pałkę. Wymierzyć. Przyłożyć.  

Łatwizna. 

Dlaczego więc się waham, dlaczego czuję się, jakbym podejmowała decyzję, która będzie miała wpływ na resztę mojego życia? 

A może by tak… Zajebać w Malfoya? Raz na zawsze pozbyć się tych zimnych, kpiących oczu, drwin, durnych uśmieszków i wszystkiego tego, co sprawia, że jest taki wkurzający? Mogłabym się od niego uwolnić. Móc znów zajadać się marcepanem bez głupich skojarzeń. 

Nah. Pani Pomfrey pewno poskładałaby go do kupy i miałabym tylko jeszcze bardziej przesrane. 

Sorry, Renee. 

Biorę zamach w momencie, gdy oboje nurkują, ustawiając się prostopadle do ziemi. Malfoy ma przewagę, lecz jeśli Renee go teraz przytrzyma… Wznoszę pałkę nad głowę. Wiem, że to kluczowy dla meczu moment, więc zamierzam się przyłożyć. Wkładam w uderzenie całą siłę jaka mi pozostała. Pałka zderza się z tłuczkiem z głośnym trzaskiem, a mnie przeszywa ból, jakiego jeszcze w życiu nie zaznałam.  

Fala ognia obejmuje cały mój bark, mknąc złowieszczym prądem w dół. Zaciskam zęby, czując w ustach smak krwi. Błysk białego światła oślepia, a w uszach dudni, jakbym wsadziła głowę we wnętrze dzwonu. 

I WANNA LIVE BETTER DAYS 

Czuję, że zsuwam się z miotły, że wiotczeję, ale w tym samym momencie coś wspiera moje boki. 

Pomału. Przez otaczający mnie szum przebija się niewyraźny głos.   – Trzymaj się. 

Próbuję. Chwytam niezgrabnie rączkę miotły prawą ręką, ale gdy tylko próbuję poruszyć lewą, fala bólu przypuszcza drugi atak i robi mi się niedobrze. 

Poczekaj. 

Ktoś dotyka mojego ramienia. Dziwne uczucie, rozgrzewające, jakby ktoś rysował po mojej skórze jak patykiem po piasku. Mimo zaćmienia, rozpoznaję kształt Aspisa. Runa tarczy. I rzeczywiście, mój umysł zostaje odgrodzony od bólu. Czuję wciąż jego prądy, rozbijające się o powierzchnię percepcji, ale zmysły powoli wracają. Narastają dźwięki wokół, wycie, okrzyki, gwizdy i wrzaski, a obraz się wyostrza. 

– Co się stało? – pytam wciąż niezbyt przytomnie, obracając głowę w prawo i rozpoznając tkwiącego przy moim boku Caina. – Trafiłam? – Zerkam w lewo i u drugiego boku widzę Urquharta. Czy to na jego twarzy to uśmiech? 

Nie pozostaje nic innego, jak spojrzeć w dół. 

To, co widzę, mrozi mi krew. 

Nie ulga wątpliwości, że trafiłam. Pytanie: w kogo. Bo oboje – Draco i Renee– leżą rozciągnięci obok siebie na murawie. 

– Nie…  Nie mówicie… 

– Przyjrzyj się. 

Mrużę oczy. I wtedy to dostrzegam. W mocno zaciśniętej dłoni Dracona trzepocze mała złota piłeczka. 

– Wygraliśmy? – upewniam się, podnosząc oczy na brata i Urquharta. – Ale… Więc czemu...? 

– Twój tłuczek dosięgnął tej dziewczyny, Wilson – tłumaczy Lytsch, robiąc ruch podbródkiem w jej stronę.  

– A Malfoy? – pytam ze strachem, bo czuję, że to też moja zasługa. 

– Cóż, Draco po prostu… Nie miał szczęścia. Widzisz, zaraz po uderzeniu wypuściłaś pałkę. – Zerkam, upewniając się, że rzeczywiście już jej nie trzymam i przypominając sobie ten impuls mknący w dół mojej ręki jak porażenie. Draconowi udało się schwytać znicza, niestety zaraz potem oberwał w głowę twoją pałką. 

– A jednak – mruczę cicho, kiwając głową, jakbym pojęła jakąś ważną mądrość. Przeznaczenia nie oszukasz. 

Tłum wyje. Cain się śmieje. I w tej chwili chyba tylko ja przejmuję się Malfoyemi tym jak bardzo będę martwa, gdy się ocknie i dowie, kto popsuł jego pierwszą w szkolnej karierze chwilę triumfu. 

