Dziękuję Wilczej 😊 za podsunięcie mi tej pary pod temat wyzwania, sama chyba bym ich pominęła.
Mam jedno zasadnicze pytanie – romans prędzej czy później?
A orzechowe americano z saszetki z koreańskiego sklepu to moja tegoroczna największa miłość, jeżeli chodzi o nowe smaki.
____________
Sobota nadeszła szybciej, niż mogłam pomyśleć. Oczywiście nastąpiła jak zwykle po piątku, ale że w gazecie oczekiwano ode mnie więcej tekstów, bo rozbudowano w niej miejsce dla mojej pisaniny, od spotkania z Kaverim właściwie stale tworzyłam coś nowego, nawiązując przy tym do bieżących spraw lokalnych i w skali kraju. Poza samą zabawą słowami i ubieraniem w nie myśli musiałam też zrobić kilka researchów, by nie palnąć głupot, a to zaabsorbowało mnie tak, że choć nie pomijałam posiłków, to inne czynności dni codziennych jakoś mi się rozmywały.
Czułam się wręcz wyrwana ze snu, kiedy świat za oknem – obudzony pewnie przez wibrujące dźwięki klaksonów, które grzmiały prawie od świtu, bo z jakiegoś nieznanego mi powodu tworzyły się korki – wdarł się w moją głowę kakofonią przeróżnych hałasów i pierwszym blaskiem słońca. Zapowiadało się na ładny dzień, a ja niemal przeoczyłam, że muszę wstać, by obejrzeć wschód. Ledwie mi się to udało, ale tylko dlatego, że narzuciłam kurtę od razu na piżamę i wspięłam się na dach kamienicy, by zobaczyć tę wspaniałość natury.
Po tym mogłam wziąć się w karby i postępować według narzuconego sobie planu dnia – a najważniejsze było spotkanie z moich drugim, wciąż świeżym pracodawcą.
Szłam na tyle powoli, by nie wylała się na chodnik zawartość dwóch kubków. Po drodze do biura wpadłam bowiem do kawiarni i wzięłam sobie na wynos mrożone americano o smaku orzechowym, które pokochałam od pierwszego spróbowania, i które to jako jedyne piłam z dodatkiem białego cukru. Taki napój jak najbardziej pasował do obecnej pogody, poza tym już od razu po wyjściu z lokalu mogłam spokojnie upić jego łyk. Na taką kawę nie musiałam dmuchać, ale nie byłam pewna, czy Kaveri w ogóle taką pija, dlatego w drugim kubku niosłam dla niego czarną kawę bez dodatków. Fakt, moglibyśmy skorzystać z ekspresu w jego gabinecie, ale nie chciałam za każdym razem korzystać z jego zasobów, chciałam też robić coś dla niego. Do tego kilka ciastek z kremem, które zaproponowała mi ekspedientka, bo mieli na nie promocję, a ja po bardziej wykwintnym śniadaniu – małej porcji jajecznicy ze szpinakiem i kromką chleba – miałam ochotę na coś słodkiego. Właściwie to codziennie musiałam zjeść coś słodkiego, by dobrze się miewać, a zauważyłam, że i David ma słabość do słodkości. Zresztą sam mi to powiedział, ale i tak doszłabym do tego wniosku, widząc, jak zalśniły mu oczy na widok i ciasta marchewkowego, i tamtych ciastek.
To była druga rzecz po widzeniu kolorowych bóstw, jaką mogłam uznać za łączącą nas i być może dającą podstawę do koleżeństwa, a nie tylko biznesowej współpracy.
Do budynku, w którym mieściło się biuro Davida, dotarłam na kilka minut przed umówioną porą i zdałam sobie sprawę, że tak właściwie to nie wiem, czy uda mi się dostać do środka. Była sobota, nie zwykły dzień roboczy, jaką więc mogłam mieć pewność, że moja wejściówka zadziała, a ochroniarz przy drzwiach nie weźmie za intruza? Cóż, musiałam to sprawdzić na własnej skórze.
Ku mojemu zaskoczeniu drzwi były otwarte, a mężczyzna w kantorku tuż przy nich zmierzył mnie jedynie wzrokiem, po czym się do mnie uśmiechnął.
– Biuro pana Reya to chyba nigdy nie jest zamknięte, prawda? – zapytał lekko rozbawiony, na co rzuciłam mu tylko krótkie „dzień dobry” i ruszyłam w stronę windy.
Wyglądało na to, że po części byłam spodziewanym pracownikiem, co pozwoliło mi nieco odetchnąć. Nie miałam pewności, co takiego postanowił Kaveri względem najbliższego czekającego mnie zadania, ale chciałam wierzyć mu na słowo, że nie wkręci mnie w kabałę mogącą skończyć się zranieniem. Na piętro biura dotarłam, nie mając styczności z żadnym innym człowiekiem. W mijanych lokalach nie świeciło się światło, jedynie po gabinecie Reya dało się poznać, że ktoś jest w środku. Na sekundy przystanęłam, by zapukać, po czym wparadowałam do środka bez czekania na zaproszenie.
A wychodziło na to, że jednak powinnam poczekać, aż się odezwie, może wtedy nie trafiłabym na moment, kiedy to mężczyzna przebiera się, zakłada nową koszulę i w tej właśnie chwili jest nagi od pasa w górę. Fakt, zobaczyłam tylko jego gołe plecy, ale i tak czegoś podobnego się nie spodziewałam.
– Przepraszam, dzień dobry, już jestem! – rzuciłam, wchodząc dalej, nie patrząc w jego stronę, i dopadłam do biurka, które mianowano tu moim.
– Cześć, Abigail, jak zwykle na czas – rzekł z wyczuwanym uśmiechem, czego nie mogłam potwierdzić, bo nadal na niego nie patrzyłam. – Co tam przyniosłaś?
– Kawę i chyba coś dobrego, wierząc ekspedientce. Proszę.
Mężczyzna zdołał już zapiąć guziki koszuli i podejść bliżej mnie. Wyciągnęłam rękę, by podać mu kubek z ciepłym napojem, kiedy David nie odrywał wzroku od tego z zimnym. Nawet uniósł brew, widząc coś takiego.
– Abi, wiem, że pogoda nadal jest znośna, wręcz przyjemna, ale na pewno mrożone americano jest adekwatne?
Wzruszyłam ramionami, choć nie uszło mojej uwadze, że mężczyzna zwrócił się do mnie nie moim pełnym imieniem czy przezwiskiem, ale zdrobnieniem, czego nie czynili nawet członkowie mojej rodziny. Nie robili tego, bo od małego mówiłam, że jestem Abigail i nie szukali dla mnie nawet innej ksywki – Itsaso nadała mi babka, oczywiście, jak każdemu z tej baskijskiej, prawie zapomnianej części rodu – dlatego coś takiego miało prawo wywołać u mnie nieco szybsze bicie serca.
A przynajmniej tak chciałam tłumaczyć sobie to, co właśnie wyprawiał w klatce piersiowej ten organ.
– Mrożone americano pasuje zawsze i wszędzie, a to orzechowe, które mam, jest warte odmrażania sobie palców.
– Mogę skosztować? – zapytał Rey, a zanim byłam skłonna udzielić mu odpowiedzi, podszedł i nachylił się nad kubkiem, by przez słomkę upić łyk.
Patrzyłam na niego zaskoczona i odrobinę zła, że nie poczekał na pozwolenie. Wynagrodził mi to jednak widok jego wykrzywionej twarzy.
– Boże, jakie to jest słodkie! – wykrzyknął i aż cofnął się o krok. Stłumiłam w sobie śmiech.
– To jedyna kawa z cukrem, jaką piję, o czym bym ci powiedziała, gdybyś dał mi szansę.
Jeszcze się wzdrygnął, zanim przejął kubek dla niego i upił łyk kawy, która zdecydowanie bardziej mu smakowała.
– Zapamiętam i nigdy więcej ci jej nie podbiorę. Smak orzechowy może i naprawdę dobry, ale ten cukier…
Wzdrygnął się ponownie, a ja miałam ochotę parsknąć śmiechem i na to, powstrzymałam się, by nie pokazać mu, że się z niego nabijam. Zamiast tego podeszłam do biurka, by pozostawić na nim papierową torebkę z ciastkami. Teraz to na nią patrzył pracodawca, ale nie rzucił się w jej stronę. Jakby szybko przyswoił sobie, że takie nagłe ruchy mogą doprowadzić do spotkania z czymś mało smacznym, przed czym mógłby zostać ostrzeżony, gdyby tylko nieco się wstrzymał.
