ARSENAŁ

niedziela, 4 stycznia 2026

[204] YAKUZA PIRATE: Where you belong ~Wilczy

 

Kolejne dni mijają na statku rutynowo. Ocean nie stawia oporu, pozwala im podążać zgodnie z wytyczonym kursem. Hashire kręci się po pokładzie wykonując powierzone jej zadania, Majima obserwuje ją wnikliwie, lecz jedno nie zbliża się do drugiego bardziej niż to konieczne. 

Napięcie między nimi i tak narasta.  

Gdy ona źle wybiera bras, Majima musi skorygować kurs, lecz nie łaja jej inaczej niż rzucając długie spojrzenie, a gdy mijają się w mesie, oboje unikają swojego wzroku. Kilka razy załoga typuje Hashire do złożenia kapitanowi raportu, a ona wykonuje polecenie bez protestu, mechanicznie zdając przed nim relację i będąc odsyłana pojedynczym kiwnięciem głowy.  

Powstrzymują emocje, jedno obserwuje drugieHashire Majimę, który dowodzi załogą bez rozlewu krwi, prezentując zupełnie jej nowe, spokojniejsze oblicze pełne humoru, choć niepozbawione bardziej znajomych czynników jak cięty język i szybka irytacja. On wciąż przyłapuje się na błądzeniu myślami wokoło mglistych wspomnień, z których wyłania się jej twarz. I to na niej coraz częściej zawiesza wzrok, wściekły, że choć bardzo chce, nie może przypomnieć sobie nic więcej 

– Kapitanie? 

– Co znowu?! – Pogrążony w myślach Majima odzywa się opryskliwie, lecz widząc, kto stoi za nim, robi skruszoną minę. – Przepraszam, April. W czym mogę ci pomóc? 

Wysoka blondynka uśmiecha się wyrozumiale, a Hashire, która właśnie zeszła pod pokład, wypuszcza z rąk puste butelki. 

 
She'll find you, won't take her long 

 

Przepraszam? W czym mogę pomóc? Majima? 

Zbiera niespiesznie wszystko, co upuściła, próbując jednocześnie nie dać po sobie poznać, że cokolwiek obchodzi ją toczący się niedaleko dialog i podsłuchać, czego dotyczy. 

– Naniosłam na mapę korektę. – Kobieta oddaje w ręce kapitana zwiniętą w rulon brystol. – Nie zgadzały się współrzędne w kilku kolumnach, dlatego system wariował. 

– Tak myślałem, że poprzedni nawigator zbytnio rozsmakował się w rumie – wzdycha Majima, a blondynka zaśmiewa się w głos, jakby właśnie opowiedział jakiś świetny żart. Zakłada włosy za ucho, wdzięcznie kończąc chichotać. 

– I właśnie dlatego zatrudniłeś mnie, kapitanie. – Uśmiecha się promiennie. – Ja nie przepadam za rumem. No, chyba że w dobrym towarzystwie, więc jeśli kapitan będzie czuł się samotny… – Zaciska dłoń na grzbiecie jego dłoni. 

Rozlega się łoskot toczącego po pokładzie szkła, Majima rzuca w stronę hasłu przepłoszone spojrzenie i skupia wzrok na twarzy blondynki. 

– Ja… Nie bardzo rozumiem… 

– A co tu jest do rozumienia? – Nawigatorka zbliża się jeszcze o pół kroku, przez co Majima wygina się w tył, by zwiększyć dystans. – Angelika mówiła, że spędziliście cudowny wieczór w Yokohamie i bardzo chwaliła pańskie… 

Odgłos tłuczonego szkła przerywa tę chwilę i nawet kobieta nie może już dłużej ignorować hałasu. Patrzy jak Hashire miota się, sprzątając rozbite butelki, a Majima wykorzystuje okazję, żeby się odsunąć. 

– Zostaw, pokaleczysz się 

– Nie przejmuj się, już mnie tu nie ma, posprzątam to i znikam – syczy przez zęby Hashire, uparcie próbując sprzątać. 

– Ma rację, kapitanie – blondynka zaciska dłoń na ramieniu Majimy, nachylając się do niego – proszę zostawić, ona to posprząta, a pan… 

Majima zerka przez ramię, w czarnym oku pojawia się zły błysk, gdy krótkim, ostrym ruchem strząsa z ramienia kobiecą dłoń. 

– Właśnie – warczy, nagle rozsierdzony – ja tu jestem kapitanem, więc nikt nie będzie mi mówić, co robić. 

– Och, nic takiego nie próbuję, ja tylko… 

Hashire klnie, cofając skaleczoną dłoń. 