 

Ci z nas, którzy potrafią ustać na nogach, kłaniają się sektorowi zielonych. Opuszczamy boisko, wyglądając jak zgrają niedobitków Cain podtrzymuje Malfoya, ja idę niepewnie u boku Urquharta, który też kuleje, ale idzie o własnych siłach. Warrington musi sobie radzić sam, bo Blatchley wciąż jest nieprzytomny po akcji, którą przegapiłam, a Pucey ma problemy z koordynacją. Może i wyglądamy jak kaleki, ale za to szczęśliwe kaleki 

WANNA FEEL PRIDE AND SHAME 

Docieramy do szatni w atmosferze ogólnego podniecenia, żartów i wybuchów spontanicznej radości. Nawet Malfoy się uśmiecha, choć trochę nieprzytomnie. Pewno jeszcze nie wie, co się stało i mam nadzieję, że nie prędko znajdzie się dobra dusza, która go uświadomi. 

To był dobrze nałożony thaw – słyszę i uśmiecham się nieśmiało w odpowiedzi, zerkając na kolano Lytscha. 

– I tak musisz pokazać to pani Pomfrey. Możesz mieć zerwane więzadło. Żeby uleczyć coś takiego nie wystarczy jedna runa. 

– Wiem. 

– No tak. Też uczysz się run. 

– Uczyłem. Już zrezygnowałem. 

I DON'T WANNA TAKE MY TIME 

– W każdym razie aspis zadziałał. 

– Nie sądzę, by długo wytrzymał. Lepiej się pospiesz i idź do skrzydła szpitalnego.  

Ma rację. Czuję bolesne pulsowanie. Stłumione, ale jestem pewna, że wkrótce odzyska pełnmocy, dlatego zamierzam skorzystać z tej rady. I zabrać ze sobą Dracona, bo ten jego uśmiech jest więcej niż niepokojący. Szybko jednak napotykam na pierwszą przeszkodę. Wydobywam z szaty tylko jedną rękę. Lewej, nie jestem w stanie unieść. 

– Pomogę. 

Lytsch wciąż mi się przygląda i teraz staje za moimi plecami, powoli pomagając mi przełożyć przez szaty drugą rękę. Słyszę, jak wciąga powietrze, gdy zielony materiał opada, odsłaniając plecy. 

– Co jest? Tak źle? – pytam z niepokojem, a w szatni zapada cisza. Czuję na sobie pięć par męskich oczu i uświadamiam sobie, że chyba jeszcze nigdy się przy nich nie przebierałam. Zawsze czekałam, aż sobie pójdą, a teraz, w pomeczowych emocjach, całkiem o tym zapomniałam. Tylko że ich zainteresowanie nie skupia się na mnie ze względu na możliwość podejrzenia skrawka kobiecego ciała, a zdeformowanego, jak się domyślam, barku, bo zbierają się za moimi plecami. 

w mordę… 

Kiedy tak oberwałaś? 

– To się szybko nie wygoi… 

– Bark może nie odzyskać sprawności. 

– Widzicie tego krwiaka? Jest czarny! 

– Przestańcie! – krzyczę, odwracając się przodem i dopiero wtedy ściągam uwagę niektórych w warte większej uwagi rejony. – Jak bardzo jest źle? 

W pierwszej chwili w odruchu próbuję wziąć się pod boki, ale gdy tylko próbuję, przeszywa mnie ból. 

Cain? 

– Nic wielkiego – bagatelizuje Cain; on też już pozbył się koszulki, odsłaniając sporo siniaków na ramionach i brzuchu, których musiały narobić tłuczki bliźniaków sam mogę ci to nastawić. 

– Zwariowałeś? – Draco nie zdążył pozbyć się z twarzy wyrazu przerażenia. – Wygląda, jakby już nigdy nie miała poruszyć ręką! 

Unoszę brwi i zerkam na Lytscha, zakładając, że będzie najbardziej neutralny. 

Bark jest zwichnięty albo wybity – oświadcza rzeczowo. – Skoro mogłaś grać po tym, jak dostałaś tłuczkiem, mięsień musiał być początkowo jedynie naderwany. Puścił przy ostatnim uderzeniu, a staw… 

– Dobra! Dość! – unoszę prawą dłoń, by powstrzymać resztę wyjaśnień, od których robi mi się słabo. 

