ARSENAŁ

niedziela, 21 grudnia 2025

[203] YAKUZA: It's real to me ~ Wilczy

 To przez to nieznośne gorącoSłońce miesza mu w głowie, sprawia, że ciężej mu się oddycha i tak szybko bije serce. A może to zawał? Zatrzymuje się raptownie, łapiąc za pierś. Nie pamięta, ile dokładnie ma lat, ale najmłodszy już nie jest, to jasne. Czeka kilkanaście pełnych grozy sekund, wsłuchując się w siebie i stojąc pośród tłumu, który delikatnie ociera się o niego niczym fala obmywająca skałę. Nie, to chyba nic poważnego. Nic nie piecze, nie boli. Czuje tylko ten przymus, żeby… Zawrócić. 

Do tej pory nigdy nie oglądał się za siebie. Nigdy, wie to. Tak powinno pozostać. A jednak teraz zawraca. Ciemne oko mruży się, gdy przeczesuje wzrokiem zbiorowisko ludzi. To niemożliwe, żeby trafił tak prędko na to, czego szukał, ale nie może zignorować reakcji ciała. Musi się upewnić. To się zadziało zbyt szybko i zbyt wolno dopuszczał do siebie emocje. Dziwne, postrzępione, nie do końca przyjemne, ale zamierzał za nimi podążyć.  

 

Hmm, MMM… follow me 

 

Jeśli to nie przypadek, to chyba tylko cholerne przeznaczenie. 

I gdzie, u diabła, podziewa się ten facet, którego wysłał za nim Minami?! Teraz, kiedy akurat mógłby się przydać, postanowił się zapodziać. Gdzie widział go ostatnio? Chyba przy sklepie z tymi parszywymi koszulami. Jebać go. Poradzi sobie bez jego rekomendacji. Po prostu od raz będzie przyglądał się dłoni każdej napotkanej kobiety, a jeśli zobaczy na niej obrączkę, zabierze na pokład. Wtedy tych dwóch powie mu, czy któraś z nich to jego żona. 

Śmieje się w głos, dumny ze swojego pomysłu.  

 

*** 

 

Pełna złych przeczuć opuszcza hotel. Radosne podniecenie tym, że wszystko poszło zgodnie z planem ulatnia się błyskawicznie, zastępowane przerażeniem.  

Co ja, kurwa, narobiłam?!   

Zadarła z Saejimą. Zadarła z koreańską mafią! To prawda, że tych dwóch tylko by przeszkadzało, ale chyba tego do końca nie przemyślała. Plan kończył się w momencie, gdy zostawia ich za sobą, a co dalej? W końcu wyjdą z tego pokoju. Przynajmniej jeden z nich, bo raczej tyle szczęścia, że wykończą się nawzajem nie będzie miała.  

A jednak jest świadoma, że musiała tak postąpić. Saejima, który zapewne uknuł z Majimą całą tę maskaradę, próbowałby go wybielać i kontynuować ten cyrk, a tego by nie zniosła. Znacznie szybciej dotrze do prawdy bez tego goryla w tle. A Koreańczyk… Jego potrzebuje jeszcze mniej. Jest pewna, że albo należy do Geomijul albo Geomijul go wynajęło. Wygląda na płatnego zabójcę. Jak mogłaby mu zaufać. 

Potrząsa głową, próbując pozbyć się tych myśli. Teraz musi się skupić, by dostać się na statek i przekonać załogę, że jest warta tego, by ją ze sobą zabrali. 

Idzie szybkim krokiem, niosąc jedynie plecak, wszystko, co ze sobą zabrała. Co chwilę wydaje jej się, że mija ją ktoś podobny do Majimy, a gdy mija ją facet w żółtej marynarce, prawie dostaje zawału. 

Said a long black dress on Halloween 

 

Ale to oczywiście nie on. Gdy ona się zatrzymjuje, wbijając w niego wzrok, facet mierzy ją długim spojrzeniem, ściągając brwi i przekrzywiając głowę. 

– Znamy się? – pyta, zaskoczony. 

– Nie, przepraszam. 

Hashire więcej się nie zatrzymuje. Dopiero przed trapem. Bierze dwa głębokie wdechy. Marynarzy nagabujących do rejsu już tu nie ma, więc ostrożnie wstępuje na mostek łączący statek z lądem, kurczowo ściskając ramię plecaka.  

– Hej! A ty tu czego?! 

Gdy tylko stawia stopę na pokładzie, naskakuje na nią korsarz o brudnej, nieogolonej twarzy. Jego oddech przesycony jest niestrawionym alkoholem.  

– Ja… Rano przyjęto mnie na pokład. 

– Co?! 

– No… Rekrutacja? Więc… Powiedziano mi, że mam się stawić. 

– Rekru… tracja?! Nic nie wiem o żadnej rekrutracji! A gdyby jakaś była, to na pewno bym wiedział! 

– To może… Spytaj bosmana. Albo kapitana, jeśli już wrócił. 

– Bosman leży już najebany, a kapitana nie ma. Także jazda stąd, bo zwołam chłopaków i jak cię przegonimy, to mówię ci, nie chcesz tego. 

Hashire zaciska usta, poprawia zjeżdżający z ramienia plecak. Nie zamierza się tak łatwo poddać, to jasne. 

– Posłuchaj, gościu. Idź do kogoś wyższego ranga, kogo nie chcesz wkurzyć faktem, że mnie odsyłasz i powiedz mu, że przyszła – w tym momencie ogarnia ją pewność, że nie powinna zdradzać prawdziwych personalii – Okami… Mayushi. – Krzywi się na brak kreatywności, nic innego nie przyszło jej do głowy, więc musi isć w zaparte; krzyżuje na piersi ręce i patrzy wyzywająco na podstarzałego korsarza, który tylko prycha kpiąco i coraz bardziej stanowczo każe jej się wynosić. 

– Hej! Co to za wrzaski?!  

Z kajuty kapitańskiej wyłania się jakiś cień, Hashire staje porządniej, przygotowana na rozmowę z kimś poważniejszym, lecz to, kogo widzi, przechodzi jej granice dobrego smaku. 

 

If this is all just make believe 

 

– Nie. – Tylko tyle udaje jej się z siebie wyrzucić; jej ramiona opadają, 

– Tak! – słyszy z naprzeciwka. Celuje w nią wyciągnięty palec. Zaraz potem rozlega się wybuch śmiechu i pojedyncze oklaski. 

– Znasz ją? – pyta z powątpiewaniem korsarz. – Twierdzi, że wypływa z nami. 

– A co? Tylko mi nie mów, że próbowałeś ją przegonić! Zmiataj, Tengo! 

Podchmielony marynarz unosi ręce i znika. 

Hashire  wzdycha ciężko. 

– Pomyśleć, że pozbyłam się jednego dupka tylko po to, by trafić na drugiego Ale to przecież oznacza…  

 

It might not be real, but it's real to me 

 

– Szefie– rozlega się okrzyk gdzieś za jej plecami i pospieszne kroki na trapie. 

Zamiera. 

– To był durny pomysł 

Znajomy głos, ostry, z nutą niepoczytalności.  

Zerka dyskretnie, widzi jak zrywa z siebie hawajską koszulęprzeczesuje dłonią włosy i żąda, żeby oddano mu płaszcz. Wygląda inaczej. Tak jak rano. Włosy mu odrosły, grzywka, zwykle schludnie zaczesana na bok, z zaledwie jednym mniej posłusznym kosmykiem, teraz wymyka się spod kontroli, swobodnie opada na czoło, robi przestrzeń dla jedynego oka, sięgając jego kącików. Ale coś jeszcze się nie zgadza, coś nie pasuje, Goro wygląda dużo młodziej, jakby żegluga odjęła mu kilkunastu lat. 

Zgolił zarost. 

Oblewa ją dziwna ulga, że odkrywa, skąd ta zmiana. I groza, bo on jest tu naprawdę. 

– Zwijamy się! – rozkazuje i gwiżdże na palcach, a na ten dźwięk na pokład wylega kilku marynarzy. – Odpływamy! 

– A pański plan?! – krzyczy zza jego pleców Nishida; Hashire klnie pod nosem, próbując ukryć twarz za kurtyną włosów. 

– Pieprzyć go, policja zaraz tu będzie! 

Majima odchyla głowę, poprawia wściekle poły płaszcza. 

– Policja?! – powtarza Minami, zapominając na moment o Hashire. 

– Trzeba było nie nagabywać w ten sposób tych kobiet, szefie! – stęka żałośnie Nishida, kłaniając się w pas, gdy Majima rzuca na niego złe spojrzenie. 

Że co? 

Hashire żywiej podrywa podbródek, ściągając na siebie uwagę mężczyzn.  

– A to kto?   

Majima prostuje się, ciemne włosy sypią się na jego twarz, gdy przekrzywia głowę, patrząc podejrzliwie. Hashire opuszcza wzrok, jakby w ten sposób  mogła coś oddalić, ale on podchodzi. Serce jej wali, lecz jego zapach uspokaja, jak chloroform przyszłą ofiarę. Gdy sięga, by położyć dłoń na jej szczęce, przeszywa ją dreszcz. Cała złość na chwilę znika, zastąpiona nieopanowaną tęsknotą. Mogłaby zwyczajnie go objąć, wtulić w zapach parujących po zbrodni ulic Tokio, metalicznych nuty krwi z domieszką tytoniu i kwiatowego aromatu sake. Zapach yakuzy. 

Pozwala, by podniósł jej podbródek i zajrzał w oczy. Patrzy długo, Hashire zamiera, próbując znaleźć prawdę na dnie tego pełnego mroku oka. 

– To ty…   

Hmm, MMM, let her in 

 

Kciuk Majimy pociera jej policzek. Niemal słyszy jak Minami i Nishida wstrzymują oddechy za jego plecami. Sama też nie może nabrać tchu, a on wciąż się jej przygląda, aż wreszcie jego twarz rozjaśnia wyraz zrozumienia.   

– Ziemniaki! – wykrzykuje, zabierają dłoń, by trzasnąć się w czoło. – Widziałem cię rano na targu! – Rozciąga usta w szerokim uśmiechu. – To byłaś ty, prawda? 

Hashire nieznacznie kiwa głową, a ramionami Majimy wstrząsa krótki chichot. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, zaciska dłoń na jej nadgarstku i unosi na wysokość swoich oczu, nie zważając na pełen protestu syk. 

– Hm, trudno. – Puszcza jej dłoń, najwyraźniej rozczarowany. Zaszczyca ją jeszcze jednym przelotnym spojrzeniem, po czym klepie z dziwną rezygnacją po ramieniu. – Witamy na pokładzie. 

I odchodzi w stronę kapitańskiej kajuty. 

Hashire przełyka zawód, podnosi spojrzenie na stojących przed nią, wciąż oniemiałych, Nishidę i Minamiego, którzy podążają wzrokiem na zmianę od niej do Majimy i z powrotem. Kręci głową, wyciągając rękę, a widząc, że Minami otwiera usta, by wrzasnąć za swoim szefem, doskakuje do niego i zatyka je dłonią 

– Nie! – Zerka pospiesznie na Nishidę. – Nie róbcie tego. Wszystko – myśli intensywnie – zepsujecie. 

– A-a, zzzo? – mamrocze Minami, marszcząc mocno brwi. 

– Nic mu nie mówcie. Że ja to ja, że jestem… – Po tym jak Majima odszedł, nie rozpoznawszy jej, a przynajmniej sprawiwszy takie pozory, słowa ciężko przechodzą jej przez gardło. – Że to mnie szuka. 

– A-e… 

– Posłuchaj! – Hashire ściąga dłoń z ust Minamiego, ale łapie go za kołnierz. – Dużo dowiadywałam się na ten temat. Osoba z amnezją robi największe postępy, kiedy samodzielnie odkrywa przeszłośćNic nie da narzucanie się, nie da się zmusić nikogo, by coś sobie przypomniał, rozumiecie? Czy coś dało, że wy we dwóch biegacie za nim jak pojeby, zawiedzeni, że on nic nie pamięta?! 

Nishida i Minami skupiają na niej wzrok, ale ciężko ocenić, czy cokolwiek z tego co mówido nich dociera. 

– To… co? – Wymieniają pełne wątpliwości spojrzenia. – Mamy szefowi nie mówić, że tu jesteś? 

Hashire przygryza w złości wnętrze policzków. 

– Przecież on wie, że tu jestem, przywitał się przed chwilą, czyż nie?! – Przyciąga o siebie Minamiego, świadoma, że wyładowuje na nim złość. Bierze głęboki wdech nim kontynuuje: – Chodzi o to, że nie można mu wszystkiego podawać na tacy, on… Musi sam do tego dojść. To… najlepsze co możemy teraz zrobić. Czekać. 

Patrzy to na jednego, to na drugiego, nie wydają się przekonani. 