– Mówiłem, żebyś to zostawiła! – złości się Majima, skupiając na niej uwagę. Przykuca i chwyta jej dłoń, chcąc obejrzeć skaleczenie. – Paskudne – komentuje. Ich wzrok się spotyka, zapada cisza. 

– No to… – słychać dziwnie piskliwy głos nawigatorki – …to jednak ja już sobie pójdę. 

Żadne nie próbuje jej powstrzymać, choć kobieta wyraźnie zwleka, dając na to szansę, wreszcie jednak z pełnym pogardy prychnięciem. 

Gdy trzaska klapa zamykająca wejście, Hashire wzdryga się i chce zabrać dłoń, ale on nie pozwala. Trzyma mocno, a ona zmuszona jest znów na niego spojrzeć. Jest niemal tak jak za pierwszym razem. Jak kiedy się poznawali. Ten sam dreszcz i niepewność. Żar. 

– Znam tę twarz… – Majima ściąga brwi mocniej, wpatrując się w nią intensywnie. – Prawda? 

 

And she'll come on back with every dawn 
 

Powieki rozgrzewa blask. Zamiast tonąć w ciemności, budzę się o świcie. Jeszcze chwilę zgadzam się na purpurę, potem otwieram oko, mocno marszcząc brwi. 

Stoi przy oknie, to ona wpuszcza do środka przeklęte promienie słońca.  

 Zasłoń to cholerstwo – protestuję, poklepując puste miejsce obok  i wracaj do łóżka. 

Zamiast usłuchać groźnego yakuzy, jak nakazuje zdrowy rozsądek i instynkt przetrwania, ona odciąga zasłony jeszcze mocniej.  

  ty cholero… 

Podnoszę się na łokciach, wbijając wzrok w kobiece krągłości. 

odwróć się odwróć chcę ujrzeć twoją twarz 

Czemu to robisz?  

Co tu jeszcze robisz. 

Zamiast pozwolić mi tonąć w ciemności, wpuszczasz w moje nędzne życie sens. 

Obiecałaś zostać i doprowadzać mnie do szaleństwa. 

Po wieki. 

 

Majima odwraca wzrok. Pozwala jej zabrać dłoń. Krew płynie wąską strużką na grzbiet dłoni. Hashire przykłada usta do rozcięcia, oblizując krew. Patrzy na mężczyznę, teraz zwróconego bokiem do niej. 

Nieładny. Nigdy nie miał ładnego profilu. Ten połamany nos. absurdalne cięcie… Wysunięta szczęka, ostre rysy.  

– Tęsknię za tym wszystkim – wyrzuca z siebie, zanim udaje jej się powstrzymać. 

Majima zamiera. Odwraca się do niej, zaskoczony, jej twarz jest tuż przy jego twarzy. Pochyla się i całuje go w usta. Zagryza jego wargę, gorącą i spierzchniętą, lecz on… Nie odpowiada. 

Hashire kończy, prostuje plecy, ocierając usta. Patrzy w jego zaskoczoną twarz. 

– Idź do diabła – syczy, kręcąc głową, lecz gdy próbuje się odwrócić… 

– Miałbym zostawić się tu całkiem samą? – pyta Majimałapiąc ją za nadgarstek i wciągając na siebie. 

Hashire znów przywierając do gorących warg. Tym razem Majima oddaje pocałunek. Mocno, a jego dłoń błądzi po jej ciele, a kiedy ona znajduje sprzączkę jego paska, on znów ją powstrzymuje. 

– Poczekaj, ja… Ja… – dyszy. – Mam żonę.  

Hashire prycha wściekle. 

– Do kurwy nędzy – wyrzuca z siebie, patrząc na niego z góry, walcząc z żarem i potrzebą konsekwencji; wreszcie przegrywa na jednym z pól i nachyla się, by warknąć mu wprost do ucha: – Ja jestem twoją żoną. 

And drag your ass where you belong 

2 komentarze:

  1. Hej :)
    Jejku. Może to nieco krótki tekst, a do takich w Twoim wykonaniu nie jestem zbytnio przyzwyczajona, ale hej - ile tu jest treści! W końcu Shire dała znać, kim jest, do tego ta chwila zazdrości, to nagle pragnienie, odnalezienie się. Majima z tym swoim "ja mam żonę" to powinien na nowo rozkochać w sobie Hashire. Och. Czy za komentarz może wystarczyć to, że właśnie siedzę na przerwie w pracy i szczerzę się do telefonu jak głupia?
    Jej. Dziękuję ❤️

    OdpowiedzUsuń