– To ciastka z kremem – rzuciłam, odkładając także torebkę. – Nie wiem, jak smakują, to ekspedientka mi je poleciła. Jeżeli ci nie zasmakują, skoczę po jakieś inne.
– Szczerze mówiąc, to jestem w stanie zjeść wszystko, co słodkie, to z piciem słodkiego mam inną relację.
– Właśnie widziałam.
Rozmowa toczyła się na razie wokół kulinariów, gdy spotkaliśmy się w zupełnie innym celu. Nie naciskałam jednak na Davida, by przeszedł od razu do tematu zlecenia. Byłam zdania, że jako gospodarz tego miejsca sam zadecyduje, kiedy powie mi o szczegółach, a przy tym coś mi mówiło, że po prostu chce pogawędzić, bo zwykle ma do czynienia z klientami, rzadziej ze znajomymi.
– Miewasz się dobrze? – zapytałam, kiedy już zasiadłam za biurkiem i miałam sposobność pić kawę i skosztować ciastko.
Nie było złe, po wyrazie twarzy Reya mogłam stwierdzić, że też tak sądzi. Uśmiechnął się do mnie, sięgając po kolejne, a między kęsami odpowiedział:
– Tak, u mnie wszystko w porządku, zarówno na polu zawodowym, jak i prywatnym. Ze zdrowiem pod każdą postacią także nie ma źle, dzięki, że pytasz. A jak ty się miewasz? Mam nadzieję, że nie spotkałaś się z żadnym niebieskim bóstwem w minionym tygodniu.
– Nie, żadnego nie było w moim pobliżu.
– To dobrze.
Też uważałam, że każdy dzień bez spotkania człowieka z najgroźniejszym bóstwem na ramieniu to niczym wygrana w totolotka.
– Mam się względnie dobrze.
– Względnie?
Teraz pracodawca patrzył na mnie uważnie, wręcz czujnym wzrokiem monitorował, czy może nie jestem zbyt blada, czy na twarzy nie mam żadnych ran, czy w mojej sylwetce nie ma czegoś, co wskazywałoby na uraz lub nagłą chorobę. Podobnego spojrzenia nie widywałam już nawet u członków rodziny – nie tyle dlatego, że porozumiewaliśmy się głównie podczas połączeń video przez aplikację, ale też, bo nie dawałam im powodów do zmartwienia, milcząc na wiele tematów – więc miałam prawo poczuć się nieco osaczona, badana, a przy tym… dostrzeżona.
Jakby moje istnienie miało dla kogoś znaczenie.
Upiłam łyk kawy przez słomkę – zapominając, że znajduje się na niej ślad biologiczny nie tylko mój, ale też Davida – po czym wyjaśniłam:
– Wiesz, czasami ciężko jest opisać swoje podejście do pewnych kwestii, które zostają ci narzucone przez inną osobę wraz z jej wizją, bo wtedy czujesz, że nie będzie w tym za wiele z ciebie, ale musisz się ugiąć, bo od tego zależy, czy ci w ogóle zapłacą.
Kaveri przyswajał moje słowa, widziałam po nim, że rozumie, co chciałam powiedzieć. Jako samozatrudniony wiedział, że czasami trzeba ustąpić, by nie stracić klienta, a przy tym nieco oddalić się od wyznawanych wartości, tyle że u mnie wiązało się to potem z rozmyśleniem, jak mogłam postąpić inaczej, by pozostać wierna sobie, a jednocześnie nie stracić za wiele. W takich przypadkach często miałam później problem ze spaniem, a że taka sytuacja przydarzyła mi się w kończącym się tygodniu, nie zdziwiłabym się, gdy mężczyzna orzekł w którymś momencie tego spotkania, że wyglądam na zmęczoną. Nie pomyliłby się wcale.
– I że przeszłam przez coś takiego, co jednak nadal siedzi mi w głowie, nie umiem być w pełni wyluzowana – dodałam. – To właśnie kryje się u mnie pod słowem „względnie”. Żyję sobie spokojnie, ale przez pewne zdarzenia nie ma u mnie zwyczajnie dobrze. Chyba nie zagmatwałam ci tego bardziej?
Może i operowałam słowami na co dzień w swojej pracy, jednak nawet i mnie z trudem przychodziło wyjaśnianie pewnych zagadnień. Kiedy z moich ust wybrzmiała powyższa odpowiedź, sama poczułam, że zamiast wyjaśnień, mogłam jeszcze bardziej zakręcić się w opisie, przez co nie dać obrazu tego, co miałam na myśli.
– Nie, zrozumiałem – odparł i nawet lekko się uśmiechnął. – Chyba moje zlecenie będzie dla ciebie przyjemną odmianą od stosowania wielu słów. I niczego się nie bój, będzie dokładnie jak ostatnim razem. Poobserwujesz dla mnie jedną osobę, może zapiszesz sobie kilka spostrzeżeń w notesie i to będzie tyle.
Po części cieszyło mnie, że wejdę na znajomy grunt, przy tym nieco trafiło w moją dumę, że nie daje mi niczego innego, ale sam zapowiedział, że ze względów bezpieczeństwa tak będzie lepiej.
– Gdzie i kiedy?
Uśmiech nie znikał mu z twarzy, kiedy wyjaśniał mi, jak wygląda osoba, którą będę obserwować i gdzie ją spotkam za kilka dni. Wybrał taki, kiedy powinnam być najbardziej dostępna do wykonania zlecenia, przez myśl mi przeszło, że może ma jakieś wtyki w mojej redakcji lub wgląd w moje godziny, by się zorientować, jaki dzień najlepiej zaproponować. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby tak było naprawdę, choć przecież twierdził, że nie jest stalkerem.
Nie powinnam mu do końca wierzyć pod tym względem, to było bowiem odrobinę niepokojące, ale na razie kazałam ostrzegawczemu głosikowi siedzieć cicho. Minął ponad miesiąc, a David nie pokazał mi jeszcze, że ma wobec mnie złe zamiary. Raczej chce wykorzystać moją zdolność do ułatwienia sobie sprawy, ale nie przeszkadzało mi to zbytnio, bo wiedziałam, że pod tym względem jest taki sam jak ja.
Na razie byłam w stanie wiele znieść i wiele wybaczyć, bo przemawiała przeze mnie wdzięczność, że los postawił na mojej drodze drugą osobę, która też widziała bóstwa. Póki Rey nie odwali czegoś naprawdę spektakularnie złego, byłam gotowa przymykać oko na naprawdę wiele rzeczy.
– Kwestia wynagrodzenia i wszelkich zwrotów za bilety, jeżeli będą ci jakiegoś potrzebne, jak poprzednio, umowę na zlecenie mam już przygotowaną.
Jak na prywatnego detektywa, który dotychczas prowadził agencję w pojedynkę i – z tego, co mi było wiadomo – nikogo do tej pory nie zatrudniał, wręcz celująco radził sobie ze wszystkimi administracyjnymi kwestiami. Byłam pełna podziwu, co chyba odmalowało się w którymś momencie jego wypowiedzi na mojej twarzy.
– Co jest? – zapytał, przeskakując wzrokiem z jednej mojej tęczówki w drugą, jakby chciał znaleźć w moich oczach odpowiedzi.
– Nie, nic takiego. Po prostu… Bardzo dobrze radzisz sobie z tym wszystkim. Wiesz, z dokumentami, umowami, płatnościami, fakturami.
– Dzięki, ale to tylko dlatego, że po szkole poszedłem na kursy z administracji oraz kadr i płac, by móc jak najwięcej zrobić samodzielnie.
– Nie chciałeś jak Benjamin Jill wstąpić do policji? Nie w tym celu w ogóle poszedłeś do szkoły policyjnej?