– Nie strasz jej, to nic poważnego! – żacha się Cain. – Sam się tym zajmę. 

Lytsch zwraca na niego spojrzenie i bez słowa odwraca się i zaczyna przebierać, jednak… 

– Nie powinieneś – odzywa się, słysząc, że Cain namawia mnie, żebym mu na to pozwoliła. 

– To moja siostra, koleś, i wiem, co dla niej najlepsze – warczy na niego Cain, po czym zerka na mnie. – Prawda? 

Nie odpowiadam, ściągając brwi. Bierność tylko podbudza Caina. 

– No co ty? Bratu nie zaufasz? – Podchodzi do mnie, zaglądając z bliska w oczy. – Robiłem już takie rzeczy. Prawda, Warrington? 

Ogląda się na niego, szukając poparcia, ale Warrington jest jednym z tych, którzy uświadomili sobie, że mają w drużynie dziewczynę, więc, rzucając wymyślnymi przekleństwami, Cain wykopuje go z szatni. Rzuca podejrzliwe spojrzenie także na Adriana, który zaczyna w pośpiechu się przebierać i dla pewności wywala też jego. I wcale o mnie nie zapomina. Siniec pod jego okiem nadaje tęczówce jeszcze mniej zdrowego koloru. 

– Przytrzymaj ją – zleca Draconowi, ale ten tylko rzuca na niego zaniepokojone spojrzenie i nie rusza się z miejsca. Natomiast Lytsch wzdycha i wyciąga z szat różdżkę. Nie unosi jej, ale daje do zrozumienia, że jest gotów to zrobić. 

– To nie jest dobry pomysł – mówi bezbarwnym głosem, nie wiadomo czy próbuje przekonać Caina czy siebie. 

DON'T WANNA WASTE ONE LINE 

Masz rację – podchwytuje Cain. – Nie chcesz mi zaleźć za skórę. 

Ja nie chcę, żeby się pozabijali. 

– Spokojnie. – Powstrzymuję dłoń unoszącą grafitową różdżkę. To mój brat. Nie zrobi mi krzywdy. – Przenoszę wzrok na Caina, który uśmiecha się triumfalnie. – Rób, co trzeba. 

– Jesteś pewna? 

Wzruszam ramieniem, posyłając Urquhartowi zrezygnowane spojrzenie. 

– Nie będę na to patrzył. 

Wychodzi, zostawiając mnie samą z Malfoyem i moim świrniętym bratem. 

A ty? Masz w sobie trochę zimnej krwi?  

Cain zwraca się do Dracona, którego sytuacja w szatni najwyraźniej otrzeźwiła, bo z jego oczu zniknęła mgła mózgowa. Malfoy skupia spojrzenie na mojej twarzy, jakby szukał potwierdzenia, a kiedy widzi krótkie skinięcie głową, pyta: 

– Co mam robić? 

Cain uśmiecha się sadystycznie. 

– Pilnuj, żeby się nie wyrwała. I daj jej coś w zęby, żeby nie odgryzła sobie języka – wydaje polecenia, kopniakiem odsuwając spod ściany ławkę. – Sethy, tutaj. 

Podchodzę, opierając się o ścianę, a Cain chwyta za moją lewą rękę. Najpierw delikatnie, ale wiem, co za chwile się stanie. Oblewam się zimnym potem. 

– Trzymaj ją mocno, Draco. 

Zapach marcepanu i świeżego potu nasila się, gdy Draco się zbliża i wsuwa mi w zęby swoją różdżkę, po czym szepcze tak cicho, żeby Cain nie dosłyszał: 

– Powiedz, to dam mu zęby i spadamy. 

Kręcę nieznacznie głową. Szare oczy patrzą na mnie z niezrozumieniem. 

– Nie żałuj jej, to ona cię oszołomiła! Moglibyśmy wygrać szybciej, ponosząc mniejsze koszty, gdyby nie żałowała tej szlamy! 

Z kącików oczu puszczają się łzy jeszcze zanim Cain krzyczy: 

– Teraz!  

Draco zaciska powieki, opierając dłoń na moich plecach, żebym się nie ruszyła, a Cain szarpnięciem wstawia mój bark na miejsce.  

Runa tarczy puszcza, zalewa mnie płonąca biel i tonę w bólu, wydając z siebie nieludzki skowyt. 

I WANNA TASTE LOVE AND PAIN 

Ślady moich zębów mają pozostać na głogowej różdżce na zawsze. 

 

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz