ARSENAŁ

niedziela, 4 stycznia 2026

[204] Czerwone, zielone, niebieskie: come real quick and get inside my mind ~ Miachar

  W przypadku tego wyzwania muzycznego zadziało się coś nietypowego – nie wybrałam sobie bowiem wersu, by pod niego stworzyć tekst, a po prostu słuchałam piosenki, od razu wiedząc, że będę pisać z perspektywy Kaveriego. Tytuł został wybrany dopiero po korekcie, gdy stwierdziłam, co z tekstu utworu pasuje najlepiej. Nie ma do niego bezpośredniego nawiązania, ale chyba da się wyczuć, że chodzi o klimat całości. Prawda?

_________________


Nie miałem żadnej pewności, że znowu spotkam ją w tej okolicy, ale naiwna wiara i nadzieja pchnęły mnie, bym się tam przeszedł.

Była podobna pora, ten sam dzień tygodnia co wtedy, nawet uliczny ruch zdawał się być powtórką z rozrywki, choć na dobrą sprawę to miasto najczęściej stało w jednym wielkim korku. Znając te realia, ruszyłem w tamtą stronę na piechotę, bo nie mając na dobra sprawę żadnego zlecenia, mogłem się nieco polenić, czekając na kolejne, a spacer mógł zrobić mi dobrze nie tylko na zdrowie, ale i na skołowaną ostatnimi czasy głowę.

Tyle że spacery nie były dla mnie łatwe. Wiązały się z mijaniem innych ludzi i ich bóstw, a mimo nieco ponad trzech dekad doświadczenia nadal nie czułem się na tyle pewnie – wydawało mi się, że i tak któreś bóstwo zda sobie sprawę, że je widzę, a wtedy może się zrobić nieciekawie. Zwyciężyła we mnie jednak chęć przekonania się, czy po tych samych ulicach chodzi osoba równie wybrakowana co ja. Nie mogłem poprosić Benjamina, by mi towarzyszył, nie umiałbym mu bowiem wyjaśnić, dlaczego to robię – po co wracam w miejsce, gdzie widzieliśmy tamtą kobietę, która na moment przykuła moja uwagę. Nadal mógłby myśleć, że mi się spodobała i dlatego chcę ją znaleźć, ale tu byłby w błędzie, ja nie miałbym za to dobrej wymówki, by mi uwierzył, a nie wziął za świra – tyle że pewnie i tak mnie za niego miał, tylko nigdy głośno o tym nie mówił.

Jako prywatny detektyw miałem swoje dojścia do rzeczy, które dla zwykłych śmiertelników pozostawały poza zasięgiem, ale nie mogłem tym razem włamać się do systemu kamer miejskich, by znaleźć nagrania z tamtego dnia i prześledzić dalsze kroki kobiety, bazując na jej wizerunku. Byłoby to dla mnie nieco utrudnione, bo skupiałbym się na mignięciach poruszających się na ramionach ludzi bóstw, a nie mogłem wyrzucić z głowy tego, że ona żadnego nie miała.

Gdy tak o tym rozmyślałem, chyba dotychczas nie spotkałem nikogo, kto nie miałby swojego własnego pasożyta w jednym z trzech kolorów. Od kiedy sięgałem pamięcią, każdy człowiek, z jakim miałem do czynienia – a trochę ich było, zważając na profesje rodziców – miał swojego „kolorowego kierownika”, jak zacząłem mówić o bóstwach, będąc nastolatkiem. Próbowałem opowiedzieć bliskim o tym, co takiego widzę, ale po któreś próbie poprosili, bym przystopował ze swoją wyobraźnią, bo może sprowadzić na mnie kłopoty.

I sprowadziła, ale to nie była wyobraźnia, tylko moja rzeczywistość. Taka, której nikt poza mną nie doświadczał.

To dlatego tamta kobieta, choć widziałem ją jedynie przez chwilę, tak bardzo mnie poruszyła. Przyjąłem bowiem do świadomości, że w tym mieście jestem jedyną osobą z taką „zdolnością”, okazywało się jednak, że się w tym pomyliłem, a to wzbudziło we mnie cichą nadzieję, że może uda mi się znaleźć jakiś punkt stałości w swoim istnieniu, jak i poznać niektóre odpowiedzi na pytania niepozwalające mi zasnąć w mroczne, burzowe noce. 

Nie wiedziałem, dlaczego aż tak przykładałem wagę, by spotkać ją ponownie tak szybko. Od tamtej wizyty na cmentarzu w innym hrabstwie minęły niecałe dwa tygodnie, a ja nie mogłem sobie wybić jej z głowy. Wiedziałem, jaki jest powód – wreszcie ktoś taki jak ja. W tym samym czasie i w tym samym mieście. Jakie było prawdopodobieństwo, że coś takiego mi się wydarzy? Pewnie tak niskie, jak to, że się zakocham, tyle że kiedyś już byłem zakochany. Że skończyło się tragicznie, to zupełnie inna historia.

Szedłem do miejsca, gdzie ją wtedy widziałem. Tłum sprawiał, że nie wyglądałem zbyt podejrzenia, ot, kolejny człowiek pędzący do celu w tym świecie pełnym wyścigu szczurów, których finalnie i tak czeka śmierć. Pokonywałem dokładnie ten odcinek, co ona przed dniami, starałem się dociec, gdzie mogła zmierzać, który z budynków przy drodze mógł ją interesować. Przyglądałem się elewacjom, czytałem nazwy mieszczących się tu firm, byle tylko zorientować się, jak wielu będę musiał się nieco bliżej przyjrzeć.

Oczywiście nie miałem żadnej pewności, że kobieta zmierzała wtedy do pracy, było już bowiem po porze lunchu i to w weekend, ale chciałem sprawdzić każdy trop, jaki dotychczas wpadł mi do głowy. Sam miałem otwarte biuro także w soboty, podejrzewałem więc, że niektórzy pracownicy mogli wykorzystywać ten dzień na nadgonienie pracy lub płatne – jak miałem nadzieje – dodatkowe godziny. Wcześniej sprawdziłem, czy może w okolicy nie ma jakieś przestrzeni coworkingowej. To też było miejsce do odwiedzenia, zaledwie trzy ulice stąd i kolejny punkt do odhaczenia, jeżeli tutaj nie trafię na jej ślad.

Przystanąłem przed jedną z kamienic, która wydała mi się interesująca. Poprzednio nie zwróciłem ani uwagi na szyldy przy schodach prowadzących do kamienicy, w której mieściło się kilka firm, ani na wystawione przy wejściu regały z papierowym wydaniem gazety, której redakcja mieściła się w budynku, bo wtedy skupiłem się na tamtej nieznajomej. Teraz, będąc tutaj właściwie po to, by możliwie spotkać tę kobietę, musiałem uzbroić się w cierpliwość. W tym czasie mogłem przejrzeć sobie jeden egzemplarz. 

Sięgnąłem po niego i nieco usunąłem się z chodnika, by inni ludzie mogli spokojnie się na nim mijać. Oparłem się plecami o ścianę budynku, starając aż za bardzo nie rzucać w oczy, po czym otworzyłem go, przewracając pierwsze strony.

Na dobrą sprawę nawet nie wiedziałem, co za magazyn mam w ręce, co takiego mogę znaleźć w środku. To dlatego przewertowałem go ot tak, a kiedy nic konkretnego nie zauważyłem, wróciłem do pierwszych stron, by przejrzeć spis treści artykułów.

I wtedy zorientowałem się, że jest tam wypisana lista autorów, nie tylko z nazwiska, ale też ze zdjęciem.

Wśród nich zaś twarz, którą może i widziałem tylko raz w dotychczasowym życiu, ale czyją zapamiętałem.  

Aż wstrzymałem oddech.

Była tam. W jednej z rubryk widniało jej zdjęcie – wyglądało jak zrobione specjalnie na potrzeby firmy. Jej twarz była mi już znana, ale teraz także jej personalia nie były tajemnicą.

– Abigail Oh – przeczytałem cicho na głos i uśmiechnąłem się do siebie.

Oto właśnie osoba, która może stanowić kotwicę w moim życiu i sprawić, że nie będę jak głupi gnał ku własnej zagładzie. Kobieta pisywała felietony dla tego właśnie prasowego tytułu, w ten sposób zarabiała na swoje życie albo też była to jedna z prac, jakie podejmowała, by związać koniec z końcem.

Przejrzałem gazetę w poszukiwaniu stopki redakcyjnej – wydawało mi się, że będzie tam, gdzie zdjęcia i lista najważniejszych artykułów w numerze, ale się przeliczyłem – lecz jej odnalezienie nie przyniosło spodziewanego rezultatu. Nie było w niej podanego bezpośredniego maila do felietonistki, tylko główny do redakcji, ale to nie kończyło rozpoczętych przeze mnie działań. Miałem imię i nazwisko, a do tego można było poszukać jej też w mediach społecznościowych, w końcu w takich czasach żyliśmy.

Tyle że mogła nie mieć na nich konta. Mogła być anonimowa, mogła…

Mogła właśnie zmierzać pod wiatr w stronę biura gazety, iść prosto w moją stronę, ale mnie nie widzieć.

Stałem jak wryty i nie spuszczałem jej z oczu. Nie zwróciła na mnie uwagi, zanurzona w dźwiękach, które płynęły do jej uszu z czarnych słuchawek. Do tego otulała się ciasno swetrem, bo choć nad miastem świeciło słońce, to podmuchy chłodu wdzierały się pod ubrania, sprawiając, że ta wiosna jeszcze nie była tak piękna, jak byśmy chcieli.

Nad żadnym z ramion nadal nie unosiło jej się bóstwo, a świadomość tego, wręcz doświadczenie za pomocą zmysłów sprawiło, że serce zabiło mi szybciej w piersi. 

Kobieta skręciła na schody prowadzące do budynku redakcji, a ja wypuściłem z siebie gwałtownie powietrze. Przez moment nie wierzyłem w to, co widziałem. Jakie było bowiem prawdopodobieństwo, że osoba, której szukałem i którą dotychczas widziałem jedynie przez chwilę, zjawi się w tym samym miejscu? Chciałem tego, dlatego tu zawędrowałem, choć mieszkałem w zupełnie innej dzielnicy, ale nie wierzyłem, że los może sprzyjać mi aż do tego stopnia.

Uniosłem głowę i spojrzałem w stronę okien budynku. Nie byłem pewien, na którym piętrze faktycznie mieści się biuro, do którego zmierzała, ale znałem już jej profesję, miejsce pracy i mogłem przez moment jej się przyjrzeć. Nie powinienem zapamiętywać, że była urocza, śliczna niczym z obrazka, a skupić się na tym, co nas możliwie łączyło, i wymyślić, jak się do niej zbliżyć.

Nie mogłem jednak w pełni zapanować nad swoim ciałem, serce nadal biło mi mocno, jakbym doświadczył czegoś, co przydarza się człowiekowi tylko raz w życiu. Wciąż patrzyłem w stronę schodów, zastanawiając się, czy czasem nie iść jej śladem, zaczekać na nią, zaczepić ją i wtedy…

Co miałbym jej wtedy powiedzieć? „Cześć, jestem David i jak ty nie mam nad ramieniem kolorowego bóstwa”? Skąd mi się wzięło to, że jeżeli też go nie ma, to jak ja widzi je u innych? Przecież mogła po prostu nie mieć ani bóstwa, ani umiejętności, by je widzieć u pozostałych ludzi, w końcu nie poznałem do końca, jak to działa. Powinienem najpierw wybadać, ile wie, jak wygląda jej życie, jak sobie radzi i…

I być przy tym niczym stalker, ale w końcu jako prywatny detektyw robiłem takie rzeczy i nawet mi za nie płacono. Tylko tym razem to byłby mój prywatny projekt, byle przekonać się, że może nie jestem sam.

Wiedziałem, że jestem samotny w tym dziwnym świecie, ale teraz uderzyło to we mnie znacznie mocniej. Jeżeli miałbym odczarować tę samotność, zaprosić do niej kogoś podobnego do siebie, chciałem z tego skorzystać, choć ciężko byłoby mi od razu znać cenę, jaką przyjdzie mi zapłacić za coś takiego. 

Na dobrą sprawę mógłbym zapłacić każdą, jeżeli to pozwoliłoby dowiedzieć się o tej kobiecie najistotniejszych dla mnie kwestii. 

Sprawdziłem na stojaku, czy wystawione egzemplarze są darmowe i czy mogę wziąć ze sobą ten właśnie przeglądany. Los mi sprzyjał, dzięki czemu schowałem gazetę za pazuchę kurtki i ruszyłem na drugą stronę ulicy, by zajść do kawiarni, zamówić kawę na miejscu, zająć miejsce przy stole i obserwować, czy kobieta czasem nie wychodzi. 

Gdybym wiedział, że od tamtego dnia będę pisał swoją historię pełną uczuć, do których nie chciałem mieć już dostępu… Niczego bym nie zmienił. 


1 komentarz:

  1. Ach!!! Oj tak, ja bardzo wyraznie tu słyszę i need you like god needs the devil! Caly tekst plynie w tej melodii jak soundtrack do sceny z serialu.
    A więc tak to bylo! Tak to wygladalo z perspektywy Kaveriego. Cieszę się, ze ja poznalam.

    Tyle że mogła nie mieć na nich konta. Mogła być anonimowa, mogła…

    Mogła właśnie zmierzać pod wiatr w stronę biura gazety, iść prosto w moją stronę, ale mnie nie widzieć. <--- Bardzo fajnie to usiadło, az mi szybciej zabilo serce! Wgl czul te ekscytacje, determinacje Kaveriego caly tekst. No i ta koncowka, niczego bym nie zmienil. No tak. No w punkt.
    Tak to sie zaczelo! Teraz Czekam, by dowiedzieć sie, jak sie rozwinie ;)))

    OdpowiedzUsuń