Nie zdziwiło mnie, że taką skończył, to dawało dobry start w branży, ale nie wiedziałam jeszcze, co się wydarzyło, że nie został policjantem i nie był przykładnym stróżem prawa w mundurze. W cywilnych ubraniach prezentował się dobrze, to fakt, ale jako członek patrolu pewnie skupiałby na sobie wielu osób i może kogoś samą swoją aparycją przekonał do niepopełniania złych uczynków. Lub wręcz odwrotnie.
– Przepraszam, nie powinnam. Nie musisz odpowiadać.
– Kiedyś ci to wyjawię – odparł. – Na razie niech wystarczy ci wiedza, że na ostatniej prostej przed ukończeniem przeze mnie szkoły coś poszło nie tak i postanowiłem pójść w innym kierunku. Choć Benjamin namawiał mnie, bym jednak dał policji szansę. Jak widać, nie zdołał mnie do tego przekonać.
Rozumiałam, że przeszłość nadal na niego oddziaływała, ale czy tak nie było w przypadku każdego człowieka? Dawne wydarzenia miały realny wpływ na teraźniejszość i kształtowanie przyszłości, nie dało się całkowicie od nich odciąć, coś zawsze pozostawało skryte głęboko w ludzkiej duszy.
– Nie spiesz się z tym – uśmiechnęłam się do niego. – Przecież wciąż uczę się, że mogę ci ufać, jak już do tego dorosnę, wtedy możesz mi zdradzić te ze swoich sekretów, które chcesz.
Na twarzy Reya też widniał uśmiech.
– Liczę, że odwdzięczysz się tym samym.
– Zobaczymy.
W spokoju wypiliśmy kawę i ustaliliśmy szczegóły zlecenia. Jak sam zauważył, nie miałam zrobić nic nowego, ale to nie umniejszało znaczeniu mojego zadania. Było ważne, bo David nie musiał brać tego na siebie i sam – jak poprzednim razem – być w innym miejscu, by w ramach tej sprawy przyjrzeć się jeszcze komuś. Jak powiedział mi poprzednim razem, wytypował kilka osób, które mogły zagrażać klientowi i jego interesom, nic wiec dziwnego, ze oboje nas czekało obserwowanie i zapisywanie spostrzeżeń. Czułam, że sobie z tym poradzę, tym bardziej, że teraz miałam znaleźć się w bardziej zatłoczonym miejscu, przez co nie powinnam mieć problemu we wtopienie się między obcych ludzi.
Choć i tak cichy głosik w głowie mówił mi, że muszę jeszcze długo ćwiczyć, zanim będę naprawdę dobra w nierzucaniu się w oczy i w szpiegowaniu.
– Widzę po tobie, że czujesz ekscytację – zauważył Rey, na co przewróciłam oczami.
– Może – mruknęłam tylko i powstrzymałam się od oblizania palców z lukrów, jaki pozostał mi po zjedzonych ciastkach.
Nie były złe, a dowodem było, iż zniknęły wszystkie, a przy tym David wyglądał, jakby z chęcią jeszcze jakieś zjadł. Powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem na myśl, ze zjadłby i kolejne, gdybym mu wyciągnęła jakieś z torebki.
– Czyli mamy dogadane już wszystko? – zapytałam.
Nigdzie mi się nie spieszyło, w końcu była sobota, a jedyne, co mogło na mnie czekać, to sprzątanie mieszkania, na którą to czynność nie miałam narzuconych żadnych godzin. Mogłam zacząć dopiero pod wieczór, nikomu nie zrobiłoby to różnicy.
– Wydaje mi się, że tak. – David przełożył jakąś teczkę na biurku. – Oczywiście w dniu obserwacji będę do twojej dyspozycji, gdyby wydarzyło się coś niespodziewanego. A dzień czy dwa po tym spotkamy się w biurze dla opowiedzenia sobie o spostrzeżeniach, nie musi to być tego samego wieczora.
Skinęłam mu głową.
– Okej, mnie to pasuje.
David uśmiechnął się kącikiem ust – sporo się w ogóle uśmiechał jak na takie dość krótkie spotkanie, co było nietypowe i zaskakujące, tajemnicze wręcz, może nawet budzące niepokój – po czym dodał niby to nonszalanckim tonem:
– Możesz wtedy przynieść tę kawę, co dzisiaj, bo jest naprawdę dobra. Musisz mi zdradzić, gdzie ją kupiłaś. Tylko może na razie odpuść sobie kupowanie kolejnych wypieków, dobrze? Tak będzie lepiej dla nas obojga, w przeciwnym razie doczekamy się cukrzycy, zanim przyjdzie nam się zmierzyć z prawdziwymi wrogami – powiedział niby to poważnie, ale w jego głosie rozbrzmiewało rozbawienie.
Mnie to nie bawiło, bo jeżeli miałam mieć w życiu jedną słabość, to chciałam, by były nią właśnie słodycze, on nie mógł mi ich zakazać.
– Idź do diabła – powiedziałam, na co jedynie się roześmiał, po czym spojrzał mi prosto w oczy.
Przygryzłam wargę, byle nie rzucić mu się do gardła. Albo też chciałam sprawiać wrażenie osoby, która może zrobić mu krzywdę, jeżeli nie zachowa się należycie i ugryzie w język, zanim powie o jedno słowo za dużo lub rzuci uwagą, która jedynie jeszcze bardziej mnie wzburzy.
– Miałbym zostawić cię tu całkiem samą? – Zabrzmiało, jakby w biurze miało mi grozić jakieś niebezpieczeństwo inne niż oparzenie się parą z ekspresu czy kawą w język. – Dżentelmenowi to nie przystoi.
– Nie jesteś nim – burknęłam. – Przynajmniej jeszcze tego nie zauważyłam. Idź do diabła albo daj mi święty spokój, twój wybór.
– Wiesz, użycie słów „diabeł” i „święty” w jednym zdaniu brzmi nieco jako oksymoron, nie uważasz?
– Chyba uciekły ci inne słowa, których użyłam pomiędzy nimi.
Miałam dość tej retorycznej potyczki, a jednocześnie chciałam pociągnąć ją ciut dłużej, bo tylko on był odpowiednim partnerem do jej prowadzenia. Cóż za złośliwość losu.
Widziałam, że jest rozbawiony tą wymianą zdań, a przy tym nieco bardziej wyluzowany, zaryzykowałam więc i zdobyłam się na odwagę, by wyjaśnić mu, co się ostatnio u mnie wydarzyło.
– Muszę ci o czymś powiedzieć – zaczęłam, a Rey utkwił spojrzenie w mojej twarzy. Wyprostował się przy tym nieco, jakby wiedział, że teraz musi zachować się odrobinę bardziej poważnie. – Nie zrobiłam tego wcześniej, bo się nie widzieliśmy, a wolałam nie robić tego przez telefon. Po naszym ostatnim spotkaniu dostałam wiadomość od Benjamina Jilla, twojego kumpla.
– Czego od ciebie chciał?
Jego ton stał się nieco twardszy, a ja przypomniałam sobie, że tamtego dnia on też rozmawiał z przyjacielem, kiedy przyszłam. I na pewno rozmawiał z nim o mnie, bo gdy wchodziłam do gabinetu, właśnie padło moje imię. Wtedy to Jill próbował wypytać Kaveriego, dlaczego zostałam zatrudniona w roli pomocnika, ale nie padła odpowiedź, a ja nie naciskałam, by sama ją poznać.
Teraz Benjamin chciał przesłuchać mnie. Dlaczego? Jaki w tym cel?
– Spotkać się, by porozmawiać o tobie. Podejrzewam, że ostrzeże mnie, jakim jesteś człowiekiem, i że zadawanie się z tobą może się dla mnie źle skończyć.
– A to już wiesz, jak widzę – mruknął, po czym obrócił się na krześle i wstał, by przespacerować się po pokoju.
Obserwowałam go, nic nie mówiąc, czekając na coś więcej. Może na jakąś próbę przekonania mnie, że wcale nie będzie tak, jak zakłada policjant, że współpraca z prywatnym detektywem to szansa na korzystanie z mojej „zdolności”, ale na dobrą sprawę nie umiałam czytać w niczyich myślach, a David Rey pozostawał dla mnie jedną z największych zagadek, na jakie natrafiłam w swoim życiu.
I na razie wątpiłam, bym była w stanie samodzielnie ją rozwikłać.
Pracodawca przechadzał się po swoim gabinecie, a ja siedziałam na miejscu niczym przemieniona w kamień. Bałam się, że jakikolwiek ruch z mojej strony go wystraszy. Może nie był jak ta łania, co wychodzi człowiekowi nagle przed maskę samochodu i zamiera pod wpływem świateł, ale w tej chwili była w nim jakaś bezbronność i niewinność. Jak w dziecku, które chce się chronić przed złem, jakie pochodzi z tego świata.
Pewnie dziwnie by wyglądało, gdybym do niego podeszła, pogłaskała go po głowie i zapewniła, że wszystko jest w porządku. Do tego to mogło być kłamstwo, bo nie wiedziałam, o czym Jill chce mi powiedzieć. Że o Davidzie, to okej, ale co dokładnie? Nie miałam pojęcia, jak długo się znali i przyjaźnili, przez co razem przeszli i co na dobrą sprawę ich połączyło, ale podskórnie czułam, że Benjamin będzie chciał mnie ostrzec przed moim nowym pracodawcą. Oczywiście opinię o Kaverim mogłam sobie wyrobić sama – już teraz miałam pewne spostrzeżenia co do jego osoby – ale nie dostrzegałam jeszcze, co może mi grozić z jego strony. Ostatnim razem sam przyznał, że zleca mi tylko te rzeczy, które nie narażą mnie za bardzo na jakieś niebezpieczeństwo. Czyżbym więc to jego miała się bać, a nie zadań? Co w nim takiego było, że nie powinnam ani z nim współpracować, ani bliżej się zapoznawać?
– Spotkam się z nim tylko po to, by mnie niepotrzebnie więcej nie nagabywał. Ale potrzebuję odpowiedzi – zaznaczyłam twardo, a David nie odrywał wzroku od mojej twarzy.
– Na pytanie, które brzmi?
– Czy twoim zdaniem Benjamin naprawdę ma podstawy, by mnie przed tobą ostrzegać? Tak to na razie według mnie wygląda, a jakoś do tej pory nie spotkałam się z podobnym zachowaniem między przyjaciółmi.
Pominęłam milczeniem to, że niewiele znam w ogóle grup przyjaciół, bo społecznie jestem nieco wycofana i nie dążę, by mieć własną paczkę – wszystko przez „zdolność”, która nie pozwalała być z innymi wystarczająco blisko – po prostu chciałam zobaczyć, jak Rey widzi tę sytuację.
– Wydaje mi się, że porządnie się martwi, bo jego zadaniem jest ochrona obywateli, a ty nim przecież jesteś. Do tego niespodziewanie i z nieznanego mu powodu zostałaś przeze mnie zatrudniona. Może się bać, że przydarzy ci się coś, co lata temu przydarzyło się innej kobiecie, która znalazła się zbyt blisko mnie.
Słowa brzmiały zwyczajnie, ale słysząc, jak zmienia się jego ton, jak głos nieco się załamuje, nie tylko wiedziałam, że nie jest mu łatwo się tym dzielić. Wiedziałam też, co mogło się za nimi kryć.
– Zginęła?
Kaveri podszedł do kącika kawowego i uruchomił ekspres. Kiedy ten przepłukał się i mógł być użyty, pracodawca zerknął na mnie krótko.
– Tak. A ja jestem jedyną osobą, która wie, kto ją zabił.
– Nie mówiłeś o tym Jillowi?
– Mówiłem, oczywiście, ale jak uwierzyć w winę kogoś, jeśli się go nie widziało ze względu na mrok, ale widziało się bóstwo, które nim kierowało? Już i tak, mimo przyjaźni, miał mnie wtedy za dziwaka, potrzebowałem dowodów, ale żadnych nie znalazłem. To było słowo przeciwko słowu.
– A teraz nie da się nic zrobić? Sprawić, by ukarano mordercę?
– Nie, Abigail. Już nie.
Brzmiał na zrezygnowanego, do tego wyglądał, jakby na jego barki spadł ponownie jakiś ciężar, o którym już zapomniał. Z ludzkiej przyzwoitości nie chciałam, by tak się czuł.
– W ogóle dlaczego to robisz? – zapytał mnie nagle, a ja nie byłam pewna, co ma na myśli.
– Co robię?
– Mówisz mi, że Ben chce się z tobą spotkać. Nawet jeśli mam być tematem waszej rozmowy, to podejrzewam, że jemu zależało na zachowaniu dyskrecji i by to wszystko odbyło się tylko między waszą dwójką. A ty mi o tym powiedziałaś.
Patrzyłam na niego tak uważnie, jak on na mnie, przez chwilę między nami wisiała cisza. On zastanawiał się, co mną kieruje, a ja próbowałam znaleźć odpowiednie słowa, by wyjaśnić mu swoje postępowanie.
W tym przypadku najprościej uznałam za najlepiej, dlatego odpowiedziałam:
– Bo chcąc żyć ze sobą w zgodzie, nie mówię o innych ludziach za ich plecami. Poza tym jesteś moim pracodawcą i drugą osobą po dwudziestu latach od pierwszej, która jak ja wie o bóstwach i masz zamiar dzielić się ze mną wiedzą. Gdybym ci nie powiedziała, obudziłyby się we mnie wyrzuty sumienia, a ich bardzo, bardzo nie lubię mieć.
David nie odrywał wzroku od mojej twarzy, właściwie to badał ją, jakby chciał znaleźć choć mikrooznakę tego, że sobie z niego teraz dworuję, ale nic z tego. Starałam się być dobrym człowiekiem, postępowałam tak, by nikomu nie szkodzić, a patrząc po tym, że na razie to ja miałam dług u niego, mogłam przynajmniej tak się odwdzięczyć – szczerością.
Upłynęło ileś sekund, zanim mężczyzna uśmiechnął się lekko i skierował spojrzenie na swój kubek, a ja cicho odetchnęłam. Nawet nie wiedziałam, że wstrzymałam oddech, czekając na jakąś reakcję z jego strony. Moje płuca nie były skore mi za to dziękować.
– To miłe z twojej strony – zauważył. – Ale od razu mówię, że nie musisz zdawać mi relacji z tego, co takiego powie ci o mnie Ben. Nie musimy też nigdzie dzisiaj iść zjeść, jak to ostatnio proponowałaś. Lepiej zamówmy coś do biura.
Uniosłam brew, bo nie do końca ogarniałam, co chce mi tym samym przedstawić.
– A mielibyśmy zamówić jedzenie tutaj, bo…?
Kaveri znowu na mnie spojrzał, a w jego oczach zobaczyłam determinację.
– Pozwolisz, że pierwszy powiem ci, co mi się przydarzyło i o czym pewnie będzie chciał ci powiedzieć Ben. Wolę, byś usłyszała to ode mnie, byś miała czas zrozumieć. I wtedy będziesz mogła postanowić.
– O czym?
– Czy to zlecenie, które mamy teraz, będzie naszym wspólnym ostatnim, czy jednak będziesz chciała dalej dla mnie pracować. To na co masz ochotę? Na razie musisz mi mówić, bo tego akurat jeszcze o tobie nie wiem.
Posłał mi uśmiech, który miał być w jego rozumieniu łobuzerski, ale mnie zrobiło się jedynie wewnętrznie chłodno. Jakby ten chłód miał być zapowiedzią tego, co teraz może mnie spotkać.
A za chłodem przyszedł niepokój, którego nawet rozgrzewająca, pikantna indyjska kuchnia nie była w stanie zdusić.
PYTANIE. Oczywiście, że prędzej! ;D
OdpowiedzUsuńDużo emocji, choć całość może wydawać się statyczna, przez wiekszosc czasu mamy niezmienną scenografię, a jednak ile potrafi się wydarzyc w jednym pokoju. Mamy wszystko, nutkę romansu, uprzejmosc, relacja szef-podwładny, złość, niepokój, szczerość, wyznanie. Ile się dzieje!
Wkraczamy w wazny moment przeszlosci Kaveriego, jestem bardzo zaciekawiona i zadowolona, ze juz czeka na mnie kontynuacja. Czemu i w jakis sposob wydaje sie odpowiedzialny w jakiiejs czesci za smierc... Właściwie kim była ta kobieta. Mam nadzieje, ze zaspokoje swoja ciekawosc!
Ten chłod na koniec. Aż go poczułam.