– Uwierzcie, dla mnie to też jest trudne – warczy, lecz opuszcza ramiona i może ta pełna rezygnacji postawa zatrzymuje oficerów Majimy skuteczniej niż groźby. –Nie zepsujcie tego – dodaje, unosząc na nich ostre spojrzenie. – Nie po to przebyłam tak długą drogę… – wzdycha, znów wydaje się bezradna. – Wam się nie udało ściągnąć go do domu. Pozwólcie, mi to zrobić. – Obaj uważnie jej się przyglądają. – Po swojemu. 

Wymienią raz jeszcze spojrzenia i zgodnie kiwają głowami. 

 

 

Zatrzymuje się zaraz za drzwiami, podczas gdy one zamykają się wolno, skrzypiąc. Zakłada ramiona na piersi, ściąga brwi. Coś mu się nie zgadza. 

Drzwi zamykają się z trzaskiem, a on odwraca się energicznie, by wyjrzeć przez brudne okienko wychodzące na pokład. Widzi, jak ta kobieta rozmawia z tymi dwoma. Jakby ich znała. Jakby nie była przypadkowym spotkaniem i nie przypadkiem trafiła na jego statek. Rzeczywiście trudno wierzyć w przypadek, bo nic na niego nie wskazuje. Wciąż nie chce dać temu wiary, w końcu ona też ani razu nie dała po sobie poznać, że cokolwiek dla niej znaczy i tak naprawdę może być zupełnie obcą kobietą… a jednak coś podpowiada mu, że tak nie jest. I trochę gardzi samym sobą, że dopuszcza do siebie tego rodzaju emocje, ale… z drugiej strony? Ta ekscytacja jest warta chwili słabości. 

 

If you love hersonit ain't no sin 

 

Goro uderza dłońmi o kolana i chichocze. Kimkolwiek jest ta kobieta, zdaje mu się, że nie będzie się nudził. A nudzić się nie znosił.  

 

Tego samego wieczoru wypływają z portu. Hashire zdobywa się na wzięcie głębszego oddechu dopiero, gdy ląd znika z oczu. Słońce, które już dawno schowało się za horyzontem, wciąż rzuca krwawą pręgę na bezkresne wody zachodu. Część niej wciąż się obawia, że Taiga albo Joongi Han zaraz wdrapią się po burcie, choć próbuje uciszyć irracjonalny lęk.  

Jego obecność pomaga. 

Rzuca ukradkowe spojrzenia na mężczyznę za kołem sterowym i coraz ciężej oderwać jej wzrok. Wydaje się taki pewny siebie. Wpatrzony w ocean, skupiony na walce z falami. Jakby urodził się za sterem. Ciężko uwierzyć, że jeszcze niedawno biegał po ulicach Kamurocho z nożem w zębach.  

Może znalazł swoje poprzednie wcielenie. 

Ciemne spojrzenie pada na jej twarz i Hashire pospiesznie odwraca wzrok, czując, że pieką ją policzki. Pospiesznie skupia się na zadaniu, które jej przydzielono i pochyla się, szorując pokład. Jest świadoma, że pierwszy oficer zlecił jej to tylko dlatego, że liczył na ciekawe widoki, gdy będzie się pochylać, ale w tej chwili nie to ją denerwuje. Jest zła na siebie, na swoje emocje, szybsze bicie serca. Jest z tym człowiekiem od lat. Tak, wyszła za niego, mimo rozpaczliwych protestów rozsądku. Nie jest pewna, czy bardziej go kocha czy nienawidzi, a jednak teraz jej serce fika koziołki, bo on na nią spojrzał. Hashire gardzi samą sobą, prowadząc w myślach agresywny automonolog, mając na celu przypomnieć sobie, że nie ma szesnastu lat, a ten bawiący się w piratów facet to zły, nie wart jej człowiek. 

Tylko że to właśnie ten człowiek pociągał ją jak diabli. 

Posiadł ją. 

I o tym zapomniał. 

A ona za tym tęskni. 

– Panienko – Hashire podskakuje, gdy ktoś odzywa się za jej plecami – kapitan cię wzywa. 

Obrzuca spojrzeniem pirata, który udziela informacji, przypatrując jej się podejrzliwie i kiwając głową w stronę steru. Hashire zerka w tamtą stronę, Majima na nią nie patrzy, koryguje kurs statku, lecz pirat niecierpliwie wskazuje kierunek, w którym ma się udać, więc wyciąga ręce w obronnym geście i posłusznie zmierza na mostek. 

 

Wiatr wydyma żagle. Zapach soli i wody przyjemnie działa na zmysły. Morze stanowi dziś wyzwanie, postanawia sam stanąć za sterem. Jeszcze pół roku temu nie odróżniłby sterburty od masztu, lecz wystarczyło szkolenie, które przeprowadził dla niego Jason, by okazało się, że cały ten żeglarski szajs ma we krwi. W sumie zawsze tak czuł, że bliżej mu do wilka niż psa. Okazuje się, że morskiego, ale jakie to ma znaczenie. 

Jego skupienie zostaje wystawione na próbę, gdy przypadkiem wzrok ześlizguje się na kształty odbiegające od tych, które zwykle szorowały pokład. Nigdy wcześniej nie przyglądał się z takim zainteresowaniem temu, czy deski na pewno stają się czystsze. Za plecami słyszy gardłowy śmiech i zerka za ramię. 

– Ty za tym stoisz? – pyta, ściągając brwi. 

– Dbam, żeby kapitan miał ładne widoki podziwiać – śmieje się Jason i pospiesznie znika, nie czekając na reakcję, której wcale nie jest pewien. 

– Hm. – Majima krzywi usta, przekrzywia głowę. Żeby jeszcze była jakoś fikuśnie ubrana, ale nie, ona jest w dresie. Okazuje się jednak, ze poliester też potrafi opiąć się na tym co trzeba. A on uświadamia sobie, że już bardzo dawno nie miał kobiety. 

Swojej kobiety. 

Zaciska mocniej dłonie na kole sterowym, a duszne emocje pchają w niego obrazy. Zimne i gorące jednocześnie. 

 

Pada śnieg. Widzę swoje odbicie w witrynie. Zamierzam coś ważnego. 

Szkło się tłucze, ściskam w ręce coś zimngo. 

Muszę go jej dać, ale robię to źle. 

Znajduje mnie, przychodzi wzburzona. Rzuca we mnie propozycją, którą złożyłem. Chwytam ją za ramiona, wciągam do środkaNie będzie mnie tak traktować, nie muszę się przed nią tłumaczyć, do cholery. Zamykam jej usta. Smakuje imbirem i cynamonem. Przeklęte świąteczne drinki, które sprzedaje i podpija za ladą. Nieważne. Smakuje dobrze. Chętnie. Nie mogę powstrzymać śmiechu, a ona chwyta mnie za włosy. Mocno. Syczę, lecz wciąż się śmiejęNie pozwalam się zdominować. Nie, ja… zawsze muszę być górą. 

Jest inaczej niż zwykle, ona drży, ja się powstrzymuję. Nie bardzo, ale nie jest tak dziko jak zawsze, jest… Obiecująco. Wciąż patrzę jej w oczy, jakbym szukał na szarym dnie odpowiedzi. Chce czy nie chce? Nie ułatwia fakt, że mówi co innego, a robi, ze mną, zupełnie coś sprzecznego z tym, co obiecuje. Nie trzyma się z daleka, nie kiedy już bliżej być nie może.  

 

Where she ends is where you begin 

 

Coraz bardziej się zapominam, trawiony gorączką.  Zaciskam zęby, gdy jej paznokcie drążą nowe szlaki w moich tatuażach. Odwdzięczam się coraz szybszym tempem. Paznokcie wbijają się w moje pośladki. Nie zwalniam. Odchyla głowę, szarość ustępuje bieli. Jest moja. Czuję to całym sobą 

Jesteś, kurwa, moja.  

Jest 

 

– Słucham, kapitanie. 

Kobieta w dresie salutuje mężczyźnie w pirackim kapeluszu, który ściąga brwi i mruży oczy, doszukując się kpiny, lecz zaraz zwraca wzrok na wzburzone morze. 

Ono jest takie jak ty. 

– Nie musisz tego robić – mówi, odchrząkując. 

– To znaczy? 

– Nie musisz tu – wypinać tyłka przed całą załogą – sprzątać. 

– No – Hashire mnie w dłoniach szmatę. – Tak mi kazano. 

– Ja u jestem, kurwa, kapitanem i nie życzę sobie, żeby moja kobieta…! 

Zapada cisza. Zaczyna padać deszcz. Ciężkie krople rozbijają się o pokład, siekąc coraz zacieklej. 

– Kto? 

Majima wbija w nią swoje jedyne oko, jakby liczył, że wyczyta odpowiedzi na nużące go pytania z jej mokrej od deszczu twarzy. Nagle zostawi ster i odchodzi, jakby podjął jakąś trudną decyzję, która wiele go kosztowała, lecz po paru krokach zawraca, klnąc i powstrzymując koło sterowe, które zostawione samopas natychmiast poddaje statek pod osąd gniewnego oceanu i statek zaczyna ostry zwrot.  

 

If you run, you'll run right back again 

 

– Jason! – krzyczy i po kilku nawoływaniach zjawia się pierwszy oficer. Obrzuca ich rozbawionym spojrzeniem i przejmuje ster, a Majima zaciska dłoń na nadgarstku walczącej o równowagę Hashire i ciągnie ją za sobą. 

Schodzą pod mostek, gdzie znajduje się kapitańska kajuta. Mężczyzna wciąga do niej kobietę, zamyka drzwi. Ryk oceanu nieco cichnie, deszcz uderza w wychodzące na pokład bulaje. Majima ściąga przemoczony kapelusz, rzuca go w kąt i otrzepuje się z deszczu w całkiem psi sposób. Spogląda na Hashire zza kurtyny mokrych włosów, przeczesuje je palcami, żeby odgarnąć je z twarzy. Ona milczy. Długie włosy ociekają wodą. 

– Kim ty jesteś? – pyta w końcu Goro; jego głos jest ochrypły i poważny jak nigdy. 

Hashire chce prychnąć w odpowiedzi, ale się powstrzymuje. Znosi natarczywe spojrzenie, zagryzając usta. 

– Ty mi powiedz – odpowiada w końcu równie zachrypłym głosem. – W sumie… Już to zrobiłeś. 

Goro ściąga usta, jego ciemne jak noc bez snów oko nieco się rozszerza. 

– Nie wiem, czy to prawda – mówi powoli, z rozwagą dobierając słowa i nie spuszczając z niej wzroku. – Te słowa… Wypowiedziałem je, ale nie wiem dlaczego. 

Hashire opuszcza głowę, zaciska mocno powieki. Ból jest większy niż wcześniej. Bardziej rzeczywisty. Zaczyna wierzyć, że to nie jest gra, że to się dzieje naprawdę. I odkrywa, że to bolesne. Być zapomnianą. 

– Może… – Majima odchrząkuje, żeby oczyścić gardło. – Możesz im zaprzeczyć? Albo je potwierdzić? 

– Nie. – Podnosi spojrzenie, jej twarz jest pozbawiona wyrazu, choć oczy się szklą. – To musisz ustalić sam. 

– Ale ja… 

– W końcu do tego dojdziesz. 

 

You can hide but you can't stay gone 

 

Hashire odwraca się, żeby odejść. Dystans, który ich dzieli jest równocześnie szczeliną i przepaścią. W tym momencie zdaje się nie do przebycia. A jednak Majima go pokonuje. 

– Nie pomożesz? – Dwa kroki i staje za jej plecami. Powstrzymuje przed odejściem, obejmując niepewnie. Jego ręka otacza jej talię, nos dotyka ucha. 

– Nie mogę. – Hashire zamiera, przez chwilę pozwalając sobie trwać w tej konfiguracji. – Jak już ustalisz, czy jestem, czy nie jestem prawdziwa… Daj znać. – Wyswobadza się z jego objęć. Niechętnie, lecz stanowczo. 

Majima nie daje za wygraną. Nie od razu. Łapie jej dłoń i przyciąga sobie pod nos, chcą przyjrzeć się jeszcze raz, uważniej. 

Powinnaś mieć ten pierdolony pierścionek. Albo przynajmniej… 

Hashire pozwala na to przez chwilę i wyrywa dłoń. Wychodzi. 

Majima wzdycha, wypełnia go rozczarowanie i gniew. 

Nic. Nie dostrzegł nic. 

Żadnego śladu po obrączce. 

 


 
She'll find you, won't take her long 

 

1 komentarz:

  1. Hej :)
    O ja cię...
    Spotkali się! Majima i Hashire się spotkali, odnaleźli z dala od domu, znowu są w tej samej przestrzeni!
    Nie sądziłam, że aż tak będzie mnie to ekscytować, ale jest, jak jest :D
    Świetnie się to czytało, do tego Jason zlecający kobiecie mycie podłóg, by Goro się zrobiło miło, rozbawiło mnie to po kokardki :D
    Dzięki wielkie za to, że już nie czekam, a teraz mogę śledzić, jak Majima dochodzi do tego, że nazwał 'swoją kobietą' kogoś, kto już jest jego żoną. Niech to tylko nie zajmie mu długo, bo ból Hashire to jednak powód do smutku.
    ekran na ciąg dalszy:)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń